„książka meldunkowa” – jan kamiński

Wspominałam już kilkakrotnie co to ja myślę o czytaniu książek, które czytają wszyscy. Choć zdaję sobie sprawę, że stanowcze nie-sięganie po aktualne bestsellery prawdopodobnie skazuje mnie na towarzyskie wykluczenie w pewnych kręgach, z pokorą przyjmuję tę konsekwencję własnego wyboru. Pisałam nie tak znowuż dawno o książce Androsiuka „Biały koń”, którą swego czasu zaczytywał się literacki, literaturoznawczy i kulturalny Białystok. W tym samym czasie zaczytywał się równie mocno, o ile nie bardziej „Książką meldunkową” Jana Kamińskiego, tyle, że o ile czytanie Androsiuka przełożyłam sobie na później z premedytacją, o tyle czytanie „Książki meldunkowej” przekładało mi się samo. W białostockich księgarniach zabrakło, w białostockich bibliotekach też dla wszystkich chętnych nie starczało. W końcu udało mi się ją, po ponad roku polowań, wypożyczyć, a ku mej wielkiej radości również i nabyć na targach książki. Tyle, że mimo upływu czasu, „problem” popularności książki nie zniknął. Napisali już o niej chyba wszyscy, którzy mieli i nie mieli coś/nic sensownego do napisania (oczywiście nie przeczytałam nic, bo wolę sobie sama zdanie wyrobić niż ulegać kuszącym sugestiom białostockich mediów), mądre głowy nagrodziły wielkie dzieło, a mistrzowie pióra ( w tej roli Ignacy Karpowicz i Piotr Brysacz) opatrzyli książkę odpowiednim komentarzem, skwapliwie przez wydawcę umieszczonym na okładce (cholera! tego już nie sposób było ominąć). No i co ja mam niby teraz mądrego napisać, gdy ciągnie ta „Książka meldunkowa” za sobą jarzmo literatury oryginalnej, wielkiej, ciekawej? No krótko mówiąc, szlag by to trafił, dzieło wybitne!

Całe jednak szczęście, że przynajmniej teoretycznie, mamy jeszcze w tym kraju coś takiego jak prawo do posiadania własnego zdania. Całe szczęście ludzkość wymyśliła blogi, by móc swobodnie owo własne zdanie publicznie ogłosić. Ogłaszam więc, że nie mam pojęcia, co mam napisać o tej książce, bo nie przychodzi mi do głowy absolutnie żadne określenie. Sam pomysł jest dosyć prosty – wielogłos ujęty w klamrę kompozycyjną, dla którego wyznacznikiem porządku i inicjatorem istnienia staje się odnaleziona po latach książka meldunkowa. Narracja płynnie przechodzi z ust do ust kolejnych, figurujących w owej książce postaci, co pozwala czytelnikowi oglądać opisywany świat z różnych perspektyw. Choć przywoływane historie dzieją się głównie na Podlasiu, a w tle przewijają się nazwy miejscowości, pozwalające nawet ulokować tę magiczną krainę na mapie, wyłania się z powieści Kamińskiego obraz Podlasia zupełnie mi nieznanego, obcego, tak bardzo innego od tego wszystkiego, czego udało mi się przez całe moje życie doświadczyć. Można by spróbować tłumaczyć to czasem akcji, ale i Androsiuk sięgał do tych punktów w przeszłości, które znam jedynie z relacji starszych członków rodziny. Jak to więc jest, że słowa Androsiuka współodczuwam, a słów Kamińskiego nie czuję? Myślę, że chodzi o miejsce, fizycznie obecną przestrzeń – okolice Gródka są mi zupełnie nieznane, stąd ten odbiór bez angażowania emocji. Z drugiej strony nie można odmówić Kamińskiemu prawdy o Podlasiu, którą przemyca na kartach swojej książki. Jest i głęboka wiara nie stojąca w sprzeczności z katowaniem własnego dziecka, i odwieczny konflikt na linii polsko-ruskiej (kacapów ci u nas dostatek), i postęp wymieszany z zabobonem, i strach w parze z fascynacją, gdy pojawiało się nowe, nieznane, jest sfera intymna i ta ogólnodostępna.  Wszystko okraszone solidną dawką humoru, a  nierzadko dosadnym słownictwem. Całość często śmieszna, czasami straszna.

