„sylvia. agentka mossadu” – moti kfir, ram oren

„Prawdziwa historia agentki izraelskiego wywiadu”, „Tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata” – głosi wydawca na okładce książki „Sylvia. Agentka Mossadu” i chyba właśnie tego oczekuje potencjalny czytelnik, sięgając po tę publikację. Zwłaszcza, że z okładki dowiaduje się również, że „Moti Kfir, współautor książki, sam był agentem i zwierzchnikiem Sylvii w czasie, kiedy wykonywała najważniejsze misje”. Niestety, musiałby to być czytelnik naiwny (i to bardzo), by uwierzyć, że jakiekolwiek istotne informacje, dotyczące działalności Mossadu mogłyby ujrzeć światło dzienne w postaci książki, którą pobłogosławili: były (jak sądzę) agent Mossadu, komisja cenzury i koordynator komisji ministerialnej do spraw publikacji (tego też dowiadujemy się z książki). Okładkowy PR to jednak dozwolone narzędzie manipulacji, więc jeśli ktoś ma ochotę dać się zmanipulować, musi ponieść konsekwencje.

Po pierwszym zachłyśnięciu się obietnicą prawdy, w słowie wstępu czytamy: „W kilku przypadkach autorzy puścili wodze literackiej fantazji, żeby móc opowiedzieć o wydarzeniach, które w innej formie nie mogły zostać upublicznione”. Cóż… czar prysł! A na koniec niewiele już zostaje z ekscytacji, z jaką wspomniany naiwny czytelnik rozpoczyna lekturę.

„Sylvia…” to książka mająca służyć stworzeniu lub/i rozpowszechnieniu legendy. Główna bohaterka to wręcz urodzona agentka, inteligentna, sprytna, odważna, umiejąca zachować zimną krew w każdej sytuacji, do tego doskonała aktorka, piękna, choć potrafiąca wtopić się w tłum kobieta, niezwykle zaangażowana w odbudowę państwa Izrael, gotowa zrezygnować ze spokojnego życia u boku rodziny i chłopaka na rzecz pracy w kibucu oraz zginąć za naród żydowski. Niestety nie wierzę w chodzące ideały, a obraz Sylvii Rafael jest zbyt wyidealizowany, zbyt perfekcyjny.

Narracja to kolejna rzecz, która od początku do końca mnie irytowała. Wygląda to tak, jakby piszący nie mógł się zdecydować czy pisze raport czy tworzy fabułę. Być może pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, że jest tu dwóch autorów, ale chyba nie jest to zgrany duet, skoro ja – prosta czytelniczka z Podlasia, dostrzegam „kanciastość” tej opowieści.

Nie sposób także nie odnieść się do typowo izraelskiego punktu widzenia, przy czym – jest to punkt widzenia jak najbardziej uzasadniony w tym przypadku. Świat głównej bohaterki, do czasu słynnej pomyłki w Lillehammer w 1973 roku[1], wydawał się być czarno-biały. Złem wcielonym byli Palestyńczycy z Jasirem Arafatem na czele, walczący po stronie Izraela byli dla młodej dziewczyny uosobieniem bohaterstwa, a swoich przełożonych z Mossadu traktowała Sylvia jak nieomylne bóstwa. Dopiero sprawa z Lillehammer przekonała ją, że jest inaczej, że dowodzący izraelskim wywiadem to także ludzie, którym zdarzają się pomyłki, nieraz tragiczne w skutkach.

Czytając miałam wrażenie, że ta książka to także coś w rodzaju próby wytłumaczenia się z norweskiej sprawy. Autorzy wielokrotnie podkreślają jak istotne było dla Mossadu, by w przeprowadzanych przez wywiad akcjach, ofiarami nie byli przypadkowi, niewinni ludzie.

