o annie grodzkiej w kontekście politycznym

Przez środowiska konserwatystów, a właściwie wciąż jeszcze przez sporą część społeczeństwa, z kolegami parającymi się polityką na czele uważana jest za odstępstwo od normy, dziwadło, wybryk natury. W rozmowach z nią transseksualizm, kwestie płci i intymnych sfer życia dominują. Jeśli nawet dziennikarz pyta o politykę, na polu której realizuje się przecież Anna Grodzka, to i tak wcześniej czy później pojawiają się wspomniane wyżej tematy. Szkoda, bo jak słusznie zauważyła w programie „Bez maski” Monika Jaruzelska, szok wywołany wejściem do polskiego parlamentu osoby transseksualnej, już dawno powinien minąć, a mimo to kwestie merytoryczne w kontekście osoby pani Grodzkiej wciąż zajmują miejsce marginalne. Tymczasem Anna Grodzka to taki sam człowiek, a także taki sam polityk, jak inni. Zupełnie nieprofesjonalne wydają mi się więc zarówno dziennikarskie pytania przekraczające wszelkie granice dobrego smaku, jak i wystąpienia szefa Ruchu Palikota, wykorzystujące transseksualizm posłanki Grodzkiej przy każdej nadarzającej się okazji, do walki politycznej. Argumenty używane chociażby w sporze o stołek wicemarszałka, zajmowany przez Wandę Nowicką, były zupełnie niepoważne i krzywdzące nie tylko dla braci sejmowej, ale i dla samej Anny Grodzkiej. Nagle bowiem okazało się, że należy ją traktować inaczej, w sposób szczególny, a już nie daj Boże być jej oponentem politycznym, bo zostanie się oskarżonym o nietolerancyjność. To z kolei zdaje się przeczyć temu, o co Grodzka walczy, a walczy o równouprawnienie. Dlatego też cieszy mnie niezwykle wywiad przeprowadzony przez Monikę Jaruzelską, zachowujący równowagę pomiędzy pytaniami o sedno społecznych i politycznych działań posłanki, a jej prywatne odczucia, co istotne, bez próby wnikania w intymne dziedziny jej życia. Może więc zamiast szukać taniej sensacji, warto skupić się na tym, co istotne…

Polecam: http://monikajaruzelska.natemat.pl/48083,anna-grodzka-bez-sensacji

tolerancja po polsku

(dedykuję starszej pani, która na Rynku Kościuszki w Białymstoku zaczepiła nieznanego przechodnia czyli mnie, by opowiedzieć jak bardzo nienawidzi Żydów, choć jak sama przyznała: „wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ja nie mogę się powstrzymać, oni tyle złego nam zrobili”)

Ten kraj zadziwia mnie za każdym razem, gdy podnoszona jest publiczna debata na temat tolerancji. A podnoszona jest gdy tylko na horyzoncie pojawi się Żyd, czarnoskóry, homoseksualista lub Anna Grodzka. Co ciekawe, mimo iż większość mieszkańców tego kraju uważa się za osoby otwarte i tolerancyjne, wyżej wymienieni wciąż stanowią pretekst do dyskusji o akceptacji, szacunku itd. Pora spojrzeć prawdzie w oczy, w kraju prawdziwie tolerancyjnym takie debaty na co dzień w ogóle nie byłyby potrzebne, bo ci ludzie są naturalną częścią organizmu jakim jest społeczeństwo. A skoro tak, to podobnie jak w przypadku organizmu nie ma potrzeby codziennego rozprawiania o palcu u stopy czy wątrobie. O homofobii, rasizmie, antysemityzmie powinno mówić się wtedy, gdy ten problem rzeczywiście się pojawia. Wniosek jest jeden – skoro w Polsce mówi się o tym ciągle, to znaczy, że problemy te wciąż są obecne.

Czymże więc jest ta osławiona polska tolerancja? Otóż mam wrażenie, że w naszym kraju tolerancja ma znaczenie nieco inne niż to słownikowe. Tolerancja to jest wtedy, gdy pani Krysia spod ósemki mówi: „Mnie tam ten giej nie przeszkadza, byleby trzymał się z daleka ode mnie i moich wnuków”. Oto definicja polskiej tolerancji: gej – ok., byleby z daleka ode mnie, czarny – nie mam nic przeciwko, tylko żeby nie był moim sąsiadem, Żyd – też w porządku, ale ja z nim interesów robić nie będę, no bo wiadomo że Żydzi są sprytni. Takie tolerowanie na odległość wyjaśnia sporo zjawisk w tym kraju, np. mamy bardzo dużą tolerancję dla pijanych kierowców, bo dopóki taki osobnik nie zabije nam kogoś z rodziny lub nie wjedzie w nasz płot niewiele nas to obchodzi. Owszem, wyrażamy święte oburzenie, gdy o tym rozmawiamy, ale jak sąsiad wsiada „nawalony jak ruski plecak”, na naszych oczach do auta to nawet palcem nie kiwniemy. Swastyki na ulicach rodzinnego miasta też uważamy za drobiazg, no chyba, że ktoś namaluje na naszej klatce – wtedy jest szansa, że zadzwonimy do administracji osiedla, by wzburzonym głosem zażądać usunięcia „tych bohomazów”.

Jest więc naród polski narodem tolerancyjnym hurtowo, przeciętny obywatel toleruje wszystko, co jest poza czubkiem jego własnego nosa. Szkoda tylko, że tak łatwo opluwamy tych, na których ciążą stereotypy, że winimy za całe zło wszystkich, którzy mają odwagę czuć i myśleć inaczej albo po prostu inaczej wyglądają. Bo przecież tak trudno jest przyznać, że sami sobie taką rzeczywistość stworzyliśmy…

A tutaj artykuł z „Wysokich obcasów”, opowieść o tradycyjnej, katolickiej rodzinie, bardzo pobożnej i konserwatywnej, która musiała uporać się z faktem, że trzech synów okazało się być homoseksualistami. Polecam:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,13095613,Coming_outy_w_rodzinie_Jody_ego_Huckaby_ego.html