„my zdies’ emigranty” – manuela gretkowska

W ramach chwili oddechu sięgnęłam po pierwsze wydanie książki „My zdies’ emigranty” Manueli Gretkowskiej z 1991 roku. Ze wstępem w postaci listu Czesława Miłosza do autorki. Książeczka niewielka aczkolwiek intrygująca, z okresu gdy Gretkowska nie parała się jeszcze polityką, miała być w moim mniemaniu lekturą lekką, łatwą i przyjemną. Nic z tego. Na 120 stronach autorka uprawia niezwykle interesujący rodzaj powieści-kotła, w którym jest jak w życiu – wszystko. Narratorką jest Polka, przebywająca wraz z mężem w Paryżu, dokąd uciekła, bodajże w 1988 roku, przed nieznośnym ustrojowym tworem politycznym, panującym wówczas w kraju nad Wisłą. Są więc rozmowy o polityce, które, z bólem przyznaję, mnie – osobie zupełnie nie mającej PRL-owskich wspomnień, wydają się odległe i często niezrozumiałe. Śmiem jednak podejrzewać, że dla ówczesnych zaangażowanych opozycjonistów mogą to być fragmenty niezwykle ciekawe, wprowadzające uczucie niepewności i odtwarzające emocje towarzyszące ówczesnej braci polskiej na emigracji. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że akcja powieści toczy się w Paryżu – mieście wielu kultur, mieście artystycznej bohemy, a w tym konkretnym przypadku, przede wszystkim mieście emigrantów, dlatego te polityczne rozważania zyskują nowy kontekst, pojawiają się głosy z całego świata, a nad przyszłością komunizmu i Gorbaczowa dyskutują jednostki wybitne.

To jednak zaledwie maleńki wycinek powieści. Wątkiem, który przynajmniej rozmiarami zaczyna dominować, jest temat pracy naukowej, pisanej przez narratorkę, a dotyczący symboliki nowotestamentowej, związanej z postacią Marii Magdaleny – nawróconej jawnogrzesznicy. Wywód, choć wymagający od odbiorcy pewnej wiedzy, jest w gruncie rzeczy bardzo logiczny i interesujący. Działania piszącej pracę dziewczyny przypominają naukowe szpiegostwo, zabawę w detektywa i uświadamiają ile pracy wymaga działalność naukowa.

I tutaj zakończyła się przyjemność lektury, bo właśnie sobie uświadomiłam, że mój doktorat jest w czarnej dupie… ale Gretkowską polecam, zwłaszcza teraz z perspektywy minionych ponad dwudziestu lat od daty wydania. Ciekawe doświadczenie.

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/60322/my-zdies-emigranty

Reklamy

„i więcej nic nie pamiętam” – adina blady-szwajger

„Przez 40 lat po wojnie byłam lekarzem. Wierzę, naprawdę wierzę, że lekarzem jest się po to, żeby zawsze i wszędzie ratować życie. Przez te 40 lat nie odstąpiłam od tego nigdy. Ale gdzieś pod spodem zawsze myślałam, że nie mam prawa. Nie mam prawa do wykonywania zawodu! Bo przecież nie zaczyna się pracy lekarza od prowadzenia ludzi zamiast do życia – do śmierci. I z tym zostałam. Do teraz. I nic nie pomaga, że wiem, że to wszystko było właśnie po to, żeby ratować życie ludzkie, że to wszystko było konieczne, ale po drodze było coś nie tak, jak trzeba. Może za ciężkie na resztę życia?” – Adina Blady-Szwajger „I więcej nic nie pamiętam”

Słyszałam już głosy, że z historią polskich Żydów podczas wojny, jest jak z dobrych chwytem marketingowym – sprzeda się zawsze, wywołując przy tym całą gamę emocji od smutku po złość. I wiem, że mamy już Marka Edelmana, Henryka Makowera, Adama Czerniakowa… , ale tych świadectw nigdy dość.