Prawdę powiedziawszy to nie jest najlepsza książka. Miałam nawet ochotę przerwać czytanie gdzieś w połowie, ale cieszę się, że wytrwałam do końca, bo chyba dopiero zakończenie odsłania najważniejszy powód, dla którego powstała…

Po pogrzebie Sylvii jej mąż podszedł do Motiego Kfira, kierownika akademii agentów, i razem wspominali zmarłą. – Mam nadzieję, że ktoś napisze kiedyś książkę o Sylvii – powiedział Annæus Schjødt. [s.346]

No i napisał…

[1] Po zamordowaniu izraelskich sportowców w Monachium w 1972 roku, Mossad wypowiedział wojnę odpowiedzialnym za to terrorystom z organizacji Czarny Wrzesień. Głównym inspiratorem masakry w Monachium był Ali Hassan Salameh – dowódca Czarnego Września. 21 lipca 1973 roku w norweskim miasteczku Lillehammer, agenci Mossadu zabili kelnera lokalnej restauracji, sądząc że to Salameh. Jedyną osobą, która miała wątpliwości odnośnie tożsamości celu i źle przygotowanej akcji, była Sylvia Rafael. Morderstwo w Lillehammer odbiło się szerokim echem w mediach na całym świecie, a część uczestniczących w akcji agentów została złapana i osadzona w norweskich więzieniach.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Niespotykanie inteligentna, zdolna, twarda i zdecydowana. Sylvia Rafael była jednym z najlepszych agentów Mossadu. Uczestniczyła w tajnych operacjach na Bliskim Wschodzie i w Europie. Należała do szwadronu śmierci, grupy likwidacyjnej, której celem było zabicie przywódców terrorystycznej organizacji Czarny Wrzesień. Emocjonująca historia jej życia wiąże się z najważniejszymi akcjami Mossadu.

Książka ujawnia tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata.

Tytuł: Sylvia. Agentka Mossadu

Autor: Moti Kfir, Ram Oren

Tłumaczenie: Mateusz Borowski

Wydawca: Znak

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 350

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-240-2426-1

Reklamy

„ostatnia komandoria” – konrad kuśmirak

Zawsze uważałam, że ludzie, którzy decydują się na napisanie lub zekranizowanie kontynuacji kultowych książek i filmów to osoby niezwykle odważne, skrajnie głupie lub szaleńcy. Trzeba mieć bowiem sporo wiary w siebie, talentu i wyobraźni, by dorównać ludziom, których świat docenił, a w niektórych przypadkach nawet uznał za mistrzów. I nie tylko świat – na lokalnych podwórkach wcale nie jest lepiej, a bywa znacznie trudniej.

Jeszcze trudniej bywa, gdy rzecz dotyczy książek, na których wychowywało się kilka pokoleń Polaków, bo jak wiadomo Polacy – naród „czepliwy” i przyczepić się umie do wszystkiego (czego jestem i ja dobrym przykładem). Książki, o których wspomniałam, to nieco zapomniane dziś przygody Pana Samochodzika pióra Zbigniewa Nienackiego. Okazało się, że mamy na Podlasiu kontynuatora tejże serii.

Spokojnie! Pan Tomasz nie jest nieśmiertelny, a Konrad Kuśmirak nie proponuje czytelnikom podróży w przeszłość, a przynajmniej nie do II połowy ubiegłego wieku. W „Ostatniej komandorii” rzecz się dzieje współcześnie. Pana Tomasza zastępuje pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, niejaki Paweł Daniec, tropiciel zaginionych dzieł sztuki i dumny posiadacz niezwykłego wehikułu jeżdżącego, pływającego i kto wie co jeszcze.

Miejsce akcji to oczywiście Podlasie. W Drohiczynie prowadzi badania prof. Maksymowicz. Naukowiec prawdopodobnie odnajduje pieczęć wielkiego mistrza templariuszy, po czym… znika. O wykopaliskach i zniknięciu profesora, CBŚ informuje jego córkę – Emilię, niegdyś archeologa, obecnie bibliotekarkę pracującą w Supraślu. Zaintrygowana dziewczyna udaje się do Drohiczyna, gdzie odkrywa, że profesor został uprowadzony. Szukając wskazówek, mogących pomóc jej w rozwiązaniu zagadki, Emilia postanawia udać się do mieszkania ojca – tam spotyka Pawła Dańca, który oferuje jej swoją pomoc.

