„białoruś. miłość i marazm” – hanna kondratiuk

Pozycja z nowej serii „Literatura faktu”, wyda(wa)nej przez białostocką Fundację Sąsiedzi. Białoruś przełomu wieków, widziana oczami, podróżującej po tym kraju autorki.

Książka równie dobrze mogłaby się nazywać „Pocztówki z Białorusi”, bo właśnie z pocztówkami kojarzy mi się forma, w jakiej Hanna Kondratiuk serwuje czytelnikom Białoruś. Każdy kolejny tekst jest jak obrazek, wycinek rzeczywistości. Ta rzeczywistość ma swój specyficzny klimat, który mogłabym określić jako marazm pociągnięty grubą warstwą niebieskiej farby. Miłości, wbrew temu, co głosi podtytuł, nie odnalazłam.

Nie wiem czy jest to lektura, która porwałaby ludzi gdzieś w Polsce, bo w kwestii ocen – słyszałam tyle samo pochwał, co zarzutów wobec tekstów, zawartych w „Białorusi…”. Jednak znacznie istotniejsze aniżeli forma, wydaje mi się to, co pozostawia po sobie ta książka. Z mojej perspektywy – człowieka mieszkającego na Podlasiu czyli w bezpośredniej bliskości Białorusi, jest to pozycja bardzo ważna, bo mówiąca o tym kraju inaczej aniżeli w kontekście Łukaszenki, opozycji i, szeroko komentowanej, sytuacji politycznej. Oczywiście ten wątek gdzieś tam się przebija, ale nie jest dominujący. I chwała autorce za to! Białoruś to wciąż biała plama w świadomości Polaków, ten kierunek zupełnie nie istnieje w kontekście choćby tak prozaicznym jak miejsce wakacyjnych wyjazdów. Ludzie po tej stronie granicy (nie mówię o Podlasiu, bo tutaj „współobecność” Białorusi jest jakby naturalna) boją się trafić do rzeczywistości, będącej we władaniu tyrana. Miejsca, które odwiedziła Hanna Kondratiuk, choć często mocno naznaczone paradoksem, będącym następstwem ustroju politycznego, oraz absurdem noszącym miano prawa, to także bogata historia, kultura, tradycja, specyficzna mentalność, mieszkających tam ludzi. Wszystko to w rzeczywistości zostało jednak przysłonięte, przez silnie eksponowany w mediach wątek polityczny.

A tak całkiem prywatnie to po przeczytaniu tej książki ogarnął mnie wstyd – mieszkam rzut beretem od granicy polsko-białoruskiej, część mojej rodziny deklaruje silne związki z Białorusią, a ja właśnie uświadomiłam sobie ogrom mojej niewiedzy na temat naszych wschodnich sąsiadów. I właśnie po to warto było przeczytać „Białoruś…” – by tę białą plamę wypełnić.

A tak o „Miłości i marazmie” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Białoruś. Miłość i marazm

Autor: Hanna Kondratiuk

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-9-9

Reklamy

„cevdet bej i synowie” – orhan pamuk

Nie znam się na tureckiej literaturze. Nigdy też nie byłam w Turcji. Chronię się przed światem w czterech ścianach, gdzie z lubością wsłuchuję się w ciszę, może dlatego nie podróżuję… bo w podróży zawsze jest się skazanym na drugiego człowieka. Jeśli chodzi o Turcję, to od kiedy pamiętam, wydawała mi się tłoczna… nie ma lepszego określenia, po prostu tłoczna, nie zatłoczona, a tłoczna właśnie. I nie chodzi tylko o ludzi, chodzi o wszystko, wszystkiego za dużo – kurzu, towarów, zdobień, stopni… Gdybym miała kiedykolwiek wyjechać gdzieś na dłużej to prawdopodobnie wybrałabym Szwecję albo Norwegię, zimną północ, która kojarzy mi się z samotnością, z surowym pięknem pustki. To chyba na tyle w kwestii stereotypowych wyobrażeń, wróćmy do literatury.

