wiadro frustracji

Dziś będzie trochę prywaty. Jesień przyszła, czas oszalał – pora wylać z siebie wiadro frustracji.  Padam na nos, roboty od cholery, pogubiłam dni, a dziś okazało się, że również tygodnie. Ludzie piorą brudy na facebook’u, niedziele nie służą już ani Kościołowi ani zakupom w galeriach, ani wycieczkom, spotkaniom z przyjaciółmi też nie… niedziele służą pracy. Patrzę na komputer i mam odruch wymiotny, więc ograniczam się do patrzenia w klawiaturę – odruch mniejszy, a da się frustrację wylewać. Marzę, by się wyspać, nie mieć pobudek o 4.15 i nie zastanawiać się, czy wyrobię się ze wszystkim, co mam dziś do zrobienia. Poza tym zawiodłam człowieka, który dał mi szansę i samą siebie, nie mam kiedy spotkać się z kumpelą, nie wzięłam dziekanki – choć powinnam i generalnie jestem chwilowo w czarnej d…., ale najbardziej wqrwia mnie to, że nie mam czasu czytać książek! Dziękuję za uwagę, wracam do roboty…

Reklamy

„bastard” – andrzej dziurawiec

Brakowało mi już straszliwie dawki solidnego kryminału lub thrillera. Może dlatego, że kryminał i thriller to jedne z tych niewielu form literackich, które czytam, bo lubię, a nie dlatego, że muszę. Raz na jakiś czas robię więc sobie przerwę od wszystkiego i wchłaniam kryminalną zagadkę. Tym razem trafiłam na „Bastarda” i muszę przyznać – bawiłam się świetnie. Nie sposób zresztą się nie bawić, gdy sam język narracji wywołuje uśmiech na twarzy. Mieszanina ironii, dowcipu i tego czegoś, co sprawia, że choć obok trup ściele się gęsto, nie przytłacza czytelnika ponury nastrój. Jeśli miałabym być precyzyjna, to widać co prawda delikatną zmianę, jakby „spoważnienie” języka w ostatniej części książki, gdy główny bohater zbliża się do rozwiązania zagadki, ale nie wpływa to w sposób znaczący na wrażenie ogólne.

Trzeba też przyznać, że w tym thrillerze, było co rozwiązywać… wpływowy biznesmen, wielkie pieniądze, stara fabryka, kilka zabójstw (tu w roli głównej brzytwa), banda nazistów, historia sprzed lat, a do tego potomkowie Czyngis-Chana. Obrazu całości dopełniają dwaj nie znoszący się serdecznie policjanci – Szubert i  Szuman. Przyczyną ich wzajemnej niechęci jest kobieta – była Szuberta, obecna Szumana. Jedna i ta sama. Paradoksalnie jednak to ona wytwarza pomiędzy nimi niewidoczną niemal, szorstką, często brutalną nić porozumienia. Chociaż Szubert i Szuman stanowią duet niebanalny, to jeden z nich – Szubert gra w tej powieści pierwsze skrzypce – emeryt, legenda policji, bohater. Wynajęty, za okrągłą sumkę, przez tajemniczego biznesmena Salomona, dostaje zadanie – odszukać mordercę młodego archiwisty.

Cała historia jest dość zawiła, pojawiają się poboczne wątki, czytelnik stopniowo odkrywa kolejne fakty i powiązania, ale niemal do samego końca trudno jest wytypować mordercę. Czyta się świetnie! Książka napisana z fantazją i humorem – polecam bardzo:

 

http://wab.com.pl/?ECProduct=1556

„papusza” – angelika kuźniak

Z reportażem jestem trochę na bakier. Ogólnie rzecz ujmując – nie przepadam. Jestem albo wciąż bardzo naiwna albo jednak romantyczna, tak czy inaczej, wolę nurzać się w fikcji, uciekając przed rzeczywistością.

