„ostatnia komandoria” – konrad kuśmirak

Zawsze uważałam, że ludzie, którzy decydują się na napisanie lub zekranizowanie kontynuacji kultowych książek i filmów to osoby niezwykle odważne, skrajnie głupie lub szaleńcy. Trzeba mieć bowiem sporo wiary w siebie, talentu i wyobraźni, by dorównać ludziom, których świat docenił, a w niektórych przypadkach nawet uznał za mistrzów. I nie tylko świat – na lokalnych podwórkach wcale nie jest lepiej, a bywa znacznie trudniej.

Jeszcze trudniej bywa, gdy rzecz dotyczy książek, na których wychowywało się kilka pokoleń Polaków, bo jak wiadomo Polacy – naród „czepliwy” i przyczepić się umie do wszystkiego (czego jestem i ja dobrym przykładem). Książki, o których wspomniałam, to nieco zapomniane dziś przygody Pana Samochodzika pióra Zbigniewa Nienackiego. Okazało się, że mamy na Podlasiu kontynuatora tejże serii.

Spokojnie! Pan Tomasz nie jest nieśmiertelny, a Konrad Kuśmirak nie proponuje czytelnikom podróży w przeszłość, a przynajmniej nie do II połowy ubiegłego wieku. W „Ostatniej komandorii” rzecz się dzieje współcześnie. Pana Tomasza zastępuje pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, niejaki Paweł Daniec, tropiciel zaginionych dzieł sztuki i dumny posiadacz niezwykłego wehikułu jeżdżącego, pływającego i kto wie co jeszcze.

Miejsce akcji to oczywiście Podlasie. W Drohiczynie prowadzi badania prof. Maksymowicz. Naukowiec prawdopodobnie odnajduje pieczęć wielkiego mistrza templariuszy, po czym… znika. O wykopaliskach i zniknięciu profesora, CBŚ informuje jego córkę – Emilię, niegdyś archeologa, obecnie bibliotekarkę pracującą w Supraślu. Zaintrygowana dziewczyna udaje się do Drohiczyna, gdzie odkrywa, że profesor został uprowadzony. Szukając wskazówek, mogących pomóc jej w rozwiązaniu zagadki, Emilia postanawia udać się do mieszkania ojca – tam spotyka Pawła Dańca, który oferuje jej swoją pomoc.

Trzeba przyznać, że klimat tej książki faktycznie przypomina opowieści autorstwa Nienackiego – tyle, że nieco uwspółcześnione. Jest rycerski główny bohater, dzielna i samodzielna panna Emilia, tajemnica z przeszłości, stojący na straży prawa agenci CBŚ i ABW, zbiry w BMW, niejednoznacznie nieprzyjemny Francuz z immunitetem i niejednoznacznie przyjazny Białorusin – pułkownik Lisyckin ze Specnazu, do tego kontrowersyjny historyk i nieco lokalnego folkloru w postaci babci Tymoszkowej, Hrehora, gwary z pogranicza polsko-białoruskiego i samogonu. Całość okraszona historią miejsc, odwiedzanych przez głównych bohaterów. Nie jestem fanką historii, więc tych fragmentów obawiałam się najbardziej. Przywoływanie faktów z przeszłości, zważywszy, że główni bohaterowie sami żywo interesują się historią, wydaje się całkiem uzasadnione. Nie podoba mi się jedynie forma, w jakiej autor to czyni – te wstawki brzmią nieco sztucznie, jak wykłady albo fragmenty przewodnika po Podlasiu, niestety dość monotonne (szczególnie jest to widoczne we fragmencie dotyczącym Supraśla).

