„sylvia. agentka mossadu” – moti kfir, ram oren

„Prawdziwa historia agentki izraelskiego wywiadu”, „Tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata” – głosi wydawca na okładce książki „Sylvia. Agentka Mossadu” i chyba właśnie tego oczekuje potencjalny czytelnik, sięgając po tę publikację. Zwłaszcza, że z okładki dowiaduje się również, że „Moti Kfir, współautor książki, sam był agentem i zwierzchnikiem Sylvii w czasie, kiedy wykonywała najważniejsze misje”. Niestety, musiałby to być czytelnik naiwny (i to bardzo), by uwierzyć, że jakiekolwiek istotne informacje, dotyczące działalności Mossadu mogłyby ujrzeć światło dzienne w postaci książki, którą pobłogosławili: były (jak sądzę) agent Mossadu, komisja cenzury i koordynator komisji ministerialnej do spraw publikacji (tego też dowiadujemy się z książki). Okładkowy PR to jednak dozwolone narzędzie manipulacji, więc jeśli ktoś ma ochotę dać się zmanipulować, musi ponieść konsekwencje.

Po pierwszym zachłyśnięciu się obietnicą prawdy, w słowie wstępu czytamy: „W kilku przypadkach autorzy puścili wodze literackiej fantazji, żeby móc opowiedzieć o wydarzeniach, które w innej formie nie mogły zostać upublicznione”. Cóż… czar prysł! A na koniec niewiele już zostaje z ekscytacji, z jaką wspomniany naiwny czytelnik rozpoczyna lekturę.

„Sylvia…” to książka mająca służyć stworzeniu lub/i rozpowszechnieniu legendy. Główna bohaterka to wręcz urodzona agentka, inteligentna, sprytna, odważna, umiejąca zachować zimną krew w każdej sytuacji, do tego doskonała aktorka, piękna, choć potrafiąca wtopić się w tłum kobieta, niezwykle zaangażowana w odbudowę państwa Izrael, gotowa zrezygnować ze spokojnego życia u boku rodziny i chłopaka na rzecz pracy w kibucu oraz zginąć za naród żydowski. Niestety nie wierzę w chodzące ideały, a obraz Sylvii Rafael jest zbyt wyidealizowany, zbyt perfekcyjny.

Narracja to kolejna rzecz, która od początku do końca mnie irytowała. Wygląda to tak, jakby piszący nie mógł się zdecydować czy pisze raport czy tworzy fabułę. Być może pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, że jest tu dwóch autorów, ale chyba nie jest to zgrany duet, skoro ja – prosta czytelniczka z Podlasia, dostrzegam „kanciastość” tej opowieści.

Nie sposób także nie odnieść się do typowo izraelskiego punktu widzenia, przy czym – jest to punkt widzenia jak najbardziej uzasadniony w tym przypadku. Świat głównej bohaterki, do czasu słynnej pomyłki w Lillehammer w 1973 roku[1], wydawał się być czarno-biały. Złem wcielonym byli Palestyńczycy z Jasirem Arafatem na czele, walczący po stronie Izraela byli dla młodej dziewczyny uosobieniem bohaterstwa, a swoich przełożonych z Mossadu traktowała Sylvia jak nieomylne bóstwa. Dopiero sprawa z Lillehammer przekonała ją, że jest inaczej, że dowodzący izraelskim wywiadem to także ludzie, którym zdarzają się pomyłki, nieraz tragiczne w skutkach.

Czytając miałam wrażenie, że ta książka to także coś w rodzaju próby wytłumaczenia się z norweskiej sprawy. Autorzy wielokrotnie podkreślają jak istotne było dla Mossadu, by w przeprowadzanych przez wywiad akcjach, ofiarami nie byli przypadkowi, niewinni ludzie.

Prawdę powiedziawszy to nie jest najlepsza książka. Miałam nawet ochotę przerwać czytanie gdzieś w połowie, ale cieszę się, że wytrwałam do końca, bo chyba dopiero zakończenie odsłania najważniejszy powód, dla którego powstała…

Po pogrzebie Sylvii jej mąż podszedł do Motiego Kfira, kierownika akademii agentów, i razem wspominali zmarłą. – Mam nadzieję, że ktoś napisze kiedyś książkę o Sylvii – powiedział Annæus Schjødt. [s.346]