Trzeba przyznać, że klimat tej książki faktycznie przypomina opowieści autorstwa Nienackiego – tyle, że nieco uwspółcześnione. Jest rycerski główny bohater, dzielna i samodzielna panna Emilia, tajemnica z przeszłości, stojący na straży prawa agenci CBŚ i ABW, zbiry w BMW, niejednoznacznie nieprzyjemny Francuz z immunitetem i niejednoznacznie przyjazny Białorusin – pułkownik Lisyckin ze Specnazu, do tego kontrowersyjny historyk i nieco lokalnego folkloru w postaci babci Tymoszkowej, Hrehora, gwary z pogranicza polsko-białoruskiego i samogonu. Całość okraszona historią miejsc, odwiedzanych przez głównych bohaterów. Nie jestem fanką historii, więc tych fragmentów obawiałam się najbardziej. Przywoływanie faktów z przeszłości, zważywszy, że główni bohaterowie sami żywo interesują się historią, wydaje się całkiem uzasadnione. Nie podoba mi się jedynie forma, w jakiej autor to czyni – te wstawki brzmią nieco sztucznie, jak wykłady albo fragmenty przewodnika po Podlasiu, niestety dość monotonne (szczególnie jest to widoczne we fragmencie dotyczącym Supraśla).

W sumie – „Ostatnia komandoria” się broni. Widać zaangażowanie autora, przygotowanie historyczne, jest ten specyficzny klimat, zagadka, skarb i tajemnica. Prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń nie jest tu najważniejsze, tak jak u Nienackiego – liczy się przygoda. Skończyłam lekturę „Ostatniej komandorii” z uśmiechem… tylko wciąż nurtują mnie pytania: czy motocykliści z Bielska Podlaskiego to naprawdę tacy porządni ludzie i czy w Archiwum Państwowym w Białymstoku faktycznie można po znajomości obejrzeć nieudostępnione dokumenty? 😉

A tak o „Ostatniej komandorii” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Ostatnia komandoria/Pan Samochodzik i ostatnia komandoria

Autor: Konrad Kuśmirak

Wydawca: Oficyna Wydawnicza „Warmia”

Rok wydania: 2014

„biały ogień” – douglas preston, lincoln child

Kiedy byłam dzieckiem ciągle czytałam. Moi rodzice chyba mieli do mnie zaufanie, bo nigdy do głowy im nie przyszło, by skontrolować co czytam. Ja natomiast, zamiast romantycznych opowieści o księżniczkach, mając lat powyżej dziesięciu w szkolnej bibliotece wybierałam książki z serii „Przygody trzech detektywów”, „zaczytywałam się” w opowieściach o dzielnym Tomku Wilmowskim i pochłaniałam wszystko, co miało na okładce nazwisko Agathy Christie. Trudno się więc dziwić, że miłość do zagadek kryminalnych i sensacji została mi do dziś. Zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po pozycje z gatunków takich jak: kryminał, thriller, powieść przygodowa czy sensacyjna, ale im jestem starsza i im więcej książek tego rodzaju czytam, tym mniej we mnie pobłażliwości dla niedoskonałości tych wytworów ludzkiego umysłu.