W sumie – „Ostatnia komandoria” się broni. Widać zaangażowanie autora, przygotowanie historyczne, jest ten specyficzny klimat, zagadka, skarb i tajemnica. Prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń nie jest tu najważniejsze, tak jak u Nienackiego – liczy się przygoda. Skończyłam lekturę „Ostatniej komandorii” z uśmiechem… tylko wciąż nurtują mnie pytania: czy motocykliści z Bielska Podlaskiego to naprawdę tacy porządni ludzie i czy w Archiwum Państwowym w Białymstoku faktycznie można po znajomości obejrzeć nieudostępnione dokumenty? 😉

A tak o „Ostatniej komandorii” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Ostatnia komandoria/Pan Samochodzik i ostatnia komandoria

Autor: Konrad Kuśmirak

Wydawca: Oficyna Wydawnicza „Warmia”

Rok wydania: 2014

Reklamy

„pokolenia. wiek deszczu, wiek słońca” – katarzyna droga

Czasami zastanawiam się, jakim cudem, udaje mi się ciągle coś czytać, skoro sama przed sobą przyznaję się jedynie do miłości do kryminałów i thrillerów… Cóż, bardzo możliwe, że wynika to z przekonania, iż żeby czegoś nie lubić trzeba to najpierw poznać, trzeba tego spróbować. Również z racji tego, że moja praca opiera się częściowo na czytaniu książek, zdarza się, że w moje ręce trafiają publikacje kompletnie nie z kręgu moich zainteresowań czytelniczych. Tak trafiła do mnie książka „Pokolenia” Katarzyny Drogiej. Wiedziałam o niej tyle (o książce, nie o Katarzynie), że jest tam mocno rozbudowany wątek podlaski. Kiedy więc usłyszałam słowo „saga” w kontekście „Pokoleń”, przyznaję – zmroziło mnie. Oczyma wyobraźni widziałam już serię niekończących się nieszczęśliwych miłości, zdrad, intryg z przemijaniem, śmiercią i, oby, zmianami społeczno-kulturowymi w tle, i chociaż to wszystko w „Pokoleniach” znajdziemy, ma w sobie ta książka jakąś magiczną siłę, sprawiającą, że losy głównych bohaterów – Janki i Leszka, wydają się chwilami dziwnie znajome, a sami bohaterowie – bliscy.

Katarzyna Droga zbudowała powieść wielopłaszczyznową i każdy czytelnik sam może wybrać to, co jest dla niego najważniejsze. Mnie poruszył przede wszystkim obraz pokolenia wojny – ludzi, którzy przetrwali strach, głód, poniżenie, umknęli wszechobecnej śmierci. To opowieść o ludziach, każdego dnia próbujących jak smakuje „normalność”, drżących na sam dźwięk słowa wojna, zmuszonych budować swą dorosłość, wolność, niezależność na zgliszczach, skazanych na wieczną walkę z pamięcią i niepamięcią, z demonami przeszłości, zmagających się z odpowiedzią na pytanie o sens i wartość własnego istnienia, rozpaczliwie pragnących żyć pełnią życia, a jednocześnie zaszczutych przez nowy System, rozczarowanych tym, że rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wizją świata, o który walczyli ich ojcowie, bracia, wujowie lub oni sami.

Białostoczanie odnajdą w „Pokoleniach” cudowny, plastyczny opis miasta podnoszącego się po wojnie, obraz rodzącego się środowiska inteligencji, którą władze partyjne próbują trzymać w ryzach: obietnicą, prośbą i groźbą.

Są też indywidualne historie: banalne, śmieszne, poważne, tragiczne. Jest miłość spełniona i ta, która spełnić się nigdy nie mogła, jest romans i zdrada, zabójstwo z miłości/zazdrości, jest szaleństwo po stracie dziecka , jest choroba i próba losu, jest czas weryfikacji – kto przyjaciel, kto wróg. Są małżonkowie i kochankowie, matki i córki, siostry i bracia, ojcowie i synowie. Jest w końcu tajemnicza rzeka Narew, dziwnie przypominająca życie: z zakrętami, wirami, wylewająca wiosną, by latem znów powrócić do koryta, biegnąca uparcie przed siebie.

