„last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” – szymon hołownia

Jak już wspominałam, bodajże przy okazji Androsiuka, mam tak skonstruowany umysł, że nie czytam tego, co wszyscy, chyba, że muszę. A już na pewno nie sięgam z własnej woli po coś, co zostało stworzone ręką kogoś o statusie celebryty. Długo udawało mi się unikać czytania Szymona Hołowni, nie dlatego, że nie lubię, a dlatego, że celebrytą jest, czemu zaprzeczyć nie sposób. W końcu jednak dłużej się nie dało, w ramach wypełniania obowiązków służbowych nabyłam książkę, poszłam na spotkanie autorskie, po czym zaczęłam czytać…

Nie mam nic przeciwko religii, choć Boga w literaturze nie lubię, akceptuję fakt, że jest w ludziach potrzeba pisania o wierze, religii, doświadczeniach duchowych itp. Poza tym sięgając po książkę z „chrześcijaństwem” w tytule, trudno spodziewać się, że tematów wyżej wymienionych uda się uniknąć. Nie mam też nic przeciwko katolicyzmowi (ani jakiemukolwiek innemu wyznaniu, o ile nie wpycha się z buciorami w moje życie), całe życie spędziłam w kraju uważanym za katolicki, wśród przyjaciół katolików i żyje mi się nawet całkiem przyjemnie, choć sama katoliczką nie jestem. Przyznać jednak muszę, że kiedy wstęp książki zaczyna się słowami: „Napisałem tę książkę po to, by przeciętny polski katolik…” to mam ochotę zakończyć lekturę zanim ją rozpocznę. Przemogłam się jednak, przez wstęp przebrnęłam, do treści właściwej dotarłam.

A tam… zbiór wywiadów, z ludźmi z całego świata. Pierwsze mnie nudziły, choć im dalej brnęłam, tym łatwiej było mi wyciszyć antycelebryckie uprzedzenia i niesmak popierwszozdaniowy. Całkiem szybko, bo w okolicach księgarza-świra z Guam, zaczęło być ciekawie, przy Kasisi się popłakałam, a przy Bussy-en-Othe zaczęłam odnajdywać znajome emocje.

Każdy z tych wywiadów jest inny, światopogląd rozmówców autora to cała dostępna paleta barw. Łączy ich jedno – są związani z chrześcijaństwem, działają na rzecz jego rozwoju, choć w zależności od miejsca i własnych przekonań, czynią to w sposób od standardowego, znanego Polakom jak wspólna modlitwa, po zupełnie abstrakcyjny w naszym kraju, jak opracowywanie alfabetu dla języka, którym posługuje się kilkaset osób. Hołownia poprzez rozmowy, ukazuje, nieraz skrajnie różne, odcienie chrześcijaństwa. Tło dla tych rozmów, stanowią opisy sposobu życia ludzi w danym miejscu na świecie, ich mentalności, postrzegania rzeczywistości, dotykających ich problemów, jest to więc podróż, pozwalająca odkryć jak chrześcijaństwo funkcjonuje w różnych zakątkach ziemi. Całość okraszona jest obserwacjami poczynionymi przez autora, ale też jego własnymi przeżyciami, emocjami.

Wnioski po lekturze nasuwają się same: Polacy powinni poważnie zastanowić się nad znaczeniem słowa chrześcijaństwo. Prawdę powiedziawszy dochodzę nawet do wniosku, że najwyższa pora zacząć się wstydzić tego jaką formę chrześcijaństwo przybrało w Polsce, bo rasizm, antysemityzm, brak poszanowania dla jakiejkolwiek formy inności w mentalności sporej grupy tzw. „prawdziwych Polaków” wciąż nie stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. I to dopiero jest chore!

A książkę gorąco polecam, choć celebryta napisał ;-):

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3523,Last-minute

Reklamy

„rozdroża” – william paul young

Powieść utrzymana w klimacie sprzedanej w milionach egzemplarzy „Chaty”. Balansowanie po cieniutkiej granicy, gdzie po jednej stronie mamy niezwykłą mądrość, po drugiej kicz – takie są „Rozdroża”.  W warstwie fabularnej ta książka przypomina banalny amerykański serial, gdzie wiara w Boga stoi na pierwszym miejscu, cuda dzieją się na każdym kroku, a na koniec wszyscy zostają oczyszczeni ze szlamu tego świata. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że za niemal każdą taką historią kryje się jakaś mądrość, cenna rada, wskazówka. Sztuką jest przykrycie tego, co wartościowe taką warstwą banału, by przyciągnąć uwagę czytelnika, a jednocześnie nie utopić przesłania w lukrowanej polewie.

