„za horyzont” – andriej diakow

To kolejna już książka, wydana w ramach projektu „Uniwersum Metro 2033”, stworzonego przez Dmitrija Glukhovsky’ego i ostatnia część trylogii Andrieja Diakowa. Tym razem, znani z poprzednich części („Do światła” i „W mrok”) bohaterowie: stalker Taran, jego przybrane dzieci Gleb i Aurora, mutant Giennadij, stary maszynista Migałycz, strachliwy Indianin oraz chirurg Bezbożnik, wyruszają w długą i niebezpieczną podróż do dalekiego Władywostoku, by odnaleźć wolne od radioaktywnego skażenia tereny i ocalić mieszkańców targanego wewnętrznymi konfliktami petersburskiego metra.

Powieść czyta się znakomicie, Andriej Diakow nie rozczarowuje swoich wiernych czytelników. Autor w pełni wykorzystuje motyw podróży, pod płaszczem schematu (wrogowie, walka, przygody, niebezpieczeństwo) umieszczając indywidualne przemyślenia bohaterów na temat ich własnego życia oraz ogólną refleksję na temat kondycji ludzkości. Nie zabrakło, charakterystycznego dla powieści Diakowa, wątku budowania więzi na linii ojciec – przybrany syn. Pytanie o wartości i sens życia to kwestie co chwila „przemykające” gdzieś w tle opowieści o przygodach członków ekspedycji, a jednak…

…pod pewnymi względami jest to powieść dość przewidywalna, miejscami schemat wygrywa z oryginalnością, tyle, że prawdę mówiąc, nie oczekiwałam od tej książki zaskoczenia, wielkich emocji czy życiowych prawd. „Za horyzont” to lektura, która ma porwać czytelnika, pozwolić oderwać się od dnia codziennego, zanurzyć w postapokaliptycznej rzeczywistości, przeżyć przygodę. Wszelkie aspekty filozoficzno-moralne to dodatkowy jej atut. Krótko mówiąc – literaturoznawców nie powali na kolana. Tylko czy to dla nich pisane są książki? Nie sądzę. Polecam.

http://www.insignis.pl/book/index/81/Za-horyzont.html

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Za horyzont

Autor: Andriej Diakow

Przekład: Paweł Podmiotko

Tytuł oryginału: За горизонт

Wydawnictwo: Insignis Media

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-63944-22-3

Reklamy

„białoruś. miłość i marazm” – hanna kondratiuk

Pozycja z nowej serii „Literatura faktu”, wyda(wa)nej przez białostocką Fundację Sąsiedzi. Białoruś przełomu wieków, widziana oczami, podróżującej po tym kraju autorki.

Książka równie dobrze mogłaby się nazywać „Pocztówki z Białorusi”, bo właśnie z pocztówkami kojarzy mi się forma, w jakiej Hanna Kondratiuk serwuje czytelnikom Białoruś. Każdy kolejny tekst jest jak obrazek, wycinek rzeczywistości. Ta rzeczywistość ma swój specyficzny klimat, który mogłabym określić jako marazm pociągnięty grubą warstwą niebieskiej farby. Miłości, wbrew temu, co głosi podtytuł, nie odnalazłam.

Nie wiem czy jest to lektura, która porwałaby ludzi gdzieś w Polsce, bo w kwestii ocen – słyszałam tyle samo pochwał, co zarzutów wobec tekstów, zawartych w „Białorusi…”. Jednak znacznie istotniejsze aniżeli forma, wydaje mi się to, co pozostawia po sobie ta książka. Z mojej perspektywy – człowieka mieszkającego na Podlasiu czyli w bezpośredniej bliskości Białorusi, jest to pozycja bardzo ważna, bo mówiąca o tym kraju inaczej aniżeli w kontekście Łukaszenki, opozycji i, szeroko komentowanej, sytuacji politycznej. Oczywiście ten wątek gdzieś tam się przebija, ale nie jest dominujący. I chwała autorce za to! Białoruś to wciąż biała plama w świadomości Polaków, ten kierunek zupełnie nie istnieje w kontekście choćby tak prozaicznym jak miejsce wakacyjnych wyjazdów. Ludzie po tej stronie granicy (nie mówię o Podlasiu, bo tutaj „współobecność” Białorusi jest jakby naturalna) boją się trafić do rzeczywistości, będącej we władaniu tyrana. Miejsca, które odwiedziła Hanna Kondratiuk, choć często mocno naznaczone paradoksem, będącym następstwem ustroju politycznego, oraz absurdem noszącym miano prawa, to także bogata historia, kultura, tradycja, specyficzna mentalność, mieszkających tam ludzi. Wszystko to w rzeczywistości zostało jednak przysłonięte, przez silnie eksponowany w mediach wątek polityczny.