Jest jednak coś, co stanowi niepodważalną wartość tej książki, niezależnie od tego czy jest to fikcja literacka w czystej postaci czy też historia przetykana wątkami autobiograficznymi – „Książka meldunkowa” ocala od zapomnienia świat, którego już nie ma… a to najpiękniejszy prezent jaki jako czytelnik i człowiek stąd, mogłam otrzymać. Polecam bardzo:

http://fundacja-sasiedzi.org.pl/wydawnictwa.html?start=5

„ości” – ignacy karpowicz

Wymyślenie tytułu „Ości” zajęło mi trzy lata. To jak wiadomo – końcówka, która nie ma tematu. Dostajemy ramkę, do której możemy włożyć wszystko, co chcemy. Samemu trzeba ją wypełnić: samotność, nieprzyjemność, tożsamość. (Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,14074703,Ignacy_Karpowicz__W_Polsce_trudno_byc_starsza_kobieta_.html?as=2#ixzz2IPpRPYdD)  – tak o swojej najnowszej powieści mówił Ignacy Karpowicz na spotkaniu w Białymstoku. I rzeczywiście, „ości” to powieść niezwykle otwarta na interpretacje, ale po kolei…

Zacznijmy od bohaterów. Ich mnogość i zawiłość wzajemnych powiązań początkowo może przyprawiać o zawrót głowy, a jeśli opierać się jedynie na opisie, umieszczonym na okładce książki, potencjalny czytelnik (albo raczej nie-potencjalny, bo nie mający wcześniej do czynienia z prozą Karpowicza) niechybnie nabierze przekonania, że oto czołowy polski prozaik, na grubo ponad czterystu stronach, umieścił krajową wersję brazylijskiej telenoweli. Otóż nie umieścił. Bo choć ulokowanie obok siebie, nawet na tysiącu stron, pary gejów, drag queen przeistaczającej się na co dzień w dobrego męża i ojca, kilku matek, gromadki dzieci, żarliwej katoliczki, wyzwolonej kobiety sypiającej ze znacznie młodszym mężczyzną, męża i żony wraz z ich kochankami i nastoletnim synem, miłości, śmierci, zagubienia, strachu, kota, tchórzofretki i rybki, przez przeciętnego Polaka nadal jest odbierane jako abstrakcja, wcale takie abstrakcyjne nie jest. Karpowicz serwuje nam uproszczony schemat współczesnego, wielkomiejskiego społeczeństwa. Tyle, że uproszczony wcale nie oznacza prosty. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że jest to struktura znacznie bardziej skomplikowana, czuła, dynamiczna niż ta, spotykana w małych miasteczkach, gdzie wszyscy wszystko wiedzą. Życie w wielkim mieście pozwala na swobodę działania i wolność wyborów, ale jednocześnie burząc tradycyjne pojęcia/kategorie związków, rodziny, relacji międzyludzkich, zmusza do wypracowania nowych rozwiązań, wymaga emocjonalnej elastyczności, niezbędnej by w tym wielkim świecie egzystować. W „ościach” konserwatyzm ściera się z liberalizmem, ale nie ma tam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie która opcja wygrywa.

Różnorodność bohaterów, choć początkowo zadziwiająca, a miejscami (dla niektórych) trudna do przyjęcia, jest niezwykle pomocna na etapie indywidualnego odbioru powieści. Okazuje się, że choć całość przypisana została przestrzeni wielkiego miasta, nawet w małej podlaskiej wsi znajdzie się matka, której łatwiej udawać, że nie wie o homoseksualizmie syna, żona, w imię wierności tradycji i wierze katolickiej, godząca się na trwanie w instytucji małżeństwa czy zagubiony nastolatek, tracący poczucie bezpieczeństwa z powodu „niestandardowych” zachowań swoich rodziców. Właściwie każdy, kto sięgnie po tę powieść, w którymś momencie odnajdzie fragment samego siebie, własnych emocji lub doświadczeń… choć pewnie nie każdy będzie umiał się do tego przyznać.

Jeśli chodzi o warstwę fabularną – nie jest to propozycja dla fanów wartkiej akcji, dzieje się skąpo w sferze fizycznych zdarzeń, ale mnóstwo w sferze emocjonalnej. Sporo się też dzieje jeśli chodzi o wizualną stronę książki (i wcale nie mówię o okładce), główny tekst przetkany jest, wyróżnionymi inną czcionką, fragmentami. Są to między innymi wspomnienia czy objaśnienia przypominające hasła z encyklopedii. Kojarzą mi się z didaskaliami, to takie uzupełnienie głównego tekstu, podanie okoliczności, serwowanie czytelnikowi danych, pozwalających stworzyć pełniejszy obraz całości.