Właściwie zaczęło się od pewnego artykułu w „Wysokich obcasach”, artykułu-wywiadu z córką Adiny Blady-Szwajger, artykułu, który był krzykiem dziecka. Wynikało z tych wspomnień, że Adina Blady-Szwajger nie była dobrą matką, a momentami po prostu nie była nią wcale. Nie chciała? Nie umiała? Niemożność odpowiedzi na te pytania, skłoniła mnie do przeczytania wspomnień „lekarki z getta”, jak zwało ją wielu. I przestałam szukać odpowiedzi, bo nikt z nas, żyjących współcześnie, nieświadomych i niezdolnych nawet do wyobrażenia sobie realiów wojennych, nie ma prawa szukać uzasadnienia dla jej ułomnego macierzyństwa. Bo jakie może być macierzyństwo, jeśli nie ułomne, po podaniu chorym dzieciom śmiertelnej dawki morfiny, by nie wpadły w ręce Niemców? Jakie może być macierzyństwo po dokonaniu aborcji, bo „podczas wojny dzieci nie mają prawa się rodzić”?

Te urywane relacje z warszawskiego getta i późniejszego okresu, gdy Adina pracowała jako łączniczka Żydowskiej Organizacji Bojowej zapisane zostały szybko, podczas choroby autorki, gdy ona sama obawiała się, że umrze i nie zdąży tych wspomnień utrwalić. Milczała 40 lat nim uświadomiła sobie, że jej powinnością jest przekazanie wiedzy o tym, co było kolejnym pokoleniom.

Trudno pisać o książce „I więcej nic nie pamiętam” jak o literaturze, gdy nawet autorka, mówi, że „to nie jest literatura”. To zlepek wspomnień, zapisany językiem może nie wyzutym z emocji, ale dość chłodnym i zdystansowanym. Jako łączniczka ŻOB Adina Blady-Szwajger, musiała nauczyć się kontrolowania emocji, ukrywania strachu… i takie są te wspomnienia, nawet gdy mowa o rzeczach dla przeciętnego odbiorcy strasznych jak: cierpienie, agonia, śmierć, życie w upodleniu, relacja nadal pozostaje rzeczowa, nawet nazwanie emocji nie likwiduje tego uczucia dystansu. Paradoksalnie, ten język wzmacnia przerażający obraz wojny, wyłaniający się ze wspomnień.

Na początku tego wpisu umieściłam fragment, którym kończy się książka. Jedyny fragment, w którym autorka umieściła wszystkie emocje: ból, cierpienie, żal, smutek, a przede wszystkim olbrzymie poczucie winy, które okazało się być piętnem na całe życie. Piętnem dla lekarza, ale przede wszystkim dla człowieka.

Polecam bardzo: http://www.swiatksiazki.pl/i-wiecej-nic-nie-pamietam-adina-blady-szwajger,p90076522.html

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1503954,1,recenzja-ksiazki-adina-blady-szwajger-i-wiecej-nic–nie-pamietam.read

„mick. szalone życie i geniusz jaggera” – christopher andersen

Po przejściu pięciu lat filologii polskiej zostają człowiekowi różne rzeczy, a to miłość do książek, a to fascynacja jakimś konkretnym gatunkiem literackim, pisarzem lub epoką, a to odwieczne pytanie: „do czego mi ta gramatyka historyczna?”. Może być i tak, że zostanie człowiekowi przemożna chęć pisania o… wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba. Tak i w moim przypadku było, ale że, jak głosi bohater pewnej reklamy pewnego banku, w życiu potrzebna jest równowaga – skoro została mi chęć pisania, musiała też pozostać jakaś niechęć. Została. Niechęć do biografii, monografii i tekstów innych a obszernych o ludziach. To straszne, ale po studiach nie przeczytałam chyba żadnej biografii z własnej i nieprzymuszonej woli, cegły o Kochanowskim śnią mi się bowiem do dnia dzisiejszego po nocach.

