książki poszanowanie

Kiedyś to się książki szanowało. Układał pradziad na półce z czcią i poważaniem, jeden w całej chacie czytać umiał i dzięki tej umiejętności miał magiczną moc gromadzenia razem całej rodziny. Potem nagle nie wiadomo skąd przydreptał PRL, dzieląc słowo pisane na wybitne, przeciętne i propagandowy bełkot. Szacunek też podzielono – jedni szanowali władzę, inni opozycję, jednymi dziełami wypełniano gminne biblioteki, innymi zamykane na kluczyk szafki i pojemniki na pościel w tapczanach. Jedne okładki krzyczały w kraju, inne zza granicy. Po okresie, w którym towarem deficytowym było tak mięso jak i legalnie dostępna dobra współczesna literatura, nadeszły czasy dobrobytu i spuszczanie lektur w szkolnej toalecie. Zastanawiam się co mamy teraz? Z jednej strony sondaże krzyczą o gwałtownym spadku czytelnictwa, z drugiej grono moich znajomych miłośników książek zdaje się gwałtownie rozrastać. Dziwny ten XXI wiek… a może starość człowieka dosięga?

„chata” – william paul young

Zawsze byłam przeciwna mieszaniu Boga do literatury. Może nawet nie tyle Boga, co głębokiej wiary w niego. Darujmy sobie przywoływanie chwalebnego wyjątku w postaci Pisma Świętego, Bóg w ujęciu chrześcijańskim to temat na lekcje religii, a nie na bestseller. Kiedy więc spojrzałam na okładkę „Chaty”, gdzie spece od PR-u umieścili dumne 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy, doszłam do wniosku, że to niemożliwe. Tyle, że strasznie ze mnie ciekawski człowiek, więc sprawdzenie co jest w tej książce było tylko kwestią czasu. No i sprawdziłam. Wczoraj. Nie wstałam póki nie skończyłam. I doszłam do wniosku, że jej fenomen polega na tym, że to książka dla ludzi cierpiących lub szukających pocieszenia. A takich jak wiadomo w tym naszym świecie dostatek. Człowiek pogrążony w smutku to człowiek, który traci zainteresowanie otoczeniem, podświadomie wyłącza część siebie zdolną do odczuwania, dzięki temu obojętnieje. Nie zawsze, ale często ignorowanie bodźców z zewnątrz zapewnia jedynie pozorny spokój, w środku toczy się wojna, ból, gniew, zazdrość, żal, poczucie zdrady, osamotnienia, niezrozumienia – wszystkie walczą o palmę pierwszeństwa w zawodach o zagarnięcie duszy. Ci mniej wrażliwi obserwatorzy są przekonani, że kluczem do sukcesu czyli wydobycia z otępienia, jest siła, z jaką będą uderzać w pancerz cierpiącego. Tymczasem potrzebna jest metoda, coś, co poruszy najdelikatniejszą ze strun w duszy, coś, co pozwoli wszystkim tym skłębionym emocjom wydostać się na zewnątrz. Myślę, że „Chata” może być takim impulsem.

Sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Główny bohater – Mack traci dziecko, uprowadzone przez seryjnego zabójcę. Mimo upływu czasu nie może uporać się z własnymi uczuciami i coraz bardziej oddala się od Boga. I tutaj zaczyna się balansowanie na krawędzi banału – ogarnięty smutkiem ojciec znajduje w skrzynce pocztowej list od Boga. Stwórca zaprasza go na spotkanie w starej chacie – miejscu, gdzie najprawdopodobniej została zamordowana córka Macka. Ten oczywiście na spotkanie jedzie, co chyba żadnemu rozsądnemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy, po czym spędza weekend w baśniowej wręcz scenerii, której nie powstydziłby się Walt Disney. Za towarzyszy ma Boga Ojca, Jezusa i Ducha Świętego. Jak łatwo się domyślić dni w chacie zdziałały cuda – nastąpiło uzdrowienie duszy i serca Macka. Rzygać się chce zasadniczo, do tego ten koszmarny język – raz wykład jak dla idiotów, dialogi na poziomie III klasy podstawówki, a za chwilę teologiczno-filozoficzno-etyczny bełkot. Problem polega na tym, że ta książka po odrzuceniu całej tej historii zakrawającej na farsę jest bardzo mądra. Wcale nie jest o chrześcijaństwie, nie jestem pewna czy jest o Bogu, jeśli jednak odrzucimy te dwa pojęcia to otrzymamy garść całkiem przyzwoitych wskazówek jak żyć. To książka o miłości, potrzebie nadziei i bliskości, o nieumiejętności wyrażania uczuć, o trudnych rozmowach, konieczności wybaczania innym, a przede wszystkim sobie. Tak więc nie bójcie się zedrzeć z tego „dziełka” całego chłamu w stylu amerykańskiej reklamy i wybrać z niej zaledwie kilka zdań, które (o dziwo!) naprawdę mogą odmienić życie. Niech no tylko trafią na podatny grunt.

