„trzy baśnie” – gustave flaubert

Z tak zwanymi klasykami jest zawsze jeden maleńki problem – nie wypada mówić o nich źle, bo już dawno temu zapewnili sobie miejsce w kanonie światowej lub narodowej literatury. Nie bardzo też da się napisać o nich coś odkrywczego, bo mądrzejsi przez wieki napisali już chyba wszystko. Mimo iż nie wypada, z przykrością muszę jednak przyznać, że „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza to największy literacki horror mojego życia. Czytałam tę książkę prawie dwa lata, umierając przy tym z nudów. Do dnia dzisiejszego odczuwam dziwną słabość w kończynach, gdy słyszę imiona Staś i Nel.

Na szczęście z Flaubertem takich problemów nie mam. Choć nie podzielam poglądu literaturoznawców jakoby był on geniuszem, to trzeba przyznać, że jego trzy baśnie: „Czyste serce”, „Legendę o świętym Julianie Szpitalniku” oraz „Herodiadę”, uznawane za literacki testament, nawet dziś czyta się z zainteresowaniem, a miejscami podziwem. We wszystkich tekstach pojawia się element świętości, ale badacze życia i dzieł Flauberta zgodnie twierdzą, że dużo istotniejsze jest podobieństwo „na poziomie obrazowania, symboliki, konstrukcji, szczegółów, które są tak przedstawiane, żeby były jednocześnie skrajnie symboliczne i skrajnie realistyczne.”[1]. Kunszt Flauberta uświadamiamy sobie w pełni, gdy tekst zostaje opatrzony odpowiednim komentarzem, uzupełniony informacjami o życiu autora, dlatego też polecam uwadze wszystkich wydanie z serii „Wielcy pisarze w nowych przekładach” wydawnictwa Sic!. Zwłaszcza dodatek „Croisset” Renaty Lis przypadł mi do gustu i to nie jako literaturoznawcy, a zwykłemu czytelnikowi. Tekst został bowiem skonstruowany tak, że czyta się go jak opowieść o życiu Flauberta, bez trudnego, naukowego, często bełkotliwego i niezrozumiałego  języka. I za to należy się tłumaczce szacunek, twierdzę ja – wielka orędowniczka nauki dostępnej w formie zrozumiałej dla wszystkich. Poza tym nie trzeba mieć tytułów naukowych, by Flauberta polubić. Wystarczy spróbować poczuć. Polecam:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/34822/trzy-basnie


[1] Gustave Flaubert, „Trzy baśnie”; fragment wstępu autorstwa Renaty Lis i Jarosława Marka Rymkiewicza, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 6

Reklamy

***

zakrywam dłonią nie moją kościstość

osłaniam prześcieradłem rumianość lic

spuszczam wzrok rozbiegany

rozedrgane nozdrza uspokajam oddechem

 

wykrawam z piersi mojej twoją nieobecność

bolesną

 

wypuszczam więzione myśli

usuwam plamę strachu

wybielaczem z reklamy

„wszystkie odcienie czerni” – ilona felicjańska

Na okładce tej książki, u góry, drukowanymi literami napisano THRILLER EROTYCZNY. I dobrze, że napisano, bo chociaż erotyczne to jest na pewno, to w sumie nie bardzo wiadomo co to jest. Zacznę więc od tego co pewne, od erotyki. Nie czuję się osobą kompetentną do wypowiadania się w kwestii literatury o silnym zabarwieniu erotycznym, ponieważ takowej nie czytuję. Pod tym względem książka Ilony Felicjańskiej stanowi dla mnie pewne novum, a jej czytanie było ciekawym literackim doświadczeniem.

Seksu jest tu sporo i to w różnych odsłonach, jest tradycyjnie, jest oralnie, analnie, jest i pozorowany gwałt, i seks grupowy – cała paleta możliwości, które główna bohaterka Anna, realizuje na żywo lub w sferze marzeń. Równie kolorowo, i to dosłownie, jest jeśli chodzi o partnerów – mąż, kochanek, przypadkowo spotkani mężczyźni, biali, czarny, żółty – niemal pełna gama kolorów, różnorodność w kwestii pochodzenia i statusu społecznego. O dyskryminacji nie ma więc mowy.