Traf chciał, że do rąk moich trafiła biografia Micka Jaggera. Pomyślałam sobie: „No masz ci los albo babo placek! Formy takowej nie znoszę, a fanka ze mnie Rolling Stonesów jak z koziej d… trąba”. Czytać zaczęłam jednak, bo trzeba było, skoro się zobowiązań podjęłam to wypadało się z nich wywiązać. Nie wiem właściwie kiedy „zleciało” te czterysta stron. Proces czytania „Micka…” przypominał stan hipnozy, od lektury nie sposób było się oderwać. Świetnie napisana biografia, prawdziwa książka z charakterem, w dodatku z charakterem Jaggera, który został przedstawiony jako seksoholik, człowiek pragnący bliskości, panicznie bojący się samotności, a jednocześnie jakby niezdolny do monogamii, przez co krzywdzący bliskich sobie ludzi. Mick, z kart biografii pióra Andersena, to także genialny muzyk i biznesmen oraz fatalny aktor. Nieprzewidywalny, spontaniczny, czerpiący z życia pełnymi garściami, umiejący okazać całą gamę uczuć jako ojciec – od obojętności po szczerą troskę, kochający syn, trudny przyjaciel. „Mick” to opowieść o człowieku wielowymiarowym, autor ukazuje Jaggera w różnych życiowych rolach, opisuje jego wcielenie sceniczne i prywatne, relacje z ludźmi, mocne strony i słabości.

Wątkiem, który chyba dominuje przez większość dzieła Andersena, to kwestia seksualności wokalisty Rolling Stonesów. Andersen pisze o tysiącach kobiet, z którymi sypiał Jagger, ale też o jego intymnych związkach z mężczyznami m. in. z Davidem Bowie. Co ciekawe, w książce pojawiają się też opinie, że słynny Mick tak naprawdę szczerze kochał tylko swoich rodziców i… najlepszego przyjaciela Keitha Richardsa. Czegokolwiek by jednak nie powiedzieć o Jaggerze, niewątpliwie za życia stał się legendą, a tego typu książki, stanowią kolejne potwierdzenie jego nienaruszalnej pozycji w historii muzyki i show-biznesu. Polecam bardzo:

 

http://www.insignis.pl/book/index/66/Mick–Szalone-zycie-i-geniusz-Jaggera.html

„zwycięzca jest sam” – paulo coelho

Nie jestem fanką Coelho, nie rozumiem fenomenu „Alchemika” ani ksiązki „Weronika postanawia umrzeć”. Zwłaszcza w przypadku tego drugiego tytułu mam poważne wątpliwości czy można tu mówić o „doskonałej”, „świetnej”, „rewelacyjnej” lekturze. Fabuła jak z średniej jakości romantycznego filmu rodem z Hollywood. Dopiero, gdy w moje ręce trafiła powieść „Alef”, zaczęłam pojmować, że rzecz nie w geniuszu autora, a w fatalnej kondycji duchowej ludzi. Coelho ma taką rzeszę wiernych fanów, bo dożyliśmy czasów, gdy miliony ludzi na świecie szuka pocieszenia, otuchy i nadziei, a ten konkretny pisarz im to daje. Jednak w ramach walki z własną ignorancją wobec literatury światowej co jakiś czas sięgam po którąś z jego książek, tym razem od przyjaciół (fanów prozy Coelho) pożyczyłam powieść „Zwycięzca jest sam”. Przeczytałam i stwierdzam, że (niemal tradycyjnie) szału nie było, natomiast tekst jest interesującym zapisem 24 godzin w Cannes, z festiwalem filmowym w tle. Bohaterów jest kilkoro, każdy ma swoją historię, inny charakter, temperament, zawód, pozycję społeczną i ekonomiczną. Znajdziemy tam m. in.: Igora – rosyjskiego milionera, próbującego odzyskać byłą żonę przez dokonywanie kolejnych zabójstw, Jasmine – modelkę z trudną przeszłością i poczuciem winy, Gabrielę – aktorkę, rozpaczliwie próbującą zrobić karierę, Hamida – słynnego projektanta mody, którego świat sławy, pieniędzy i wszechobecnej obłudy wciąga coraz bardziej, ale jest też uliczna handlarka, autorka nikomu nieznanego filmu, producent filmowy czy policjant. Wszystkich łączy miejsce akcji. Taka różnorodność postaci sprawiła, że „Zwycięzca…” staje się analizą kondycji współczesnego społeczeństwa. Autor brutalnie odsłania kulisy świata celebrytów, pokazuje jak spełnione marzenia stają się przekleństwem i że granica pomiędzy miłością a szaleństwem bywa bardzo cienka.