Kiedy w moje ręce trafił „Biały śnieg”, bardzo szybko dałam się porwać tej opowieści. Młoda dziewczyna Corrie Swanson, której opiekunem jest nieco ekscentryczny agent FBI Pendergast, zbiera materiały do swojej pracy. W tym celu jedzie do Roaring Fork – ekskluzywnego kurortu w górach, by zbadać szczątki górników zabitych przez niedźwiedzia grizzly w II połowie XIX wieku. Oglądając kości, Corrie zauważa ślady, pozwalające jej wysnuć hipotezę jakoby mężczyźni zostali zamordowani i… pożarci przez grupę kanibali. Niepokorna dziewczyna, chcąc dotrzeć do prawdy, pakuje się w kłopoty, co skłania agenta Pendergasta do przyjazdu do Roaring Fork. Tymczasem w miasteczku zaczyna szaleć wyjątkowo okrutny podpalacz i morderca. Pendergast angażuje się w śledztwo, jednocześnie szukając rozwiązania zagadki śmierci górników. Agent zaczyna podejrzewać, że informacje o serii zabójstw sprzed lat zawarte są w… zaginionym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

Ta książka zdaje się mieć wszystko, co powinna mieć dobra książka „o zacięciu kryminalnym”: tajemnicę z przeszłości, współczesną zagadkę (podpalenia w Roaring Fork), dwoje zupełnie różnych głównych bohaterów, wielki biznes i wielkie pieniądze w tle, a do tego autorzy pokusili się o ukłon w stronę fanów prozy Conan Doyle’a. Poza tym czyta się to doskonale, a jednak… jest w tej książce pewna rysa. Ta historia od początku wydaje się nieco… hmm… bajkowa, jest w niej coś z klimatu opowieści o Sherlocku Homesie, jest trochę grozy i magii jak z dzieł Edgara Allana Poego (lub Poe – jeśli ktoś woli). Realizm „Białego ognia” jest nieco naciągany, ale czytelnik się na to godzi – zdaje się, że właśnie tak to sobie obmyślili autorzy. Przychodzi jednak taki moment, w którym czar pryska zupełnie, a całe prawdopodobieństwo opowiadanej historii znika. To moment, w którym Pendergast, wykorzystując tybetańskie metody relaksacyjne, przenosi się w czasie w swoim umyśle. Potem jest już tylko gorzej: główna bohaterka wykazuje się skrajną głupotą i naiwnością, o którą nie podejrzewałam jej wcześniej, opis wydarzeń w kopalni zawiera fragmenty jak z kiepskiej, amerykańskiej produkcji filmowej typu sensacja (np. „(…) mały palec zwisał na wąskim pasku skóry niemal zupełnie oderwany, z postrzępionego otworu ciekła krew. – Kurwa! Pozbyła się bezużytecznego palca, potrząsając ręką, aż odpadł (…)”[1]), ale najgorszy był iście hollywoodzki happy end.

Podsumowując – to nie do wiary, że można stworzyć tak ciekawą, intrygującą historię po to, by zakończyć ją w tak banalny i przewidywalny sposób.

Aha! Zapomniałam dodać, że gdzieś tak w połowie książki wiedziałam już kto jest podpalaczem.

 

[1] D. Preston, L. Child, Biały ogień, Burda Publishing Polska 2014, s. 407

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Biały ogień

Autor: Douglas Preston, Lincoln Child

Przekład: Robert P. Lipski

Tytuł oryginału: White Fire

Wydawnictwo: Burda

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-7778-767-0

„zimny wiatr” – arnaldur indriðason

Bardzo przyzwoita książka, choć po przeczytaniu czterech poprzednich kryminałów z Erlendurem Sveinssonem w roli głównej, już nie tak porywająca jak „Głos” czy „Jezioro”. Indriðason trzyma się schematu: wątek główny – aktualne śledztwo, równolegle opis osobistego życia Erlendura i zjawisko czy też raczej problem społeczny. I tak główny wątek to śledztwo w sprawie zabójstwa ciemnoskórego chłopca, którego ciało znaleziono w kałuży krwi przed blokiem. W tym samym czasie okazuje się, że zaginął przyrodni brat ofiary – pochodzący z Tajlandii nastolatek. Erlendur wraz z Elinborg i Sigurdurem Olim rozpoczynają poszukiwania nastolatka oraz mordercy, nie wykluczając, że mogła to być zbrodnia na tle rasistowskim. Tak dochodzimy do problemu społecznego czyli rasizmu i tolerancji lub jej braku wobec emigrantów w islandzkim społeczeństwie. W międzyczasie Erlendur nadal zmaga się z demonami przeszłości i chorobą byłej szefowej, która uważa go za swojego przyjaciela.