Słowo o głównej bohaterce. Anna pracuje w wydawnictwie, jest żoną wziętego prawnika, matką dwójki dzieci – niby taka przeciętna kobieta, z którą każda czytelniczka mogłaby się utożsamić, ale jakoś moich przyjaciółek nie stać na rozbijanie się po świecie, zwiedzanie japońskich klubów miłości, pływanie katamaranem, nie mówiąc już o tym, że nie mają mężów-bogatych prawników, jeszcze bogatszych kochanków i znajomych byłych szpiegów. Mnie też nie stać i też nie mam, więc mam za to pewien problem z utożsamieniem się z Anną, bardziej przypomina to serial „Dynastia” tyle, że uwspółcześniony i w wydaniu książkowym. No, ale wróćmy do Anny – często podkreśla, że choć nie ma już dwudziestu lat i urodziła dwójkę dzieci wciąż jest piękną, atrakcyjną i pożądaną kobietą. W jej związek wkrada się jednak rutyna, nuda i zobojętnienie, które sprawiają, że kobieta wdaje się w namiętny romans z Oskarem – seksownym, tajemniczym biznesmenem z mroczną przeszłością. Finał tej znajomości jest dość zaskakujący…

Jest też Paweł, mąż Anny, Polak o zapędach antysemickich, prawnik odnoszący sukcesy i coraz bardziej zaangażowany w sprawę koncernu farmaceutycznego, testującego nowy lek na AIDS, który to lek niestety zabija nie tylko wirusa, ale i nosiciela. Koncern jest klientem Pawła, którego wraz z kolejnymi niepokojącymi danymi o tysiącach ofiar w Afryce, gdzie testowano lek, dopadają coraz większe wyrzuty sumienia. W końcu mężczyzna chce nagłośnić sprawę, a to sprowadza na rodzinę Anny i Pawła poważne niebezpieczeństwo… i tutaj kończy się całkiem niezły początek dalej już całkiem kiepskiego thrillera. Dalej bowiem  mamy coraz bardziej banalne sceny rodem z hollywoodzkich filmów akcji – jest dramatyczna ucieczka, groźby, były szpieg (który teraz pisze książki), międzynarodowa afera, łapówki, powiązania, układy…itd. Oczywiście okazuje się, że wszyscy kłamią, są nie tymi, za których się podawali… ble ble ble i mamy happy end.

Co ciekawe autorka na skrzydełku okładki tej fascynującej lektury przyznaje: „W tej książce jest cząstka prawdy. Jak wielka? Tego nie powiem.”. Hmm… afera z koncernem farmaceutycznym jest raczej mało prawdopodobna, więc…

…gdybać jednak nie należy. Należy za to wspomnieć, że w całym tym kociołku, do którego autorka wrzuciła wszystko: intrygę, zdradę, seks, nietolerancję, dojrzewanie, perwersję, politykę, antysemityzm, rasizm, łapówkarstwo, kłamstwa, manipulacje, okraszając to wydarzeniami współczesnymi jak chociażby katastrofa samolotu prezydenckiego, jest coś, czemu warto przyjrzeć się bliżej. Oto pojawia się książka mówiąca o seksie z punktu widzenia kobiety. Mówiąca w dodatku dobitnie, mocno, wyraziście o tym, czego kobiety w Polsce się wstydzą, o czym nie umieją rozmawiać, co wciąż stanowi temat tabu – o własnej seksualności, o erotycznych fantazjach i marzeniach, o świństwach i perwersjach nigdy nie wypowiedzianych. Nie chcę się zastanawiać na ile była to prowokacja, na ile PR-owskie zagranie kobiety walczącej o utrzymanie statusu celebrytki, jak chcą niektórzy. Jeśli zadaniem tej książki było przełamanie wstydu i uświadomienie społeczeństwu, że panie mają pewne oczekiwania względem literatury kobiecej, że część z nich poszukuje w niej czegoś mocniejszego niż idealne uczucie, to myślę, że się udało. Nazwisko autorki gwarantuje bowiem „Wszystkim odcieniom czerni” zainteresowanie mediów.