Niby każdy wie, że sława i pieniądze szczęścia nie dają, a jednak stanowią warunek poczucia spełnienia dla tak wielu. Banalne hasła Coelho przekuł w historię z morałem, jednocześnie jest ona skonstruowana tak, by pozostawiała w naszym umyśle miejsce na niejednoznaczność. Każdy czytelnik może z niej wziąć coś dla siebie, ale będą i tacy, dla których pozostanie ona tylko, jedną z wielu, opowieścią bez znaczenia.

 

Tak czy inaczej zapoznać się warto: http://drzewobabel.pl/wydawnictwo/ksiazki/zwyciezca_jest_sam,ksiazka,12.html

„soweto – my love” – wojciech albiński

Zawsze, gdy czytam o nieznanych mi miejscach, obcej kulturze, czuję, że coś mi umyka. Słowo nabiera innego znaczenia, pociąga za sobą emocje, gdy dotyczy tego, co znam, czego dotykam, co widziałam. Pamiętam jaki problem miałam z książką Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa” – niby o czymś, co się dzieje tuż obok, o ludziach żyjących w sąsiedztwie, a jednak zabrakło w tym moim odczytaniu odczuwania. Podobnie było z książką Wojciecha Albińskiego.

Soweto – miasto, a właściwie zespół gmin miejskich w RPA, powstało jako osiedle mieszkalne dla pracujących w kopalniach robotników, następnie przeznaczone na dzielnicę czarnych, dziś uważane za symbol walki z apartheidem. W opowiadaniach Albińskiego Soweto to żywa tkanka, złożona z prawie dwóch milionów istnień, z indywidualnych historii. Poprzez opowieści o jednostkach poznajemy prawa, jakimi rządzi się Soweto, odkrywamy, że pojęcie moralności jest elastyczne, prawo dla każdego może oznaczać, co innego, a przesądy bywają silniejsze niż zdrowy rozsądek. Bohaterowie poszczególnych opowiadań różnią się poglądami, rasą, statusem społecznym i ekonomicznym, są uosobieniem różnorodności RPA. Ta różnorodność z jednej strony stanowi niezaprzeczalną wartość, z drugiej jest źródłem konfliktów wynikających z wzajemnego niezrozumienia. Ta książka jest jak patchwork – złożony z fragmentów, często na pierwszy rzut oka do siebie nie pasujących, tworzy niepowtarzalną, oryginalną całość.

Choć „Soweto – my love” czyta się doskonale, to przez cały czas trwania tego procesu, towarzyszyło mi poczucie, że nie umiem odkryć wszystkich warstw zapisanych historii, że ocieram się zaledwie o powierzchnię, że brak mi narzędzi do poznania głębi. Zostaję więc z poczuciem niedosytu, z obnażoną mą własną niewiedzą, ale i z zaszczepionym gdzieś w środku zainteresowaniem dla tego, co nieraz tak podobne, choć tak odległe.