A tak całkiem prywatnie to po przeczytaniu tej książki ogarnął mnie wstyd – mieszkam rzut beretem od granicy polsko-białoruskiej, część mojej rodziny deklaruje silne związki z Białorusią, a ja właśnie uświadomiłam sobie ogrom mojej niewiedzy na temat naszych wschodnich sąsiadów. I właśnie po to warto było przeczytać „Białoruś…” – by tę białą plamę wypełnić.

A tak o „Miłości i marazmie” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Białoruś. Miłość i marazm

Autor: Hanna Kondratiuk

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-9-9

„adelajda formalina” – barbara zofia chomko

Niepozorna książeczka, a nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że gdy pierwszy raz usłyszałam tytuł „Adelajda Formalina”, pomyślałam sobie, że to jakaś bajka dla dzieci. Właściwie różne rzeczy można o tej książce powiedzieć, ale dzieciom tej historii zdecydowanie nie polecam.

„Adelajda…” przez autorkę posłowia nazywana jest powieścią, ale przyznam szczerze, że dla mnie to opowiadanie podzielone na rozdziały. Tyle, że forma jest tu chyba najmniej istotna. Ważna jest treść.

Główną bohaterką jest tytułowa Adelajda, pracująca jako tanatopraktor(ka) czyli osoba zajmująca się przygotowaniem ciała do pogrzebu. Do prosektorium Adelajdy trafiają różni „klienci”: młoda samobójczyni w ciąży, skatowana przez rodziców dwuletnia dziewczynka czy stulatek Konstanty. Każdy z nich niesie za sobą jakąś historię – mniej lub bardziej dramatyczną, każda śmierć staje się jednocześnie pretekstem do mówienia o miłości.

Pierwsze strony były dla mnie czymś szokującym. Ten szok wywołała scena, w której ręka mężczyzny-nieboszczyka ociera o pośladki głównej bohaterki. W pierwszej chwili odczytałam ten obraz jako mający w sobie coś erotycznego i perwersyjnego, choć zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie jest to konsekwencja wychowania w kulturze, w której o śmierci mówi się z patosem, lękiem lub lekceważeniem ( w zależności od okoliczności), ale niemal nigdy z dystansem. Dystans do śmierci ma Adelajda. Główna bohaterka przyjęła filozofię, pozwalającą jej wykonywać swój zawód z niezwykłą pokorą – śmierć to nie koniec, to przejście do lepszego świata.

Jest w tej książce szczypta dydaktyzmu, zakamuflowana w opisach sposobu śmierci poszczególnych osób. Alkohol, przemoc, porzucenie, samotność – bolączki współczesnego człowieka obnażone zostają przy stole w prosektorium, które staje się miejscem podsumowań.

Adelajda do swojej pracy podchodzi z humorem, oswojona ze śmiercią, potrafi z niej żartować, może dlatego tak szybko godzi się z faktem, że jest następna w kolejce, gdy lekarze stwierdzają u niej białaczkę.