Przez ponad czterysta stron myślałam o tej książce jako o niefrasobliwej. Dziwne, bo pierwszy raz przychodzi mi do głowy takie określenie w kontekście tekstu literackiego. Przez czterysta stron wahałam się między ostrożną ciekawością a rozczarowaniem (w końcu to Karpowicz – mam prawo się spodziewać najlepszego!) . Kiedy skończyłam, uznałam, że jest to jedna z najbardziej poruszających książek, jakie mi się przytrafiły. Polecam bardzo: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci—Ignacy-Karpowicz

„last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” – szymon hołownia

Jak już wspominałam, bodajże przy okazji Androsiuka, mam tak skonstruowany umysł, że nie czytam tego, co wszyscy, chyba, że muszę. A już na pewno nie sięgam z własnej woli po coś, co zostało stworzone ręką kogoś o statusie celebryty. Długo udawało mi się unikać czytania Szymona Hołowni, nie dlatego, że nie lubię, a dlatego, że celebrytą jest, czemu zaprzeczyć nie sposób. W końcu jednak dłużej się nie dało, w ramach wypełniania obowiązków służbowych nabyłam książkę, poszłam na spotkanie autorskie, po czym zaczęłam czytać…

Nie mam nic przeciwko religii, choć Boga w literaturze nie lubię, akceptuję fakt, że jest w ludziach potrzeba pisania o wierze, religii, doświadczeniach duchowych itp. Poza tym sięgając po książkę z „chrześcijaństwem” w tytule, trudno spodziewać się, że tematów wyżej wymienionych uda się uniknąć. Nie mam też nic przeciwko katolicyzmowi (ani jakiemukolwiek innemu wyznaniu, o ile nie wpycha się z buciorami w moje życie), całe życie spędziłam w kraju uważanym za katolicki, wśród przyjaciół katolików i żyje mi się nawet całkiem przyjemnie, choć sama katoliczką nie jestem. Przyznać jednak muszę, że kiedy wstęp książki zaczyna się słowami: „Napisałem tę książkę po to, by przeciętny polski katolik…” to mam ochotę zakończyć lekturę zanim ją rozpocznę. Przemogłam się jednak, przez wstęp przebrnęłam, do treści właściwej dotarłam.

A tam… zbiór wywiadów, z ludźmi z całego świata. Pierwsze mnie nudziły, choć im dalej brnęłam, tym łatwiej było mi wyciszyć antycelebryckie uprzedzenia i niesmak popierwszozdaniowy. Całkiem szybko, bo w okolicach księgarza-świra z Guam, zaczęło być ciekawie, przy Kasisi się popłakałam, a przy Bussy-en-Othe zaczęłam odnajdywać znajome emocje.

Każdy z tych wywiadów jest inny, światopogląd rozmówców autora to cała dostępna paleta barw. Łączy ich jedno – są związani z chrześcijaństwem, działają na rzecz jego rozwoju, choć w zależności od miejsca i własnych przekonań, czynią to w sposób od standardowego, znanego Polakom jak wspólna modlitwa, po zupełnie abstrakcyjny w naszym kraju, jak opracowywanie alfabetu dla języka, którym posługuje się kilkaset osób. Hołownia poprzez rozmowy, ukazuje, nieraz skrajnie różne, odcienie chrześcijaństwa. Tło dla tych rozmów, stanowią opisy sposobu życia ludzi w danym miejscu na świecie, ich mentalności, postrzegania rzeczywistości, dotykających ich problemów, jest to więc podróż, pozwalająca odkryć jak chrześcijaństwo funkcjonuje w różnych zakątkach ziemi. Całość okraszona jest obserwacjami poczynionymi przez autora, ale też jego własnymi przeżyciami, emocjami.

Wnioski po lekturze nasuwają się same: Polacy powinni poważnie zastanowić się nad znaczeniem słowa chrześcijaństwo. Prawdę powiedziawszy dochodzę nawet do wniosku, że najwyższa pora zacząć się wstydzić tego jaką formę chrześcijaństwo przybrało w Polsce, bo rasizm, antysemityzm, brak poszanowania dla jakiejkolwiek formy inności w mentalności sporej grupy tzw. „prawdziwych Polaków” wciąż nie stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. I to dopiero jest chore!

A książkę gorąco polecam, choć celebryta napisał ;-):

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3523,Last-minute