http://www.nowaproza.eu/ksiazka/221/chata-wyd-2#info

„nie ma takiego miasta” – tomasz konatkowski

Trzeci tom przygód komisarza Adama Nowaka. Po dość zawiłej „Wilczej wyspie” (która mnie nieco rozczarowała), „Nie ma takiego miasta” to powrót do formy mistrzowskiej Konatkowskiego. Doskonałe tempo akcji – idealne by nie dać się zasypać gradem wydarzeń, a jednocześnie mieć poczucie, że nie stoi się w miejscu. Charakterystyczna w tej powieści wydaje się dwupłaszczyznowość (o ile takie słowo istnieje w słowniku). Życie komisarza Nowaka to dwa nurty – służbowy i prywatny, w pierwszej części powieści ginie dwoje młodych ludzi – rodzeństwo, w końcu akcja dzieje się w dwóch miastach Londynie i Warszawie. Miłość autora do Warszawy i hmm… transportu miejskiego (?) ujawniła się w pełni w „Przystanku śmierć”, potwierdziła ją „Wilcza wyspa”, a „Nie ma takiego miasta” nie pozostawia w tej kwestii cienia wątpliwości. To, co odkrywamy w trzeciej części przygód komisarza Nowaka to fascynację Konatkowskiego Londynem. Olbrzymie wrażenie robi opis stolicy GB, widzianej oczyma Polaka, przyjezdnego, w dodatku człowieka skażonego Warszawą – porównania miast zdarzają się komisarzowi dość często, ostatecznie wygrywa jednak sentyment, przywiązanie, a może pewna forma patriotyzmu, bo nie ulega wątpliwości, że dopiero w Warszawie Adam Nowak jest u siebie, w domu, dopiero tutaj czuje się jak ryba w wodzie. Londyńska euforia to stan charakteryzujący turystów, jest jak podniecenie na widok pięknej kobiety, ale niewiele ma wspólnego z głębszym uczuciem. Czynnikiem stale podsycającym miłość do Warszawy są opowieści nie-teścia Nowaka, co rusz to odsłaniającego przed komisarzem kolejny nieznany fragment historii miasta.

Książkę czyta się jednym tchem, koniec każdej strony rodzi ciekawość tak silną, że oprzeć się pokusie przewrócenia kartki to wyzwanie, jak się okazało, ponad moje siły. Doskonała rzecz do czytania zarówno w czterech ścianach jak i w plenerze. Obawiam się, że problem mogą mieć podróżujący komunikacją miejską – przegapienie właściwej stacji gwarantowane.