Trzeba być doprawdy naiwnym odbiorcą, by widzieć w „Rozdrożach” jedynie historię głównego bohatera – Anthony’ego, samotnego biznesmena, trafiającego do szpitala w stanie śpiączki. Świat, odwiedzany przez jego duszę, rozum, świadomość (trudno jednoznacznie stwierdzić), przypomina obraz z bajki dla dzieci. Prawdziwe przesłanie kryje się głębiej, jeśli zerwiemy tę śmieszną fasadę, odnajdziemy poruszającą opowieść o sztuce samouzdrowienia duszy, o tym jak łatwo zagubić się w świecie, którego fundamentem jest mamona i jak trudno oprzeć się pokusie władzy. „Rozdroża” to także opowieść o dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji, to lekcja odnajdywania sensu w życiu, przebaczenia i miłości.

I chociaż nadal uważam, że Boga do literatury mieszać nie należy, muszę przyznać, że Young kolejny raz stworzył historię, w której zagubieni odnajdą nadzieję. Polecam.

http://www.nowaproza.eu/ksiazka/269/rozdro%C5%BCa#opis

„chata” – william paul young

Zawsze byłam przeciwna mieszaniu Boga do literatury. Może nawet nie tyle Boga, co głębokiej wiary w niego. Darujmy sobie przywoływanie chwalebnego wyjątku w postaci Pisma Świętego, Bóg w ujęciu chrześcijańskim to temat na lekcje religii, a nie na bestseller. Kiedy więc spojrzałam na okładkę „Chaty”, gdzie spece od PR-u umieścili dumne 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy, doszłam do wniosku, że to niemożliwe. Tyle, że strasznie ze mnie ciekawski człowiek, więc sprawdzenie co jest w tej książce było tylko kwestią czasu. No i sprawdziłam. Wczoraj. Nie wstałam póki nie skończyłam. I doszłam do wniosku, że jej fenomen polega na tym, że to książka dla ludzi cierpiących lub szukających pocieszenia. A takich jak wiadomo w tym naszym świecie dostatek. Człowiek pogrążony w smutku to człowiek, który traci zainteresowanie otoczeniem, podświadomie wyłącza część siebie zdolną do odczuwania, dzięki temu obojętnieje. Nie zawsze, ale często ignorowanie bodźców z zewnątrz zapewnia jedynie pozorny spokój, w środku toczy się wojna, ból, gniew, zazdrość, żal, poczucie zdrady, osamotnienia, niezrozumienia – wszystkie walczą o palmę pierwszeństwa w zawodach o zagarnięcie duszy. Ci mniej wrażliwi obserwatorzy są przekonani, że kluczem do sukcesu czyli wydobycia z otępienia, jest siła, z jaką będą uderzać w pancerz cierpiącego. Tymczasem potrzebna jest metoda, coś, co poruszy najdelikatniejszą ze strun w duszy, coś, co pozwoli wszystkim tym skłębionym emocjom wydostać się na zewnątrz. Myślę, że „Chata” może być takim impulsem.

Sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Główny bohater – Mack traci dziecko, uprowadzone przez seryjnego zabójcę. Mimo upływu czasu nie może uporać się z własnymi uczuciami i coraz bardziej oddala się od Boga. I tutaj zaczyna się balansowanie na krawędzi banału – ogarnięty smutkiem ojciec znajduje w skrzynce pocztowej list od Boga. Stwórca zaprasza go na spotkanie w starej chacie – miejscu, gdzie najprawdopodobniej została zamordowana córka Macka. Ten oczywiście na spotkanie jedzie, co chyba żadnemu rozsądnemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy, po czym spędza weekend w baśniowej wręcz scenerii, której nie powstydziłby się Walt Disney. Za towarzyszy ma Boga Ojca, Jezusa i Ducha Świętego. Jak łatwo się domyślić dni w chacie zdziałały cuda – nastąpiło uzdrowienie duszy i serca Macka. Rzygać się chce zasadniczo, do tego ten koszmarny język – raz wykład jak dla idiotów, dialogi na poziomie III klasy podstawówki, a za chwilę teologiczno-filozoficzno-etyczny bełkot. Problem polega na tym, że ta książka po odrzuceniu całej tej historii zakrawającej na farsę jest bardzo mądra. Wcale nie jest o chrześcijaństwie, nie jestem pewna czy jest o Bogu, jeśli jednak odrzucimy te dwa pojęcia to otrzymamy garść całkiem przyzwoitych wskazówek jak żyć. To książka o miłości, potrzebie nadziei i bliskości, o nieumiejętności wyrażania uczuć, o trudnych rozmowach, konieczności wybaczania innym, a przede wszystkim sobie. Tak więc nie bójcie się zedrzeć z tego „dziełka” całego chłamu w stylu amerykańskiej reklamy i wybrać z niej zaledwie kilka zdań, które (o dziwo!) naprawdę mogą odmienić życie. Niech no tylko trafią na podatny grunt.

http://www.nowaproza.eu/ksiazka/221/chata-wyd-2#info