No i napisał…

[1] Po zamordowaniu izraelskich sportowców w Monachium w 1972 roku, Mossad wypowiedział wojnę odpowiedzialnym za to terrorystom z organizacji Czarny Wrzesień. Głównym inspiratorem masakry w Monachium był Ali Hassan Salameh – dowódca Czarnego Września. 21 lipca 1973 roku w norweskim miasteczku Lillehammer, agenci Mossadu zabili kelnera lokalnej restauracji, sądząc że to Salameh. Jedyną osobą, która miała wątpliwości odnośnie tożsamości celu i źle przygotowanej akcji, była Sylvia Rafael. Morderstwo w Lillehammer odbiło się szerokim echem w mediach na całym świecie, a część uczestniczących w akcji agentów została złapana i osadzona w norweskich więzieniach.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Niespotykanie inteligentna, zdolna, twarda i zdecydowana. Sylvia Rafael była jednym z najlepszych agentów Mossadu. Uczestniczyła w tajnych operacjach na Bliskim Wschodzie i w Europie. Należała do szwadronu śmierci, grupy likwidacyjnej, której celem było zabicie przywódców terrorystycznej organizacji Czarny Wrzesień. Emocjonująca historia jej życia wiąże się z najważniejszymi akcjami Mossadu.

Książka ujawnia tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata.

Tytuł: Sylvia. Agentka Mossadu

Autor: Moti Kfir, Ram Oren

Tłumaczenie: Mateusz Borowski

Wydawca: Znak

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 350

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-240-2426-1

Reklamy

„zahir” – paulo coelho

Taaak… od lat próbuję dociec w czym tkwi fenomen książek tego pana. Książek, które do mnie nie przemawiają lub przemawiają w sposób umiarkowany bardzo. Podobał mi się „Alef”, choć już nawet nie pamiętam o czym był. Zdarzają się bowiem temu panu rzeczy przyzwoite i „Zahira” też bym do nich zaliczyła. Problem w tym, że Paulo Coelho lubi pisać. Lubi pisać tak bardzo, że aż za bardzo. Większość przeczytanych przeze mnie książek jego autorstwa można by streścić jednym zdaniem. Z „Zahirem” jest właściwie podobnie. Całość zamknąć można w stwierdzeniu: „(…) cierpienie rodzi się wtedy, gdy oczekujemy, że inni będą nas kochać tak, jak to sobie wymyśliliśmy (…)”[i]. Takich mądrości jest oczywiście, jak na Coelho przystało, o wiele więcej.

Oprócz mądrości jest też coś jakby fabuła. Oto główny bohater jest znanym pisarzem, dziwnie przypominającym autora. Z pozoru prowadzi całkiem przyjemne i wygodne życie u boku swej żony Ester – korespondentki wojennej. Pewnego dnia okazuje się jednak, że Ester znika. Średnio zrozpaczony pisarz wiąże się z inną kobietą i próbuje zapomnieć o małżonce. Jak na złość zapominanie idzie mu bardzo opornie, a właściwie wcale – Ester staje się jego obsesją. W końcu postanawia odnaleźć kobietę, którą w końcu uznał za miłość swojego życia.

Opowieść uduchowiona wielce, jak zawsze u Coelho, i dość abstrakcyjna dla polskiego czytelnika, choć tym razem czyta się zadziwiająco dobrze. No cóż… niewiele się zmieniło. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Kto lubi Coelho, ten się nie zawiedzie.

[i] Paulo Coelho, Zahir, Drzewo Babel, Warszawa 2005, s. 263.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Zahir

Autor: Pulo Coelho

Rok wydania: 2005

Wydawnictwo: Drzewo Babel

Liczba stron: 267

„widma w mieście breslau” – marek krajewski

Mroczna Seria wydawnictwa W.A.B. to od lat gwarant dobrej, kryminalnej prozy. Dobrej tak bardzo, że jeśli bezpośrednio po przeczytaniu kryminału wydanego pod tym znakiem, sięga się po kryminał wydany przez kogo innego, to niemal na pewno skończy się to rozczarowaniem.

Lektura „Kina Venus” Marcina Wrońskiego nie zdołała zaspokoić mojego apetytu na dreszczyk emocji, więc by nie doświadczyć uczuć przykrych, zabrałam się za kolejną książkę z Mrocznej Serii – „Widma w mieście Breslau” Marka Krajewskiego.

Powieści Wrońskiego i Krajewskiego pod pewnymi względami są dość podobne – styl retro, miejskie tło, niepokorny policjant jako główny bohater, alkohol, prostytutki i morderstwa jako stałe niemal elementy krajobrazu. Wroński na miejsce akcji wybrał sobie Lublin, Krajewski – Wrocław. Obaj świetnie sobie radzą z wprowadzeniem czytelnika w niepowtarzalny klimat miast z okresu międzywojennego.