„Adelajda Formalina” to opowieść o śmierci, ale również opowieść o miłości, o różnych jej odmianach, w tym o miłości jedynej, największej, niepowtarzalnej – takiej, jaka przydarzyła się głównej bohaterce. I tu następuje zgrzyt, bo po tak niebanalnym ujęciu tematu trudnego, jakim jest śmierć, opis miłości wydaje się wyidealizowany, nienaturalny, wręcz bajkowy, a przez to płytki. Do tego uczuciowy trójkąt: On kocha ją, Ona kocha Innego, tyle, że Inny ją zostawił – telenowela nam się robi… Po świetnym początku, zakończenie nieco rozczarowuje. Prawda jest jednak taka, że to właśnie ten mocny, niebanalny, doprawiony humorem początek się zapamiętuje…

Podsumowując: łzy ocierałam ukradkiem dwa razy. Polecam uwadze.

Troszkę o autorce i samej książce w programie „Strefa książki”, emitowanym na antenie TVP Białystok.

„księga strachów” – zbigniew nienacki

Czy ktoś jeszcze pamięta Pana Samochodzika? Ja sama muszę przyznać, że pamiętam, lecz obraz to raczej niewyraźny. W czasach mojego, tak zwanego dzieciństwa, Pan Samochodzik powoli odchodził do lamusa, a dla niektórych stawał się wręcz niewygodną pozostałością po poprzednim systemie. Zdarzyło mi się w życiu obejrzeć nawet jakieś ekranizacje przygód dzielnego pana Tomasza, ale, prawdę mówiąc, jako ośmiolatka wolałam czytać prozatorską wersję „Odysei” aniżeli historie detektywistyczne. Przewrotny los sprawił, że dziś sytuacja wygląda odwrotnie. Wracając jednak do Pana Samochodzika… na wiele lat zapomniałam o jego istnieniu, co jakiś czas telewizja publiczna, w ramach wypełniania dzieciom wakacyjnej nudy, emitowała film z serii „Pan Samochodzik i…”, co wywoływało we mnie dziwny… hmm… sentyment. I nagle, kiedy byłam już przekonana, że bohaterski pracownik muzeum został pogrzebany przez pamięć zbiorową, na mej drodze objawiła się indywidualna pamięć redakcyjnego kolegi Pawełka, wielkiego miłośnika książek o przygodach Pana Samochodzika. Od niego to właśnie, kilka lat temu, dostałam „Księgę strachów”.  Wówczas rzucona gdzieś w kąt z braku czasu, odnalazła się ostatnio, przy okazji porządkowania zawartości szafki. I tego właśnie było mi trzeba na tę paskudną jesień!

Z perspektywy czasu i przeczytanych książek, inaczej odbiera się pana Tomasza, a i zawartość „Księgi strachów” widzi się nieco szerzej niż tylko przez pryzmat zagadki, którą należy rozwiązać. „Księga strachów” łączy w sobie wszystko to, co w drugiej połowie lat 60. XX wieku, powinna zawierać każda, porządna książka dla dzieci i młodzieży. Jest zachęta do aktywnego wypoczynku na łonie natury, jest element promujący sport w postaci pana Tomasza trenującego dżudo i świetnej w tej dziedzinie ciotki Zenobii, jest „element antyzachodnioeuropejski”, bo na Zachodzie jest bardzo niebezpiecznie, grasują przestępcy, stąd ludzie zmuszeni są bronić się przy użyciu m. in. pistoletów gazowych, jest kompromitacja niemieckiego polityka, który okazuje się być zbrodniarzem wojennym, jest inwigilacja ze strony obcych elementów i dzielny polski kontrwywiad, jest tradycyjny podział ról w obozowisku, tzn. kobiety do garów, mężczyźni do rozkładania namiotów, no i nie zapominajmy o polskich służbach mundurowych, zawsze stojących na straży porządku i gotowych pomóc w każdej sytuacji. Swoją drogą czy ktoś z was pamięta, że Pan Samochodzik był inspektorem drogowym ORMO?  Żeby była jasność – to nie była krytyka tej książki, a raczej pochwała. Nienacki w „Księdze strachów” zamknął klimat tamtych czasów. Czyta się to świetnie, wątek kryminalny wciąga, choć miejscami rozwój wypadków, jest dość przewidywalny. Bawiłam się przy tym doskonale i szczerze polecam każdemu taką podróż w przeszłość.