Polecam: http://www.wab.com.pl/?ECProduct=832&ec=mroczna-seria

daleka bliskość

Stary, drewniany dom stał na wzgórzu za wsią. Otoczony łanami zbóż, północną ścianą niemal sięgający lasu. Piękny. Majestatyczny. Ze staroświeckimi okiennicami i bogatymi rzeźbieniami, zamknięty od lat ukrywał przed światem swoje wnętrze. Las-przyjaciel był iglasty, nikt nie wie jakim więc cudem pewnej wiosny przy jednej z okiennic wyrosła  niewielka brzózka. Bojaźliwa, drżała przy każdym silniejszym podmuchu wiatru. Tylko widok stojącego obok domu dodawał jej odwagi. Całe lato brzoza wyciągała cienkie gałązki w kierunku domu, jakby chciała oswoić go z tym, że jest. Każdego dnia samą siebie przekonywała, że mocny, solidny dom nigdy nie zniknie, zawsze ochroni ją przed zimnym wiatrem. Jesienią czas zlitował się nad brzozą i uchylił okiennicę domu, budząc w drzewku ciekawość. Do zimy pozostało niewiele czasu. Niewiele by choćby dotknąć szczeliny, zajrzeć do środka, musnąć okiennicę zazdrośnie strzegącą tego, co pozostawało do tej pory niewidzialne, nieznane. Liście zaczęły żółknąć, powoli, nie spiesząc się odpadały od cienkich witek by spocząć na miękkim posłaniu z trawy i mchu. Brzoza była coraz bardziej naga i coraz bardziej bezbronna. Rozpacz i wiatr na zmianę targały nią to przybliżając, do oddalając od domu. Z każdym dniem czuła jak wypływa z niej magiczna siła lata, z każdym dniem słabła też nadzieja, że uda jej się dotknąć okiennicy, zajrzeć do środka i przytulić nieznane. „Byle zdążyć nim wszystko zamarznie. Byle zdążyć” – niemo krzyczała brzoza.

wyrzut polskiego sumienia

Ledwo ujrzał światło dzienne, a już rozpętała się burza. Nowy film Pasikowskiego „Pokłosie” wzbudza w Polakach skrajnie różne emocje. Dla jednych to obraz wzruszający i poruszający, dla innych kompletny gniot reżyserski z serią niedopracowanych szczegółów, dla innych niewygodny wyrzut polskiego sumienia. Nie byłam w kinie, nie widziałam, więc oceniać nie będę. Ten cały szum przypomniał mi jednak o innym polskim filmie, tym razem dokumentalnym. „Miejsce urodzenia” Łozińskiego, doskonały film zrealizowany na początku lat 90., niezwykła opowieść o Henryku Grynbergu, który ocalały z zagłady, po 50 latach przyjeżdża do Polski, by dowiedzieć się co stało się z jego ojcem i młodszym bratem. Bolesny obraz przeszłości, ukazujący zarówno jasne jak i ciemne oblicze relacji polsko-żydowskich w czasie wojny. Naprawdę warto zobaczyć, polecam: http://www.youtube.com/watch?v=0E-i22ifEGI

„major” – marcin ciszewski

Polacy są dość przywiązani do historii. Lata zaborów zrobiły swoje w świadomości wielu pokoleń, echa odczuwalne są do dziś. U jednych przejawia się to całkiem zdrowym patriotyzmem, rozumianym jako działanie na rzecz ogółu, u innych znaczenie słowa patriotyzm zostało wypaczone i oznacza wrogość wobec wszystkiego, co nie jest polskie i katolickie. Paradoksem jest też nasze myślenie o historii. Społeczeństwa wspominają zwycięstwa, my zazwyczaj świętujemy klęski, porażki i męczeństwo (poważny wyjątek – odzyskanie niepodległości), jakby rola Chrystusa narodów została nam przypisana na wieki wieków, amen. A gdyby tak móc tę naszą historię zmienić? Poprawić, ulepszyć? Marcin Ciszewski postanawia pogdybać i trzeba przyznać, robi to całkiem dobrze. Sam pomysł z podróżą w czasie nie jest niczym wyjątkowym, ale tworzenie historii alternatywnej to już wyzwanie. Przede wszystkim wymaga znajomości realiów opisywanych czasów, a z tym autor „Majora” zdaje się nie mieć problemu. Przeniesienie wiedzy i technologii z roku 2007 do roku 1943 to zabieg ryzykowny, ale i niezwykle ciekawy, pod warunkiem, że żołnierze z przyszłości nadal pozostaną ludźmi, a nie niezwyciężonymi maszynkami do zabijania w stylu Hollywood. Całe szczęście Marcin Ciszewski wykazuje się jako pisarz dużą dojrzałością i skupia się raczej na tworzeniu plastycznych osobowości niż przeistaczaniu ich w superbohaterów.

Gdzieś na poziomie szkoły średniej zgubiła się moja fascynacja historią, zaczęłam traktować ją jako przymus. „Major” na nowo rozbudził zainteresowanie przeszłością, choć dopiero około 70  strony dałam się porwać fabule. Bardzo przyzwoita lektura. Polecam:

http://warbook.pl/?k=79