 

O książce: http://wab.com.pl/?ECProduct=1285

„lista schindlera” – thomas keneally

W ramach nadrabiania zaległości, których się wstydzę, przeczytałam „Listę Schindlera” – historię Niemca, Oskara Schindlera, przemysłowca, który podczas II wojny światowej ratował Żydów przed śmiercią w obozach pracy i w komorach gazowych m. in. Oświęcimia. To nie jest książka, która ma się podobać. Podobanie nie ma tu nic do rzeczy. „Lista Schindlera” to po prostu lektura, którą trzeba przeczytać.

Mocnym punktem książki Keneally’ego jest język narracji – prosty, rzeczowy, bez wyolbrzymiania tragedii, bez operowania emocjami, dość chłodny, choć nie aż tak jak w przypadku Hanny Krall. Tutaj każde słowo jest odpowiednie – to jedyne określenie jakie przychodzi mi do głowy.

Sam Oskar Schindler, choć jego działania kwalifikują go do miana bohatera, wcale nie jest przedstawiany jako bohater. Wręcz przeciwnie – nie stroniący od alkoholu i miłosnych uciech, na kartach powieści wydaje się być zupełnie zwyczajnym człowiekiem, mającym swoje słabości, ale i zasady. Po początkowej fascynacji ideami narodowościowymi, przeżył polityczne rozczarowanie, a gdy wybuchła wojna i rozpoczęła się eksterminacja „podludzi”, brzydził się działaniami żołnierzy Rzeszy. Sam jednak lubił luksus, miał głowę do interesów i urok osobisty, który pomagał mu w stworzeniu szerokiej i bardzo pomocnej w prowadzeniu biznesu siatki kontaktów. Tak czy inaczej jego krakowska fabryka była częścią niemieckiego przemysłu wojennego. Schindler wstydził się tego, jak niemiecka armia traktuje Żydów, jednocześnie był na tyle sprytny, by znaleźć sposób na funkcjonowanie w ramach wojennego systemu i ocalić tylu braci wyznania mojżeszowego, ilu zdoła. Zaczął zatrudniać Żydów jako wykwalifikowanych robotników w swojej fabryce, nie pozwalał ich bić, dbał, by mieli zapewnione solidne posiłki i przyzwoite warunki mieszkalne. Co miesiąc wydawał fortunę na czarnorynkową żywność dla swoich pracowników oraz prezenty zapewniające przychylność oficerów SS i urzędników. W końcu chcąc uchronić pracowników przed śmiercią w obozach zagłady, przeniósł całą fabrykę na Morawy, a tych, którzy trafili w tryby machiny oświęcimskiej wyciągał przy pomocy pieniędzy, luksusowych trunków czy diamentów. Dzięki niemu praktycznie cały obóz Brinnlitz na Morawach, w którym przebywało (o ile dobrze pamiętam) ponad tysiąc osób, przetrwał do końca wojny.

Działania Schindlera graniczyły z szaleństwem, na każdym kroku ryzykował własnym życiem, jego znajomi uważali, że był żydofilem, opętanym dziwną chorobą. Nie ma sensu umieszczać tu wywodu, na temat moralnego aspektu postępowania Oskara Schindlera – uratował ponad tysiąc istnień ludzkich. Co do powieści Keneally’ego – to jedna z najcenniejszych literackich lekcji, jakich dane mi było doświadczyć.

 

Polecam bardzo: http://www.gandalf.com.pl/b/lista-schindlera/

„biały stok” – mira łuksza

Ja naprawdę jestem poetycko uszkodzona, tzn. mam uszkodzony jakiś receptor, pozwalający odczytywać poezję. Życie jednak ma to do siebie, że często zmusza nas do pokonywania słabości i barier wszelakich. Pokonałam więc i przeczytałam tomik poezji Miry Łukszy. No i doznałam rozdwojenia jaźni. Pojawiły mi się w głowie momentalnie dwa rodzaje myśli, dwa odczytania, dwoistość w umyśle mi zakiełkowała.