„Pokolenia” czyta się znakomicie, główni bohaterowie niemal natychmiast zyskują sympatię czytelników. Akcja toczy się szybko, nie ma czasu na nudę. Ku mojemu zdumieniu, udało się autorce uniknąć przegadania (przy takiej opowieści? – chylę czoła!), pojawia się za to żonglowanie czasem : historia Janki przeplatana jest wstawkami z współczesności , obrazami Warszawy z 2012 roku.

Najistotniejsza jest jednak w tym wszystkim prawda, bowiem bohaterowie „Pokoleń” żyli naprawdę – w tym sensie książka ociera się o dokument. Wydarzenia opisane przez Katarzynę Drogą to prawdziwa historia rodziny autorki.  Świadomość tego również wpłynęła na mój sposób patrzenia na tę książkę, doskonale bowiem rozumiem chęć sięgnięcia do życia przodków, potrzebę umocnienia poczucia własnej tożsamości i ocalenia od zapomnienia ludzi, których kochamy.

Polecam  więc bardzo serdecznie:

http://onepress.pl/ksiazki/pokolenia-wiek-deszczu-wiek-slonca-katarzyna-droga,pokole.htm

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca

Autor: Katarzyna Droga

Wydawnictwo: Helion

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-246-7721-4

„listy z dolnego miasta” – krzysztof gedroyć

Zakochałam się w tej książce od… pierwszego listu. Zakochałam się nawet bardziej niż w „Piwonii…”, a może nie bardziej tylko po prostu inaczej. Nie da się tego zakochania doprecyzować, zamknąć w jakiejś formule, szufladzie, oprawić w ramki, tak jak nie da się stworzyć pełnego, zamkniętego opisu tej książki. „Listy…” bowiem przekraczają granice, rozdzielają, łączą, mieszają… Proza to niby, ale poezją pachnąca, że list napisane, ale takich listów nigdy w życiu nie widziałam. Tu niebo spotyka się z ziemią albo odwrotnie.

„Listy…” to podróż po mieście, mieście, które znam, w którym się wychowałam, gdzie nadal mieszkam. Czytając, rozpoznawałam charakterystyczne punkty, nazwy ulic. Zgadzały się opisy miejsc, a jednocześnie wszystko było jakby inne. Choć można tę książkę czytać z mapą w ręku, topografia jest jedynie punktem wyjścia dla głębszych rozważań o współczesności, problemach egzystencjalnych, o charakterze samego miasta i żyjących tu ludzi.

Chciałabym napisać więcej, ale brak mi słów. „Listy…” po prostu trzeba poczuć. Polecam bardzo:

http://www.wrotapodlasia.pl/pl/wywiady/gedroyc.htm

http://www.gedroyc.gv.pl/k3.html#listy

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/127192/listy-z-dolnego-miasta

„dojrzałość od jutra” – anna markowa

Książeczka (zdrobnienie ze względu na format raczej kieszonkowy) to zbiór felietonów z lat 1978-1982 czyli z okresu, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Może dlatego skończyłam lekturę „Dojrzałości…” z bardzo mieszanymi uczuciami. Przede wszystkim kolejny raz muszę się zmierzyć z legendą bo, dla tych którzy nie wiedzą – Markowa jest kilkukrotną laureatką nagrody im. Kazaneckiego. A zakładając, że gdzie jak gdzie, ale na Podlasiu, a zwłaszcza w Białymstoku, ta nagroda coś jednak znaczy, owo mierzenie się z tekstami wybitnej felietonistki do najłatwiejszych zadań nie należy.

Wspomniałam o mieszanych uczuciach, ale prawdę powiedziawszy, właściwsze byłoby tutaj sformułowanie „dwoistość uczuć”. Dwoistości bowiem doznałam, a była ona wywołana dwiema, zupełnie różnymi tematycznie, częściami książki.