Co do samej książki – paradoksalnie czyta się to całkiem przyzwoicie, szybko i bez większych problemów. Co do języka to uważam, że jest on charakterystyczny dla autora, jest jak podpis. Ilona Felicjańska podpisuje się „nagością”, „seksem”, „zdradą” i „członkiem”. I trzeba przyznać, że jest to podpis wyrazisty.

PS. Miałam okazję poznać Ilonę Felicjańską osobiście i muszę przyznać, że spotkanie z nią było bardzo miłym zaskoczeniem, głównie dzięki temu, że wbrew moim obawom, nie ma w sobie żadnego gwiazdorstwa. Jest miłą, niezwykle szczerą i bezpośrednią dziewczyną, a poznanie historii powstania „Wszystkich odcieni czerni” pomaga lepiej zrozumieć ten tekst i choć moja opinia na temat książki jest taka jaką widzicie powyżej, to życzę wszystkim, którzy ją przeczytają spotkania z Iloną. To najlepsze uzupełnienie tej opowieści – pouczające, zmieniające perspektywę i nadające samej książce nową wartość. Wartość, którą dać może tylko spotkanie z drugim człowiekiem.

„crysis: eskalacja” – gavin smith

Kiedy widzę na okładce książki coś, co jest połączeniem człowieka i maszyny do zabijania, włos mi się jeży na głowie, gdy na okładce czytam: „(…) fabularny pomost między grami (…)” – odczuwam słabość. Fantastyka mnie przeraża, zwłaszcza ta, gdzie atakują obcy, krew się leje hektolitrami, a kawały mięcha spadają na wszystkie strony. Okazuje się, że mogą być obcy, krew i mięcho, a i tak uda się stworzyć całkiem przyzwoitą książkę.

„CRYSIS: Eskalacja” to zbiór opowiadań, w których przewijają się ci sami bohaterowie: Psycho, Prorok, doktor Asher i inni. Choć każde opowiadanie jest odrębną narracją, dopiero jako razem dają szerszą perspektywę, perspektywę całości. Ludzkość jest już po kontakcie z obcą cywilizacją, Cepidami, stojącymi na znacznie wyższym poziomie pod względem rozwoju technologicznego. Władzę nad światem stopniowo zdobywa korporacja CELL, uzależniająca od siebie ludzi po to, by powołać ich następnie w szeregi korporacyjnej armii. Rodzi się ruch oporu wobec CELL, niedobitki Cepidów ewoluują, ludzkość skazana jest na walkę z obcym najeźdźcą i własnym postkapitalistycznym wytworem.

Choć świat stworzony na kartach tej książki jest wytworem wyobraźni, uczucia i emocje bohaterów pozostają bardzo realne. Ta książka stawia pytania, o to czym jest honor i lojalność, o to jak daleko można przesunąć granicę człowieczeństwa i co się dzieje, gdy ją przekroczymy. Gavin Smith przedstawia możliwy scenariusz upadku ludzkości, upadku, którego przyczyną wcale nie jest inwazja z kosmosu, a bezduszność i zachłanność człowieka.

Doskonała lektura dla fanów fantastyki.

http://www.insignis.pl/book/index/73/CRYSIS–Eskalacja.html

…pozwól mi płakać. proszę…

…przestań mi się śnić. proszę. bo to zakrawa na sadyzm. co noc obmywasz mi stopy falą ciepłych wspomnień, dławisz niezmierzony żal, by rankiem pozwolić mu rozlać się na nowo…

…przestań mi się śnić. proszę. zwłaszcza w te noce czarne, gdy wchodzisz jej butami w moje sny, potęgując i tak przytłaczające uczucie nic-nie-wartości, gorszości, niższości i podrzędności…

…przestań mi się śnić. proszę. odbierać tę siłę, którą dałeś sprawiając, że czułam się bezpiecznie w kokonie twych ramion, wtulona w twoją wiarę we mnie, twą nienaruszalną dobroć…