Właściwie trudno czytelnikowi odgadnąć jaki był motyw zbrodni. Rozwiązanie zagadki okazuje się banalnie proste, a przez to przerażające. Bezsensowność śmierci dziecka – to jest to, co rzeczywiście porusza w „Zimnym wietrze”.

Jest w tej opowieści jeszcze jeden wątek, który przykuł moją uwagę. W czasie śledztwa policjanci zatrzymują Andresa – mężczyznę, mającego całkiem bogatą kartotekę. W „Zimnym wietrze” jest to jednak postać niejednoznaczna, z jednej strony przestępca, z drugiej – nawet po latach – wciąż przerażony chłopiec, borykający się z traumatycznymi wspomnieniami molestowania przez ojczyma. Poruszający obraz dorosłego człowieka, nie umiejącego rozliczyć się z przeszłością, wciąż odczuwającego upokorzenie i lęk przez dawnym oprawcą. Bardzo żałuję, że historia Andresa to tylko migawka w powieści Indriðasona.

Ogólnie rzecz ujmując – dobra książka, tylko tej iskry zabrakło… a jednak polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Zimny wiatr

Autor: Arnaldur Indriðason

Przekład: Jacek Godek

Tytuł oryginału: Vetrarborgin

Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-936-0

„pokolenia. wiek deszczu, wiek słońca” – katarzyna droga

Czasami zastanawiam się, jakim cudem, udaje mi się ciągle coś czytać, skoro sama przed sobą przyznaję się jedynie do miłości do kryminałów i thrillerów… Cóż, bardzo możliwe, że wynika to z przekonania, iż żeby czegoś nie lubić trzeba to najpierw poznać, trzeba tego spróbować. Również z racji tego, że moja praca opiera się częściowo na czytaniu książek, zdarza się, że w moje ręce trafiają publikacje kompletnie nie z kręgu moich zainteresowań czytelniczych. Tak trafiła do mnie książka „Pokolenia” Katarzyny Drogiej. Wiedziałam o niej tyle (o książce, nie o Katarzynie), że jest tam mocno rozbudowany wątek podlaski. Kiedy więc usłyszałam słowo „saga” w kontekście „Pokoleń”, przyznaję – zmroziło mnie. Oczyma wyobraźni widziałam już serię niekończących się nieszczęśliwych miłości, zdrad, intryg z przemijaniem, śmiercią i, oby, zmianami społeczno-kulturowymi w tle, i chociaż to wszystko w „Pokoleniach” znajdziemy, ma w sobie ta książka jakąś magiczną siłę, sprawiającą, że losy głównych bohaterów – Janki i Leszka, wydają się chwilami dziwnie znajome, a sami bohaterowie – bliscy.

Katarzyna Droga zbudowała powieść wielopłaszczyznową i każdy czytelnik sam może wybrać to, co jest dla niego najważniejsze. Mnie poruszył przede wszystkim obraz pokolenia wojny – ludzi, którzy przetrwali strach, głód, poniżenie, umknęli wszechobecnej śmierci. To opowieść o ludziach, każdego dnia próbujących jak smakuje „normalność”, drżących na sam dźwięk słowa wojna, zmuszonych budować swą dorosłość, wolność, niezależność na zgliszczach, skazanych na wieczną walkę z pamięcią i niepamięcią, z demonami przeszłości, zmagających się z odpowiedzią na pytanie o sens i wartość własnego istnienia, rozpaczliwie pragnących żyć pełnią życia, a jednocześnie zaszczutych przez nowy System, rozczarowanych tym, że rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wizją świata, o który walczyli ich ojcowie, bracia, wujowie lub oni sami.