Część pierwsza jest, zaryzykuję to stwierdzenie, zaangażowana politycznie. Markowa odnosi się do trudnej sytuacji politycznej w Polsce początku lat 80. XX wieku. Opisuje zjawiska społeczne, choć w sposób specyficzny, operując z jednej strony dosadnym językiem, z drugiej unikając konkretów, nazwisk, przykładów, nie nazywając wprost tego, czego prawdopodobnie wprost wówczas nazwać nie było można. Problem polega na tym, że z perspektywy odbiorcy współczesnego, nie znającego ówczesnych realiów, przekaz owych zaangażowanych felietonów staje się jakby niewyraźny, zamazany. Nie mając tła, nie znając kontekstów trudno wyłowić sedno wywodów Markowej i myślę, że nie jest to tylko kwestia znajomości bądź nie historii Polski. Istotną rolę pełnią bowiem nastroje społeczne, do których tak często odwołuje się autorka, emocje, tak wówczas silne, a tak dziś obce młodemu czytelnikowi. Nieco patetyczne, z dzisiejszej perspektywy, odwoływanie się do takich wartości jak dobro społeczne czy budowa nowego, lepszego jutra stanowi poważną próbę dla odbiorcy – wytrwa do końca czy też nie wytrwa? Wytrwać jednak warto, bo na „Dojrzałość…” składa się również część druga, zawierająca felietony, będące miniaturowymi obrazkami społeczeństwa polskiego przełomu lat 70. i 80. Choć pisane podobnym językiem, są zupełnie inne, łatwiejsze w odbiorze, a przez to ciekawsze. Ukazują różne aspekty życia, różnorodność postaw i charakterów, są opowieściami o ludzkich szczęściach i tragediach, nadziejach i zawodach, oczekiwaniach i rozczarowaniach, o przejawach mądrości i głupoty. Często ciepłe, współczujące, ale bywa też, że ostro krytykujące zjawiska, zdaniem autorki, społecznie szkodliwe.

Pozostaje jeszcze kwestia języka. Mimo moich najszczerszych chęci nie jestem w stanie polubić stylu felietonów Markowej. Przeszkadza mi cisnące się pomiędzy wierszami moralizatorstwo i ten, wspomniany już, chwilami patetyczny ton. Co ciekawe, nie jest to styl charakterystyczny dla całej twórczości tej autorki. Warto o tym pamiętać, by się nie zniechęcić, bo zupełnie inną Markową spotkamy choćby w niezwykle intymnej, trzeciej części jej książki „Długożywie”. Warto poznać twórczość Anny Markowej z jeszcze jednego powodu – nie musimy bezkrytycznie zachwycać się twórczością ludzi uznanych za wybitnych, ale wypada ową twórczość po prostu znać.

http://www.wieslaw-kazanecki.pl/s,2001-anna-markowa,114.html

https://okiemwariata.wordpress.com/2012/11/03/dlugozywie-anna-markowa/

http://www.radio.bialystok.pl/kultura/archiwum/id/57777

„biały stok” – mira łuksza

Ja naprawdę jestem poetycko uszkodzona, tzn. mam uszkodzony jakiś receptor, pozwalający odczytywać poezję. Życie jednak ma to do siebie, że często zmusza nas do pokonywania słabości i barier wszelakich. Pokonałam więc i przeczytałam tomik poezji Miry Łukszy. No i doznałam rozdwojenia jaźni. Pojawiły mi się w głowie momentalnie dwa rodzaje myśli, dwa odczytania, dwoistość w umyśle mi zakiełkowała.