Mira Łuksza pochodzi z Podlasia i o Podlasiu pisze. Zazwyczaj tworzy w języku białoruskim, ale tym razem stworzyła po polsku. Dwoistość w moim umyśle zdaje się nie być przypadkowa, bo wystarczy spojrzeć na spis treści, by zrozumieć, że w „Białym stoku” znajdziemy utwory zarówno dotyczące samej stolicy Podlasia, jak i regionu. Większość to miniaturowe obrazki, słowem malowane pejzaże miejsc widziane przez pryzmat człowieka. To, co dostępne ogółowi w postaci konkretnego punktu na mapie, autorka pokryła mgiełką własnych wspomnień, skojarzeń, odczuć, nałożyła na owe punkty siatkę utkaną z pamięci o ludziach jej bliskich. Stworzyła w ten sposób wrażenie intymności, bliskości, więzi z miejscem.

Przewijają się przez kartki „Białego stoku” ulice miasta i małe wsie, pojawiają się imiona i nazwiska – nieznane i rozpoznawalne. Trudny to tomik. Trudno mi znaleźć granicę, po przekroczeniu której uczucia poetki zaczynają być moje. Kolejna dwoistość – autor i czytelnik. Tę podwójność wszechobecną można wskazać, można wyróżnić i nazwać, ale nie można rozdzielić – ogólne i prywatne, białostockie i regionalne, polskie i białoruskie, jej i moje… Podlasie.

 

Do poczytania:

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121124/OBSERWATOR/121129725

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130227/REGION05/130229677

Do obejrzenia:

http://www.tvp.pl/bialystok/mniejszosci/tydzien-bialoruski/wideo/17022013/10099071

 

 

o annie grodzkiej w kontekście politycznym

Przez środowiska konserwatystów, a właściwie wciąż jeszcze przez sporą część społeczeństwa, z kolegami parającymi się polityką na czele uważana jest za odstępstwo od normy, dziwadło, wybryk natury. W rozmowach z nią transseksualizm, kwestie płci i intymnych sfer życia dominują. Jeśli nawet dziennikarz pyta o politykę, na polu której realizuje się przecież Anna Grodzka, to i tak wcześniej czy później pojawiają się wspomniane wyżej tematy. Szkoda, bo jak słusznie zauważyła w programie „Bez maski” Monika Jaruzelska, szok wywołany wejściem do polskiego parlamentu osoby transseksualnej, już dawno powinien minąć, a mimo to kwestie merytoryczne w kontekście osoby pani Grodzkiej wciąż zajmują miejsce marginalne. Tymczasem Anna Grodzka to taki sam człowiek, a także taki sam polityk, jak inni. Zupełnie nieprofesjonalne wydają mi się więc zarówno dziennikarskie pytania przekraczające wszelkie granice dobrego smaku, jak i wystąpienia szefa Ruchu Palikota, wykorzystujące transseksualizm posłanki Grodzkiej przy każdej nadarzającej się okazji, do walki politycznej. Argumenty używane chociażby w sporze o stołek wicemarszałka, zajmowany przez Wandę Nowicką, były zupełnie niepoważne i krzywdzące nie tylko dla braci sejmowej, ale i dla samej Anny Grodzkiej. Nagle bowiem okazało się, że należy ją traktować inaczej, w sposób szczególny, a już nie daj Boże być jej oponentem politycznym, bo zostanie się oskarżonym o nietolerancyjność. To z kolei zdaje się przeczyć temu, o co Grodzka walczy, a walczy o równouprawnienie. Dlatego też cieszy mnie niezwykle wywiad przeprowadzony przez Monikę Jaruzelską, zachowujący równowagę pomiędzy pytaniami o sedno społecznych i politycznych działań posłanki, a jej prywatne odczucia, co istotne, bez próby wnikania w intymne dziedziny jej życia. Może więc zamiast szukać taniej sensacji, warto skupić się na tym, co istotne…

Polecam: http://monikajaruzelska.natemat.pl/48083,anna-grodzka-bez-sensacji