Do sięgnięcia po Orhana Pamuka (w sumie nawet nie wiem czy to się po naszemu odmienia) skłoniła mnie rozmowa z kolegą, który jako student spędził w Turcji trochę czasu. Gdy o tym opowiadał, w jego głosie słychać było prawdziwe emocje, szczery entuzjazm. Uświadomiłam sobie wówczas, że nie dość, że nic nie wiem o Turcji, Turkach, ich sposobie życia, obyczajach, religii, światopoglądzie, to w dodatku nie mam pojęcia o tureckiej literaturze. A skoro nie mam pojęcia, to nie mam też punktu odniesienia dla powieści „Cevdet Bej…”. Pozwolę więc sobie rzucić garść luźnych uwag…

Niedawno wspominałam, że z trudem znoszę teksty literackie, które są większe aniżeli pięćset stron, chyba, że jest dla tych pokaźnych rozmiarów jakieś uzasadnienie. „Cevdet Bej i synowie” ma ponad siedemset i zdecydowanie nie znajduję dla tych siedmiuset stron wystarczającego uzasadnienia. W ogóle to jedna z najdziwniejszych powieści, jakie czytałam, bo wzbudzająca we mnie skrajnie różne emocje. Z jednej strony sam tekst – długi, przegadany, z akcją ograniczoną do minimum, bohaterami, którzy z uporem maniaka zadają sobie, niemal wszyscy (!), takie same pytania. Z drugiej – arcyciekawy portret Turcji, zbudowany na bazie życiorysów przedstawicieli trzech pokoleń. Pamuk przez pryzmat życia jednostek ukazuje zmiany zachodzące w kraju, w społeczeństwie, w mentalności Turków w XX wieku. Jednym z głównych bohaterów jest Cevdet Bej – jeden z pierwszych muzułmańskich kupców w Stambule. To losy jego rodziny stanowią oś, wokół której opowiadane są historie innych ludzi, m. in. syna Cevdeta – Refika oraz wnuka Ahmeta. To, co łączy wszystkich bohaterów, to przedziwny niepokój, skłaniający ich do stawiania sobie pytań o sens życia.

Bohaterami są głównie mężczyźni, to ich oczami oglądamy świat. Jedyną znaczącą postacią kobiecą jest Nigân Hanym, żona Cevdeta Beja, a po śmierci męża przedstawicielka najstarszego pokolenia, seniorka rodu. Nawet jeśli w Turcji faktycznie panuje tak silny patriarchat, to zabrakło mi szerszego, kobiecego spojrzenia, bo to przedstawione w powieści wydaje mi się powierzchowne, ukazuje kobiety jako istoty nie mające ambicji albo nie mające prawa do ambicji, do dokonywania niezależnych wyborów. Jestem bardzo ciekawa, co miałaby do powiedzenia np. Ilknur, przyjaciółka Ahmeta i chyba jedyna kobieta, próbująca sama o sobie decydować.

Podsumowując – naprawdę dobra książka, choć dla cierpliwych. Pozostawia przesyt jeśli chodzi o formę i niedosyt, jeśli chodzi o treść.

Polecam uwadze:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/67307/cevdet-bej-i-synowie

„czarownica z portobello” – paulo coelho

Już dawno tak bardzo nie chciało mi się pisać o przeczytanej książce. Tyle, że jeśli nie napiszę na ten temat choć kilku zdań, akt lektury wydaje mi się niepełny. Więc piszę…

„Czarownica z Portobello” to już moja kolejna próba zmierzenia się z fenomenem Paulo Coelho, a dokładniej kolejna próba zrozumienia tegoż fenomenu. Jak do tej pory, przypadła mi do gustu tylko jedna powieść tego autora, o ile dobrze pamiętam „Alef”. „Czarownica…” nie zmieniła tego stanu rzeczy.

Powieść jest historią młodej dziewczyny, jako dziecko zabranej z rumuńskiego sierocińca przez libańską parę. Kobieta u progu dorosłości rozpoczyna poszukiwania sensu własnego życia, odnajduje biologiczną matkę, odkrywa miłość do tańca, który pozwala jej wpadać w trans, poznaje tajemniczą Eddę, wierzącą w kult Wielkiej Matki… po drodze rodzi dziecko, rozbija cudzy związek i prowadzi przedziwne spotkania w Londynie, dzięki którym zyskuje sławę jako „czcicielka Szatana” i „czarownica z Portobello”.

Charakterystyczną cechą tej powieści jest polifoniczność. Narracja przybrała formę fragmentów wypowiedzi poszczególnych osób, związanych z główną bohaterką. Nie brak typowych dla Coelho słów kluczowych jak „nadzieja” czy banalnych „mądrości” w stylu Miłość nie jest nawykiem, zobowiązaniem ani długiem (…)miłość po prostu jest. Pseudoreligijny i pseudomistyczny bełkot.