Mira Łuksza pochodzi z Podlasia i o Podlasiu pisze. Zazwyczaj tworzy w języku białoruskim, ale tym razem stworzyła po polsku. Dwoistość w moim umyśle zdaje się nie być przypadkowa, bo wystarczy spojrzeć na spis treści, by zrozumieć, że w „Białym stoku” znajdziemy utwory zarówno dotyczące samej stolicy Podlasia, jak i regionu. Większość to miniaturowe obrazki, słowem malowane pejzaże miejsc widziane przez pryzmat człowieka. To, co dostępne ogółowi w postaci konkretnego punktu na mapie, autorka pokryła mgiełką własnych wspomnień, skojarzeń, odczuć, nałożyła na owe punkty siatkę utkaną z pamięci o ludziach jej bliskich. Stworzyła w ten sposób wrażenie intymności, bliskości, więzi z miejscem.

Przewijają się przez kartki „Białego stoku” ulice miasta i małe wsie, pojawiają się imiona i nazwiska – nieznane i rozpoznawalne. Trudny to tomik. Trudno mi znaleźć granicę, po przekroczeniu której uczucia poetki zaczynają być moje. Kolejna dwoistość – autor i czytelnik. Tę podwójność wszechobecną można wskazać, można wyróżnić i nazwać, ale nie można rozdzielić – ogólne i prywatne, białostockie i regionalne, polskie i białoruskie, jej i moje… Podlasie.

 

Do poczytania:

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121124/OBSERWATOR/121129725

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130227/REGION05/130229677

Do obejrzenia:

http://www.tvp.pl/bialystok/mniejszosci/tydzien-bialoruski/wideo/17022013/10099071

 

 

ona tańczy dla mnie? ;-)

Pobyt na podlaskiej wsi oraz fenomen internetowej popularności piosenki zespołu Weekend „Ona tańczy dla mnie” skłoniły mnie do chwili refleksji nad zjawiskiem szeroko w tym kraju znanym, a zwanym disco-polo. Oprócz polityki, kwestii religijnych i związków homoseksualnych, mało jest rzeczy wzbudzających tak skrajne emocje i dzielących ten naród. Jakoś tak się złożyło, że Podlasie uważane jest za kolebkę disco-polo, choć podobno już od jakiegoś czasu Śląsk stanowi dla nas całkiem realną konkurencję. Tak czy inaczej, ja 27-letnia Podlasianka z krwi i kości, przyznaję, że disco-polo zawsze stanowiło powód do dumy i wstydu jednocześnie. Pamiętam czasy podstawówki, gdy w siódmej klasie (taaaak, podstawówka nie zawsze miała sześć klas, a nieporozumienie zwane gimnazjum pojawiło się w polskim systemie edukacji dopiero jakiś czas temu łapiąc w swe macki rocznik 1986) na wycieczce szkolni koledzy postanowili rozsławić Białystok, bodajże w Olsztynie, skandując donośnie hasło: „Idzie Białystok, stolica disco-polo”, a nauczycielki spowił całun zażenowania. Pamiętam też, że i sam Białystok „promował” ten rodzaj muzyki poprzez najsłynniejszy wówczas klub, na szkolnych korytarzach zwany „Premierą”, a i kilka lat później niewiele się zmieniło, gdyż białostocka brać studencka na Juwenalia zapraszała klasyków gatunku w postaci zespołów takich jak Boys czy Akcent. Co ciekawe, takie imprezy brutalnie odsłaniały prawdę o tych, którzy „z disco-polo nie mieli nic wspólnego” – około 23.00 po kilku piwach nagle większość piosenek znali na pamięć. Potem nastąpiły czasy wielkiego wstydu, wszyscy w pośpiechu wyrzucali, a co bardziej sentymentalni upychali na dno szafek kasety magnetofonowe i płyty, stacje radiowe i telewizyjne z Polsatem na czele przestały nadawać „wieśniackie programy”, bijące rekordy popularności, bo nagle wszyscy postanowili być poważni i reprezentować wyższy poziom. Wyłom nastąpił kilka lat temu, gdy królujący na wiejskich, podlaskich potupajkach od ponad 10 lat (!) przebój „Kanikuły”, pojawił się na kanale VIVA Polska i w warszawskich dyskotekach. Potem jeszcze chwila przerwy na otrząśnięcie się z szoku co bardziej zażartych przeciwników takich rytmów i mamy… w Polsacie znów grają disco-polo (patrz program „Studio weekend” – co znaczące, program o tej nazwie gościł swego czasu na antenie TVP Białystok), powstał kanał Polo TV, a zespół Weekend z kawałkiem „Ona tańczy dla mnie” króluje na YouTube. Czy to się szerszej publiczności podoba czy też nie – to, co zostało zepchnięte na margines i miało być pogrzebane żywcem, wśród ludu przetrwało i zdaje się powracać z jeszcze większą siłą. Choć zawsze znajdą się ludzie pokroju niejakiego Łozo, dla których wspomniany Weekendowy kawałek „to rzyg”, pora chyba przyznać, że disco-polo było, jest i prawdopodobnie będzie, a gatunkowy szlagier „Jesteś szalona” (którego autorem, jak mi się zdaje, jest pochodzący z Podlasia Janusz Konopla – a przynajmniej słyszałam, że Pan ów do autorstwa się przyznaje) i tak kojarzy cała Polska. Może więc zamiast tracić czas i nerwy na oświecanie społeczeństwa jakież to bezwartościowe, dać sobie spokój i przestać udawać, że nóżka pod biurkiem nie tupie, gdy „Ona tańczy dla mnie”…