Po „Papuszę” pewnie nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie Jacek Milewski i jego „Chyba za nami nie traficie” oraz przebogata prywatna biblioteczka koleżanki Paszeko, uginająca się od pozycji wydanych przez Czarne. Tak więc za sprawą duetu Paszeko-Milewski „Papuszę” przeczytałam. No i cóż ja mogę na to powiedzieć, z tą moją niechęcią do reportażu?

Tylko tyle, że to naprawdę dobra książka – historia Papuszy, cygańskiej poetki, wyklętej przez społeczność romską, schorowanej, doświadczonej życiem kobiety. Ukarana za rzekomą zdradę, pogardzana przez współbraci, doceniana przez Jerzego Ficowskiego i Juliana Tuwima współcześnie staje się legendą.

Opowieść Angeliki Kuźniak powstała w oparciu o dokumenty, listy Papuszy (oraz te pisane do niej), a także nagrania rozmów z nią. Całość wzbogacona o zdjęcia głównej bohaterki oraz cygańskich taborów. Poruszająca, wciągająca historia, doskonale napisana. Czyta się jednym tchem. Polecam bardzo:

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/papusza

„żółte ptaki” – kevin powers

Ilekroć oglądam amerykańskie produkcje filmowe, w których przewija się temat wojny, mam wrażenie, że kolejny raz serwuje mi się mit bohaterskiego żołnierza armii Stanów Zjednoczonych: odważnego, nieustępliwego, dla którego ojczyzna, honor, a ostatnio też walka z terroryzmem to cele nadrzędne. Do tego armia amerykańska jawi się jako dobra matka, dbająca o swoje dzieci. Jak walczyć z mitem budowanym od lat? Ano jest sposób!

Wystarczy były żołnierz, który ma ochotę napisać powieść.

Ten wstęp stanowi właściwie odpowiedź na pytanie: o czym jest książka Kevina Powersa?

Choć to beletrystyka, trzeba przyznać, że ma w sobie olbrzymi ładunek jeśli nie prawdy, to prawdopodobieństwa. „Żółte ptaki” to opowieść o młodym mężczyźnie, właściwie chłopcu, który zaciąga się w szeregi amerykańskiej armii i wyrusza na front. Zaprzyjaźnia się z innym żołnierzem, zaledwie nastolatkiem, Murphem. Szybko okazuje się, że nikt i nic nie było w stanie przygotować chłopców na to, co czekało ich w Iraku.

Powers obala mity, odsłania nagą, żałosną, a często brutalną prawdę o wojnie. Większość walczących to nie bohaterowie, a przerażone dzieciaki, których jedynym celem jest przeżycie kolejnego dnia, którzy strzelają na oślep, bo boją się żyć ze świadomością, że to ich kula dosięgła człowieka po drugiej stronie barykady – być może terrorystę, ale równie dobrze kobietę lub dziecko. Ci, którzy dowodzą, krzykiem i brutalnością maskują swój własny strach, bo, choć sami nie mieli jeszcze czasu by dorosnąć, muszą wziąć odpowiedzialność za swoich podwładnych, wierzących ślepo w nieomylność lub szczęście dowódcy. Na wojnie lęk bywa wszechogarniający i, choć nikt nie mówi o tym głośno, bohaterscy żołnierze potrafią zsikać się ze strachu podczas ostrzału, a to już nie pasuje do wizji odważnego obrońcy ojczyzny. Śmierć staje się towarzyszem, którego niepokojąca, ciągła obecność sprawia, że chłopcy z karabinami tracą zmysły. Za to świetnie radzi sobie w tym wszystkim maszyna PR-u. Dziennikarze i kamery zawsze są tam, gdzie trzeba, oficerowie recytują wyuczone kwestie, by uspokoić podejrzliwą opinię publiczną.

Przychodzi jednak moment, gdy trzeba wrócić do domu, do tak zwanej normalności. Okazuje się wówczas, że normalność już nie istnieje. Z zakamarków pamięci, z wnętrza umysłu, z głębokiego snu wyłaniają się wyryte tam na zawsze obrazy, zapachy, smaki, dźwięki, wywołujące niechciane uczucia, z których najgorszym jest poczucie winy.

