„bastard” – andrzej dziurawiec

Brakowało mi już straszliwie dawki solidnego kryminału lub thrillera. Może dlatego, że kryminał i thriller to jedne z tych niewielu form literackich, które czytam, bo lubię, a nie dlatego, że muszę. Raz na jakiś czas robię więc sobie przerwę od wszystkiego i wchłaniam kryminalną zagadkę. Tym razem trafiłam na „Bastarda” i muszę przyznać – bawiłam się świetnie. Nie sposób zresztą się nie bawić, gdy sam język narracji wywołuje uśmiech na twarzy. Mieszanina ironii, dowcipu i tego czegoś, co sprawia, że choć obok trup ściele się gęsto, nie przytłacza czytelnika ponury nastrój. Jeśli miałabym być precyzyjna, to widać co prawda delikatną zmianę, jakby „spoważnienie” języka w ostatniej części książki, gdy główny bohater zbliża się do rozwiązania zagadki, ale nie wpływa to w sposób znaczący na wrażenie ogólne.

Trzeba też przyznać, że w tym thrillerze, było co rozwiązywać… wpływowy biznesmen, wielkie pieniądze, stara fabryka, kilka zabójstw (tu w roli głównej brzytwa), banda nazistów, historia sprzed lat, a do tego potomkowie Czyngis-Chana. Obrazu całości dopełniają dwaj nie znoszący się serdecznie policjanci – Szubert i  Szuman. Przyczyną ich wzajemnej niechęci jest kobieta – była Szuberta, obecna Szumana. Jedna i ta sama. Paradoksalnie jednak to ona wytwarza pomiędzy nimi niewidoczną niemal, szorstką, często brutalną nić porozumienia. Chociaż Szubert i Szuman stanowią duet niebanalny, to jeden z nich – Szubert gra w tej powieści pierwsze skrzypce – emeryt, legenda policji, bohater. Wynajęty, za okrągłą sumkę, przez tajemniczego biznesmena Salomona, dostaje zadanie – odszukać mordercę młodego archiwisty.

Cała historia jest dość zawiła, pojawiają się poboczne wątki, czytelnik stopniowo odkrywa kolejne fakty i powiązania, ale niemal do samego końca trudno jest wytypować mordercę. Czyta się świetnie! Książka napisana z fantazją i humorem – polecam bardzo:

 

http://wab.com.pl/?ECProduct=1556

Reklamy

„lista schindlera” – thomas keneally

W ramach nadrabiania zaległości, których się wstydzę, przeczytałam „Listę Schindlera” – historię Niemca, Oskara Schindlera, przemysłowca, który podczas II wojny światowej ratował Żydów przed śmiercią w obozach pracy i w komorach gazowych m. in. Oświęcimia. To nie jest książka, która ma się podobać. Podobanie nie ma tu nic do rzeczy. „Lista Schindlera” to po prostu lektura, którą trzeba przeczytać.

Mocnym punktem książki Keneally’ego jest język narracji – prosty, rzeczowy, bez wyolbrzymiania tragedii, bez operowania emocjami, dość chłodny, choć nie aż tak jak w przypadku Hanny Krall. Tutaj każde słowo jest odpowiednie – to jedyne określenie jakie przychodzi mi do głowy.

Sam Oskar Schindler, choć jego działania kwalifikują go do miana bohatera, wcale nie jest przedstawiany jako bohater. Wręcz przeciwnie – nie stroniący od alkoholu i miłosnych uciech, na kartach powieści wydaje się być zupełnie zwyczajnym człowiekiem, mającym swoje słabości, ale i zasady. Po początkowej fascynacji ideami narodowościowymi, przeżył polityczne rozczarowanie, a gdy wybuchła wojna i rozpoczęła się eksterminacja „podludzi”, brzydził się działaniami żołnierzy Rzeszy. Sam jednak lubił luksus, miał głowę do interesów i urok osobisty, który pomagał mu w stworzeniu szerokiej i bardzo pomocnej w prowadzeniu biznesu siatki kontaktów. Tak czy inaczej jego krakowska fabryka była częścią niemieckiego przemysłu wojennego. Schindler wstydził się tego, jak niemiecka armia traktuje Żydów, jednocześnie był na tyle sprytny, by znaleźć sposób na funkcjonowanie w ramach wojennego systemu i ocalić tylu braci wyznania mojżeszowego, ilu zdoła. Zaczął zatrudniać Żydów jako wykwalifikowanych robotników w swojej fabryce, nie pozwalał ich bić, dbał, by mieli zapewnione solidne posiłki i przyzwoite warunki mieszkalne. Co miesiąc wydawał fortunę na czarnorynkową żywność dla swoich pracowników oraz prezenty zapewniające przychylność oficerów SS i urzędników. W końcu chcąc uchronić pracowników przed śmiercią w obozach zagłady, przeniósł całą fabrykę na Morawy, a tych, którzy trafili w tryby machiny oświęcimskiej wyciągał przy pomocy pieniędzy, luksusowych trunków czy diamentów. Dzięki niemu praktycznie cały obóz Brinnlitz na Morawach, w którym przebywało (o ile dobrze pamiętam) ponad tysiąc osób, przetrwał do końca wojny.

Działania Schindlera graniczyły z szaleństwem, na każdym kroku ryzykował własnym życiem, jego znajomi uważali, że był żydofilem, opętanym dziwną chorobą. Nie ma sensu umieszczać tu wywodu, na temat moralnego aspektu postępowania Oskara Schindlera – uratował ponad tysiąc istnień ludzkich. Co do powieści Keneally’ego – to jedna z najcenniejszych literackich lekcji, jakich dane mi było doświadczyć.

 

Polecam bardzo: http://www.gandalf.com.pl/b/lista-schindlera/