…pozwól mi płakać. proszę. wylać na zewnątrz tę rwącą rzekę, która przytula mnie do swego dna za każdym razem, gdy z uśmiechem na twarzy padam ci w objęcia…

„getto. bajka” – anna kościuk-suchocka

Kiedy słyszę słowo bajka, przypomina mi się natychmiast moja ulubiona, ta o Kopciuszku, którego z niedoli wybawia piękny książę. Kiedy słowo bajka słyszą dzisiaj dzieci, większość przytacza nieznane mi zupełnie tytuły japońskich seriali animowanych. Choć więc zmieniają się bajkowe postaci, unowocześnieniu ulegają stare opowieści i w ilościach hurtowych pojawiają się nowe, bajka pozostaje bajką – czy to na kartach książki czy to na ekranie telewizora, monitorze komputera czy jakiegoś innego ustrojstwa, co to się je teraz dzieciom przed oczy wpycha. No właśnie… dzieciom… bo nie wiedzieć czemu zakładamy, że odbiorcami bajki są dzieci. A gdyby tak stworzyć bajkę zupełnie nie dla dzieci? I nie, nie chodzi mi o to, o czym pomyślało teraz 90 % czytających ten tekst…

Tak się stało, że w ramach przygotowań do pracy, trafiłam na książkę Anny Kościuk-Suchockiej. Książkę, której już sam tytuł, będący dość oryginalnym zestawieniem słów, zaintrygował mnie niezmiernie. No bo muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się czytać bajek o getcie. Co prawda istniał w historii ludzkości, taki niechlubny okres, gdy wygłodzone żydowskie dzieci opowiadały sobie bajki o getcie, ale te wymyślane historie były przerażającą formą podkreślającą wynaturzenie człowieka. Ale dziś? XXI wiek, stan względnego (s)pokoju i nagle tytuł, który przyciąga uwagę: „Getto. Bajka”.

Nie tylko tytuł jest jednak uwagi godny. Cała historia jest dość dziwna, ale przez to oryginalna. Pewnego dnia, ludzkość przestała potrzebować bajek, więc wszelakiej maści bajkowe stwory trafiły do getta na obrzeżach miasta, gdzie opowiadają o swoich problemach, tęskniąc jednocześnie za znanym i nieznanym, uosobieniem dobra i zła, tęskniąc za poznaniem człowieka. Informacje dotyczące istot ludzkich są tak różne, że bajkowe stwory urządzają sąd nad Człowiekiem, przez którego znalazły się w zamknięciu, daleko od swoich rodzinnych bajek. Mimo sądu nie udaje im się odkryć prawdy o tej dziwnie niejednoznacznej istocie, dopóki ona sama nie zaczyna się pojawiać na terenie getta. W drugiej części książki, bajkowe postaci oswajają się z ludźmi, niektóre nawet się z nimi zaprzyjaźniają i te szczególne relacje zostają poddane różnego rodzaju próbom, boleśnie udowadniając jak słabym, płytkim i obojętnym stworzeniem potrafi być człowiek.

Jak na bajkę przystało jest i zakończenie, taki end, choć nie do końca wiadomo czy happy. Okazuje się, że ludzie i bajkowe stwory są sobie nawzajem niezbędne, ludzie uciekają przed światem realnym, w którym żyją, gdyż ich własne prawa nie pozwalają im zaznać spokoju i szczęścia, bohaterowie bajek są skłonni wybaczyć im odrzucenie, uczą Człowieka, czym jest oddanie, poświęcenie, przyjaźń i miłość. A ten cały obrazek trzymają w ramach prologu i epilogu Jezus i Szatan. Polecam:

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/130328/getto-bajka

„głos” – arnaldur indriðason

Doskonale napisany „więcej aniżeli kryminał”. Książkę czyta się jednym tchem. Jej największym atutem jest połączenie kilku historii w jednej opowieści.