Całość czyta się… hmm…szybko, ale jak mawia mój przyjaciel Jerzy „nic z tego nie wynika”. No może poza tym, że za druk i oprawę odpowiadały Białostockie Zakłady Graficzne. – przynajmniej ludzie mieli pracę. Nie polecam, ale jakby ktoś chciał:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/23305/czarownica-z-portobello

„last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” – szymon hołownia

Jak już wspominałam, bodajże przy okazji Androsiuka, mam tak skonstruowany umysł, że nie czytam tego, co wszyscy, chyba, że muszę. A już na pewno nie sięgam z własnej woli po coś, co zostało stworzone ręką kogoś o statusie celebryty. Długo udawało mi się unikać czytania Szymona Hołowni, nie dlatego, że nie lubię, a dlatego, że celebrytą jest, czemu zaprzeczyć nie sposób. W końcu jednak dłużej się nie dało, w ramach wypełniania obowiązków służbowych nabyłam książkę, poszłam na spotkanie autorskie, po czym zaczęłam czytać…

Nie mam nic przeciwko religii, choć Boga w literaturze nie lubię, akceptuję fakt, że jest w ludziach potrzeba pisania o wierze, religii, doświadczeniach duchowych itp. Poza tym sięgając po książkę z „chrześcijaństwem” w tytule, trudno spodziewać się, że tematów wyżej wymienionych uda się uniknąć. Nie mam też nic przeciwko katolicyzmowi (ani jakiemukolwiek innemu wyznaniu, o ile nie wpycha się z buciorami w moje życie), całe życie spędziłam w kraju uważanym za katolicki, wśród przyjaciół katolików i żyje mi się nawet całkiem przyjemnie, choć sama katoliczką nie jestem. Przyznać jednak muszę, że kiedy wstęp książki zaczyna się słowami: „Napisałem tę książkę po to, by przeciętny polski katolik…” to mam ochotę zakończyć lekturę zanim ją rozpocznę. Przemogłam się jednak, przez wstęp przebrnęłam, do treści właściwej dotarłam.

A tam… zbiór wywiadów, z ludźmi z całego świata. Pierwsze mnie nudziły, choć im dalej brnęłam, tym łatwiej było mi wyciszyć antycelebryckie uprzedzenia i niesmak popierwszozdaniowy. Całkiem szybko, bo w okolicach księgarza-świra z Guam, zaczęło być ciekawie, przy Kasisi się popłakałam, a przy Bussy-en-Othe zaczęłam odnajdywać znajome emocje.

Każdy z tych wywiadów jest inny, światopogląd rozmówców autora to cała dostępna paleta barw. Łączy ich jedno – są związani z chrześcijaństwem, działają na rzecz jego rozwoju, choć w zależności od miejsca i własnych przekonań, czynią to w sposób od standardowego, znanego Polakom jak wspólna modlitwa, po zupełnie abstrakcyjny w naszym kraju, jak opracowywanie alfabetu dla języka, którym posługuje się kilkaset osób. Hołownia poprzez rozmowy, ukazuje, nieraz skrajnie różne, odcienie chrześcijaństwa. Tło dla tych rozmów, stanowią opisy sposobu życia ludzi w danym miejscu na świecie, ich mentalności, postrzegania rzeczywistości, dotykających ich problemów, jest to więc podróż, pozwalająca odkryć jak chrześcijaństwo funkcjonuje w różnych zakątkach ziemi. Całość okraszona jest obserwacjami poczynionymi przez autora, ale też jego własnymi przeżyciami, emocjami.

Wnioski po lekturze nasuwają się same: Polacy powinni poważnie zastanowić się nad znaczeniem słowa chrześcijaństwo. Prawdę powiedziawszy dochodzę nawet do wniosku, że najwyższa pora zacząć się wstydzić tego jaką formę chrześcijaństwo przybrało w Polsce, bo rasizm, antysemityzm, brak poszanowania dla jakiejkolwiek formy inności w mentalności sporej grupy tzw. „prawdziwych Polaków” wciąż nie stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. I to dopiero jest chore!

A książkę gorąco polecam, choć celebryta napisał ;-):

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3523,Last-minute