„Widma…” to dość mroczna i hmm… duchowa, można by rzec (będą seanse spirytystyczne, tajemnicze bractwo i wiara w starożytne bóstwa), odsłona przygód asystenta kryminalnego Eberharda Mocka. Wciągająca fabuła sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury, ale prócz wątku kryminalnego, równie ważna wydaje się opowieść o człowieku jako jednostce: zagubionej, samotnej, zdradzonej, rozpaczliwie poszukującej ciepła.

Mock to człowiek o wielu twarzach – surowy, czasami bezwzględny policjant, namiętny kochanek, czuły opiekun, troskliwy syn. Doświadcza skrajnych emocji, poznaje ciężkie jarzmo odpowiedzialności za śmierć drugiego człowieka, odkrywa w sobie zdolność do odczuwania miłości, choć walkę wciąż toczą w nim serce i rozsądek.

Chyba wszyscy bohaterowie „Widm…” to postaci bardzo prawdziwe, chciałoby się powiedzieć – z krwi i kości, niezwykle ludzcy przez swoje słabości, popełniane pomyłki, przez to, że autor dał im prawo do niedoskonałości.

Nie mam w zwyczaju zdradzać zakończenia, więc i tym razem tego nie zrobię. Powiem jedynie, że nie jest to finał w stylu Agathy Christie. Jest w tym zakończeniu pewien niepokój, prowokujący pytanie o to, kto jest faktycznym wygranym w „sprawie czterech marynarzy” (tak nazwała kryminalną zagadkę wrocławska opinia publiczna, gdyż śledztwo wszczęto po brutalnym morderstwie, którego ofiarami padli czterej mężczyźni, prawdopodobnie marynarze)? I czy śmierć to odpowiednia cena za sprawiedliwość?

Polecam bardzo: http://www.wab.com.pl/?ECProduct=383

„ości” – ignacy karpowicz

Wymyślenie tytułu „Ości” zajęło mi trzy lata. To jak wiadomo – końcówka, która nie ma tematu. Dostajemy ramkę, do której możemy włożyć wszystko, co chcemy. Samemu trzeba ją wypełnić: samotność, nieprzyjemność, tożsamość. (Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,14074703,Ignacy_Karpowicz__W_Polsce_trudno_byc_starsza_kobieta_.html?as=2#ixzz2IPpRPYdD)  – tak o swojej najnowszej powieści mówił Ignacy Karpowicz na spotkaniu w Białymstoku. I rzeczywiście, „ości” to powieść niezwykle otwarta na interpretacje, ale po kolei…

Zacznijmy od bohaterów. Ich mnogość i zawiłość wzajemnych powiązań początkowo może przyprawiać o zawrót głowy, a jeśli opierać się jedynie na opisie, umieszczonym na okładce książki, potencjalny czytelnik (albo raczej nie-potencjalny, bo nie mający wcześniej do czynienia z prozą Karpowicza) niechybnie nabierze przekonania, że oto czołowy polski prozaik, na grubo ponad czterystu stronach, umieścił krajową wersję brazylijskiej telenoweli. Otóż nie umieścił. Bo choć ulokowanie obok siebie, nawet na tysiącu stron, pary gejów, drag queen przeistaczającej się na co dzień w dobrego męża i ojca, kilku matek, gromadki dzieci, żarliwej katoliczki, wyzwolonej kobiety sypiającej ze znacznie młodszym mężczyzną, męża i żony wraz z ich kochankami i nastoletnim synem, miłości, śmierci, zagubienia, strachu, kota, tchórzofretki i rybki, przez przeciętnego Polaka nadal jest odbierane jako abstrakcja, wcale takie abstrakcyjne nie jest. Karpowicz serwuje nam uproszczony schemat współczesnego, wielkomiejskiego społeczeństwa. Tyle, że uproszczony wcale nie oznacza prosty. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że jest to struktura znacznie bardziej skomplikowana, czuła, dynamiczna niż ta, spotykana w małych miasteczkach, gdzie wszyscy wszystko wiedzą. Życie w wielkim mieście pozwala na swobodę działania i wolność wyborów, ale jednocześnie burząc tradycyjne pojęcia/kategorie związków, rodziny, relacji międzyludzkich, zmusza do wypracowania nowych rozwiązań, wymaga emocjonalnej elastyczności, niezbędnej by w tym wielkim świecie egzystować. W „ościach” konserwatyzm ściera się z liberalizmem, ale nie ma tam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie która opcja wygrywa.