A tutaj coś, dla wciąż nieświadomych, który temat muzyczny podbił w ciągu ostatnich kilku tygodni programy informacyjne chyba wszystkich stacji telewizyjnych w tym kraju:

http://www.youtube.com/watch?v=8vLKUrvNIPs

http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/717411,ksiadz-czuje-sie-zaszczuty-hit-disco-polo-na-lekcji-religii,id,t.html?cookie=1

http://www.youtube.com/watch?v=JvxG3zl_WhU

http://www.youtube.com/watch?v=YdXr6epIwF0

http://www.youtube.com/watch?v=O-__C83RNV0

http://www.youtube.com/watch?v=F_hXqGKXOKA

http://www.youtube.com/watch?v=095l44rv4PY

kiedyś to były wakacje…

Wakacje dawniej

W ten zimowy dzień, dziwnie ocieplony, odnalazłam artykuł lipcowy. Są tam stare zdjęcia, przedstawiające ludzi wypoczywających latem. W Białymstoku i okolicy oczywiście. Obejrzałam, uśmiechnęłam się pod nosem i się rozmarzyłam. Zdecydowanie żyję w niewłaściwej epoce 🙂 Sami zobaczcie – kliknąć ino trzeba w link powyżej 🙂

„gesty” – ignacy karpowicz

Przeczytałam do tej pory trzy książki Ignacego Karpowicza, na tej też podstawie pozwalam sobie stwierdzić, że ma Karpowicz zwyżki formy pisarskiej jak i spadki. „Gesty” zdecydowanie należy uznać za przejaw umysłu pisarza w rozkwicie. Trudno (jak zawsze u Karpowicza) jednoznacznie sprecyzować o czym jest ta książka. Właściwie jest o śmierci, o ludzkich na nią reakcjach, o życiu w jej cieniu, ale też o zawieszeniu w pustce i nicości, w bezdennej codzienności, o próbie odbudowania, a może tak naprawdę zbudowania na nowo, od podstaw relacji syn-matka. „Gesty” są też o miłości, o tej jednej, która w pewnym momencie niezauważalnie urasta do rangi najważniejszej, o braku tego uczucia, o miłości nijakiej i tej określonej do bólu, o miłości samoczynnej i tej trudnej. To także książka o zagubieniu, o nieszczerości, będącej efektem społecznych oczekiwań i o jednostce w tłumie.

Ważną rolę odgrywa tu litera G, rozpoczynająca imię głównego bohatera, tytuł książki i nazwę każdego rozdziału. Gesty. Może to właśnie nimi buduje się wartość życia?

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/1436/Gesty—Ignacy-Karpowicz