Niezwykle przejmująca, gorzka, ale prawdziwa książka. Polecam bardzo:

 

http://www.insignis.pl/book/index/78/zolte-ptaki.html

„chyba za nami nie traficie” – jacek milewski

„Chyba za nami nie traficie” to już drugi zbiór opowiadań Jacka Milewskiego o Cyganach. A skoro drugi to porównywany do pierwszego („Dym się rozwiewa”), a skoro porównywany to wiadomo, że opinie są różne. Jedni chwalą, inni są rozczarowani. Ja póki co zdaję się na własny rozum i odczucia.

Przede wszystkim czytało mi się tę książkę lepiej niż „Dym…”, ale trudno właściwie orzec dlaczego lepiej. Na Cyganach to ja się teraz znam tak samo jak kilka lat wcześniej czyli wcale, a to oznacza, że nie mam kompetencji, by oceniać zbiór „Chyba za nami nie traficie” pod względem prawdziwości, tzn. nie umiem ocenić czy świat opisany przez Milewskiego jest światem prawdziwym. Nie mówię tu oczywiście o warstwie fabularnej, to są opowiadania, a więc fikcja literacka, chodzi mi o kulturę, obrzędy, obyczaje, sposób postrzegania świata – czy tak widzą świat Cyganie? Nie wiem. Sam autor jest uważany za jednego z najlepszych cyganologów w Polsce, więc przyjmuję, że i realia życia tej społeczności oddał wiernie.

Kiedy się pojawia książka o mniejszościach, a zwłaszcza o mniejszościach, które w świadomości większości społeczeństwa funkcjonują właściwie w oparciu o szczątkową wiedzę, a w głównej mierze w oparciu o stereotypy, pojawia się również u części czytelników oczekiwanie, że ta nowa publikacja owe stereotypy przełamie. Jeśli Milewski chciał coś przełamywać (a nie wydaje mi się) to zrobił to w sposób wyjątkowo subtelny. Nie wybielał swoich bohaterów, nie usprawiedliwiał, raczej starał się pokazać ich perspektywę, ich punkt widzenia.

W tym zbiorze pojawiły się teksty, które szczególnie mnie poruszyły, i którym, nie ukrywam nadałam wartość nadrzędną wobec innych. Jednym z nich jest „Dobranocka” – zaskakujące połączenie formy czyli historii opowiadanej dzieciom na dobranoc, z zupełnie niebajkową treścią, stanowiącą zakończenie opowieści (Niemcy dokonują pogromu Cyganów). Może staję się teraz zbyt patetyczna i uprawiam nadinterpretację, ale dla mnie to ważny głos, bo upominający się o miejsce Cyganów w historii, przypomnienie, że oni też byli ofiarami II wojny światowej.

Całość czyta się naprawdę dobrze, ale… No właśnie – jest ale, a nawet ALE. To ale, to opowiadanie „Bo im król zabronił”. Opowiadanie inne niż cała reszta. Właściwie nie wiem czy powinnam to w ogóle nazywać opowiadaniem, bo jest to raczej wysyp frustracji, ocena poczynań romskich działaczy, obnażenie głupoty i niekompetencji ludzi „na stołkach”. Choć taki głos, prowokujący dyskusję jest niewątpliwie potrzebny, mam wrażenie, że ta książka nie była właściwym miejscem do uzewnętrznienia się w tej kwestii. Ten jeden tekst wpływa bowiem zbyt mocno na odbiór całości, pozostawia swego rodzaju niesmak. Całe szczęście, że nie umieszczono go na końcu zbioru, bo wtedy zapamiętałabym głównie opis pseudopolitycznych przepychanek i walk o pieniądze, a „Chyba za nami nie traficie” to przecież o wiele, wiele więcej… Polecam:

http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/k3Ps/content/jacek-milewski-chyba-za-nami-nie-traficie

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1523