Różnorodność bohaterów, choć początkowo zadziwiająca, a miejscami (dla niektórych) trudna do przyjęcia, jest niezwykle pomocna na etapie indywidualnego odbioru powieści. Okazuje się, że choć całość przypisana została przestrzeni wielkiego miasta, nawet w małej podlaskiej wsi znajdzie się matka, której łatwiej udawać, że nie wie o homoseksualizmie syna, żona, w imię wierności tradycji i wierze katolickiej, godząca się na trwanie w instytucji małżeństwa czy zagubiony nastolatek, tracący poczucie bezpieczeństwa z powodu „niestandardowych” zachowań swoich rodziców. Właściwie każdy, kto sięgnie po tę powieść, w którymś momencie odnajdzie fragment samego siebie, własnych emocji lub doświadczeń… choć pewnie nie każdy będzie umiał się do tego przyznać.

Jeśli chodzi o warstwę fabularną – nie jest to propozycja dla fanów wartkiej akcji, dzieje się skąpo w sferze fizycznych zdarzeń, ale mnóstwo w sferze emocjonalnej. Sporo się też dzieje jeśli chodzi o wizualną stronę książki (i wcale nie mówię o okładce), główny tekst przetkany jest, wyróżnionymi inną czcionką, fragmentami. Są to między innymi wspomnienia czy objaśnienia przypominające hasła z encyklopedii. Kojarzą mi się z didaskaliami, to takie uzupełnienie głównego tekstu, podanie okoliczności, serwowanie czytelnikowi danych, pozwalających stworzyć pełniejszy obraz całości.

Przez ponad czterysta stron myślałam o tej książce jako o niefrasobliwej. Dziwne, bo pierwszy raz przychodzi mi do głowy takie określenie w kontekście tekstu literackiego. Przez czterysta stron wahałam się między ostrożną ciekawością a rozczarowaniem (w końcu to Karpowicz – mam prawo się spodziewać najlepszego!) . Kiedy skończyłam, uznałam, że jest to jedna z najbardziej poruszających książek, jakie mi się przytrafiły. Polecam bardzo: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci—Ignacy-Karpowicz

„śmierć w Breslau” – marek krajewski

To dopiero druga z całej serii książek autorstwa Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, jaką zdarzyło mi się przeczytać. Po rewelacyjnej „Głowie Minotaura” postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości Krajewskiego, uważanego za mistrza kryminałów w stylu retro. I trzeba przyznać, że na miano mistrza Krajewski zasługuje. „Śmierć w Breslau” stanowi dowód na to, że istnieją jeszcze książki, w których nie ma się do czego przyczepić – nic nie drażni, nie irytuje, nie uwiera.

Cała historia zaczyna się od brutalnego, podwójnego morderstwa, kończy – jako poruszająca opowieść o samotności, porzuceniu, strachu i złości, o zemście i sile męskiej przyjaźni. Podobnie jak w „Głowie Minotaura” główną rolę odgrywa duet, tym razem są to Eberhard Mock i Herbert Anwaldt. Postać tego drugiego jest o tyle ciekawa, że zdaje się wzbudzać w Mocku jak najszlachetniejsze uczucia. Anwaldt jest buforem, który sprawia, że etycznie kontrowersyjne decyzje Mocka zostają złagodzone, nie wpływają w żaden znaczący sposób na to, jak krzepkiego policjanta odbiera czytelnik. O ile duet Mock – Popielski był zderzeniem dwóch niezwykle silnych osobowości, to w relacji Mock – Anwaldt niemal od początku jasny jest podział ról, to Mock jest opiekunem, niemal ojcem dla wychowanego w sierocińcu Herberta. Nie oznacza to jednak, że Anwaldt zostaje odsunięty na dalszy plan, wręcz przeciwnie, moment wyjazdu Eberharda Mocka na urlop, to moment gdy na kryminalnej scenie swoją partię solo odgrywa bystry i spostrzegawczy Herbert.

Oprócz wspaniale skonstruowanych głównych bohaterów, niewątpliwym atutem powieści Krajewskiego jest fabuła, nie pozwalająca nawet na chwilę nudy, wartka akcja trzyma w napięciu niemal do ostatniej strony.

Gdzieś w tle stale obecny jest wątek seksualny (podobnie w „Głowie Minotaura”), częścią zbrodni, od której wszystko się zaczyna, był gwałt. Ciąg dalszy również bogaty jest w różnego rodzaju dewiacje seksualne – od upodobania samego Mocka do perwersyjnej gry w szachy z obsługującymi go prostytutkami, przez zamiłowanie pewnego uczonego do gimnazjalistek po orgie w domu wrocławskiego arystokraty. Kto jednak lubi porno w wydaniu książkowym, zawiedzie się z pewnością, bo choć seks to istotna składowa „Śmierci w Breslau” pozostaje dodatkiem, nie ma istotnego wpływu na odbiór całości. A całość to po prostu doskonale skrojony kryminał. Gorąco polecam.

 

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2667,Smierc-w-Breslau