Szkielet, w oparciu o który budowana jest fabuła to morderstwo portiera w jednym z największych hoteli w Reykjaviku. Mężczyzna zostaje znaleziony w swoim pokoiku, w piwnicy hotelu. Ma na sobie strój św. Mikołaja, spuszczone spodnie i prezerwatywę na członku. Śledztwo ujawnia, że mężczyzna o imieniu Gudlaugur, był niegdyś dziecięcą gwiazdą – śpiewał jako solista w chórze. W wieku dwunastu lat w wyniku mutacji stracił jednak swój niezwykły dar czym rozczarował wymagającego ojca. Spotkania ze znajomymi zamordowanego portiera, rozmowy z jego siostrą ujawniają tragiczną historię dziecka, któremu odebrano dzieciństwo. To poruszający opis chorej relacji ojca i syna, w której rodzic pełni rolę wyroczni, kształtuje los dziecka według własnego „widzimisię”, nie pytając o zdanie syna. Realizuje własne marzenia niejako zmuszając dziecko do śpiewu, snując przy tym wizje wielkiej, międzynarodowej kariery chłopca, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego jakim dramatem stanie się moment utraty przez Gudlaugura głosu.

Gdzieś w tle trwającego śledztwa toczy się proces ojca, oskarżonego o znęcanie się nad własnym synem. Sprawę prowadziła policjantka, Elinborg, którą mocno poruszyła historia pobitego dziecka. Przekonana o winie ojca chłopca, z uwagą śledziła proces. Ostatecznie, rozwiązanie sprawy zaskoczyło wszystkich. Przy okazji tego wątku pojawiają się niepokojące informacje dotyczące znęcania się nad dziećmi, próba analizy zachowań oprawców i wniosek – prawo jest niemal bezsilne wobec tego procederu.

Wątkiem, który wydał mi się najciekawszy, jest ten dotyczący policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa portiera, znanego już z wcześniejszych powieści tego autora – komisarza Erlendura. Policjanta prześladuje tragedia z przeszłości. Jako dziecko komisarz wraz z bratem znalazł się w górach, nadeszło załamanie pogody, obaj chłopcy zgubili się w szalejącej śnieżycy. Erlendura odnaleziono, jego młodszego brata – nie. To doświadczenie na zawsze zmieniło życie zarówno Erlendura jak i jego rodziców. Komisarz nigdy nie wybaczył sobie, że puścił rękę brata, ojciec chłopców zamknął się w sobie, obarczając się winą za to, że zabrał ze sobą dzieci. Nie bez znaczenia był fakt, że ciała młodszego z braci nigdy nie odnaleziono, chłopca uznano za zaginionego, co sprawiło, że rodzina nie była w stanie uporać się z tym, co się stało. Przeszkodą, nie pozwalającą pogodzić się ze śmiercią chłopca, było dręczące pytanie: czy mógł przeżyć? A jeśli tak, to co się z nim dzieje? Poczucie odpowiedzialności, wpajane Erlendurowi od dziecka, jako temu starszemu, który winien opiekować się młodszym bratem, doprowadziło do rozpadu małżeństwa komisarza i zerwania przezeń kontaktu z własnymi dziećmi – Evą Lind i Sindrim. Po tym, co wydarzyło się w górach, Erlendur nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dzieci, cierpiące z powodu porzucenia przez ojca, zaczęły się staczać. Eva Lind walczyła z narkomanią, Sindri z alkoholizmem. W „Głosie” poznajemy zaledwie wycinek trudnych relacji komisarza z córką, która odnalazła go po latach. Cierpiąca po stracie dziecka dziewczyna, szuka kontaktu z ojcem, stara się nadrobić stracone lata i stworzyć między nimi nić porozumienia. Przy okazji szuka też odpowiedzi na pytanie dlaczego ojciec ich porzucił.

Wszystkie te historie łączy jedno – każda z nich opowiada o tragedii dziecka, każda mówi o tym w inny sposób, każda stanowi odrębną opowieść, choć we wszystkich dominują uczucia osamotnienia, odrzucenia i poczucia winy. Polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1182