o oswajaniu, tożsamości, potrzebie przynależności i innych takich

Człowiek ma potrzebę porządkowania świata, stwarzania kategorii dla określenia nieokreślonego, wymyślania nazw dla rzeczy i zjawisk dotychczas nienazwanych. Dzięki takim procesom oswaja nieznane, obce, a przez to przerażające. Boimy się tego, czego nie wiemy – może stąd wynika pragnienie posiadania planu, kalendarza, rozkładu… możliwość planowania jest jak możliwość przewidzenia, schematyczni, niczym nie zaskakiwani ludzie czują się bezpiecznie. Chaos burzy spokój zarówno funkcjonariuszy BOR-u, jak i sklepowej. Są jednak tacy ludzie, którzy do chaosu dążą, wówczas czują się w swoim żywiole, ale nawet oni potrzebują poczucia bezpieczeństwa, a to jest im w stanie zapewnić jedynie jakiś punkt stały, element obecny zawsze. Dla jednych jest to praca, dla innych własne cztery ściany, coraz częściej tę funkcję przejmują przedmioty i zjawiska materialne. Jest jednak grono ludzi, którzy poczucie bezpieczeństwa odnajdują w drugim człowieku. Najpierw się z nim oswajają, potem zaczynają ufać, następnie wierzą, że oto znaleźli w życiu punkt stabilizujący huśtawkę, w której żyją. Tacy ludzie w 99,9% przypadków przeżyją gorzkie rozczarowanie i falę mdłości, gdy huśtawka ruszy na nowo i nie będzie bezpiecznika w postaci drugiego człowieka. To jak musieć nauczyć się żyć od nowa, ale mówią, że można…

Jest jednak coś, co każdy buduje w życiu sam, co każdy sam musi odnaleźć – tożsamość. Większość chyba nawet się nad tym nie zastanawia, społeczeństwo wymyśliło bowiem taką mnogość kategorii, że rodząc się niemal zawsze zostajemy do jakiejś przypisani. Polacy, Anglicy, Irakijczycy, protestanci, katolicy, muzułmanie, klasa robotnicza, intelektualiści, bezdomni… niezależnie od naszej woli trafiamy gdzieś zawsze. Czasami rodzi się bunt, ale prawda jest taka, że zbyt mocno chcemy być przynależni gdziekolwiek, by zastanowić się nad własnym ja, własną wartością, tym, czego chcemy, nad własnym poczuciem tożsamości.

Kiedy 1,5 roku temu zaczynałam studia miałam w głowie chaos, mnóstwo wątpliwości i rozpaczliwą wręcz potrzebę odpowiedzenia sobie na pytanie kim jestem. Obywatelstwo mam polskie, nazwisko ponoć ukraińskie, a rodzinę na granicy z Białorusią. Naiwnie sądziłam, że ucieczka od tej nieokreśloności pozwoli mi odnaleźć moje małe miejsce w świecie, gdzie czułam się nijaka, przezroczysta, bezwartościowa. Otóż nic z tego, jestem „nasza” i „tutejsza”, ocieram się o różne narodowości, wyznania i statusy społeczne, każda próba wyboru jednej rzeczy z szeregu możliwości wytwarza poczucie straty. Nie pomaga nazywanie i określanie, ja nie mam tożsamości, gubię się, potykam o kamyczki, brodzę w błocie, wywracam się zaplątana we własne myśli. Nie potrzebuję przynależeć gdziekolwiek, chciałam przynależeć do drugiego człowieka. I znalazłam się w grupie 99,9%. Kolejny błąd, kolejny siniec – jeszcze grubsza maska.

Reklamy

o bezsilności słów kilka

Bezsilność jest najgorszą przypadłością człowieka, a już na pewno jest najgorszą z moich przypadłości. Jej odczuwanie jest dziwnie silne, wprowadza chaos, zamęt w moją codzienność, nie pozwala się skupić i w efekcie powoduje drastyczny spadek formy psychicznej. Co ciekawe zazwyczaj jest to problem tego, który się martwi, bo osoba, której nie możemy pomóc ma to w głębokim poważaniu. Kiedyś jakiś mądry zakonnik radził ludziom, by nie zajmowali swych myśli sprawami, na które nie mają wpływu. Dziś rano przeczytałam kawał dobrej książki, zjadłam przepyszny torcik, zapiłam ulubioną herbatą, a i tak mój dół powiększa się w tempie zawrotnym. Wnioski? Zasada zakonnika nie ma zastosowania wobec spraw dotyczących tych, którzy są dla nas ważni. Nieważne jak bardzo staramy się nie myśleć, miłość ma tę wadę, że prowokuje do troski o drugiego człowieka. To dlatego świat jest pełen beznadziejnych przypadków pogrążonych w bezsilności.