Białostoczanie odnajdą w „Pokoleniach” cudowny, plastyczny opis miasta podnoszącego się po wojnie, obraz rodzącego się środowiska inteligencji, którą władze partyjne próbują trzymać w ryzach: obietnicą, prośbą i groźbą.

Są też indywidualne historie: banalne, śmieszne, poważne, tragiczne. Jest miłość spełniona i ta, która spełnić się nigdy nie mogła, jest romans i zdrada, zabójstwo z miłości/zazdrości, jest szaleństwo po stracie dziecka , jest choroba i próba losu, jest czas weryfikacji – kto przyjaciel, kto wróg. Są małżonkowie i kochankowie, matki i córki, siostry i bracia, ojcowie i synowie. Jest w końcu tajemnicza rzeka Narew, dziwnie przypominająca życie: z zakrętami, wirami, wylewająca wiosną, by latem znów powrócić do koryta, biegnąca uparcie przed siebie.

„Pokolenia” czyta się znakomicie, główni bohaterowie niemal natychmiast zyskują sympatię czytelników. Akcja toczy się szybko, nie ma czasu na nudę. Ku mojemu zdumieniu, udało się autorce uniknąć przegadania (przy takiej opowieści? – chylę czoła!), pojawia się za to żonglowanie czasem : historia Janki przeplatana jest wstawkami z współczesności , obrazami Warszawy z 2012 roku.

Najistotniejsza jest jednak w tym wszystkim prawda, bowiem bohaterowie „Pokoleń” żyli naprawdę – w tym sensie książka ociera się o dokument. Wydarzenia opisane przez Katarzynę Drogą to prawdziwa historia rodziny autorki.  Świadomość tego również wpłynęła na mój sposób patrzenia na tę książkę, doskonale bowiem rozumiem chęć sięgnięcia do życia przodków, potrzebę umocnienia poczucia własnej tożsamości i ocalenia od zapomnienia ludzi, których kochamy.

Polecam  więc bardzo serdecznie:

http://onepress.pl/ksiazki/pokolenia-wiek-deszczu-wiek-slonca-katarzyna-droga,pokole.htm

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca

Autor: Katarzyna Droga

Wydawnictwo: Helion

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-246-7721-4

„białoruś. miłość i marazm” – hanna kondratiuk

Pozycja z nowej serii „Literatura faktu”, wyda(wa)nej przez białostocką Fundację Sąsiedzi. Białoruś przełomu wieków, widziana oczami, podróżującej po tym kraju autorki.

Książka równie dobrze mogłaby się nazywać „Pocztówki z Białorusi”, bo właśnie z pocztówkami kojarzy mi się forma, w jakiej Hanna Kondratiuk serwuje czytelnikom Białoruś. Każdy kolejny tekst jest jak obrazek, wycinek rzeczywistości. Ta rzeczywistość ma swój specyficzny klimat, który mogłabym określić jako marazm pociągnięty grubą warstwą niebieskiej farby. Miłości, wbrew temu, co głosi podtytuł, nie odnalazłam.

Nie wiem czy jest to lektura, która porwałaby ludzi gdzieś w Polsce, bo w kwestii ocen – słyszałam tyle samo pochwał, co zarzutów wobec tekstów, zawartych w „Białorusi…”. Jednak znacznie istotniejsze aniżeli forma, wydaje mi się to, co pozostawia po sobie ta książka. Z mojej perspektywy – człowieka mieszkającego na Podlasiu czyli w bezpośredniej bliskości Białorusi, jest to pozycja bardzo ważna, bo mówiąca o tym kraju inaczej aniżeli w kontekście Łukaszenki, opozycji i, szeroko komentowanej, sytuacji politycznej. Oczywiście ten wątek gdzieś tam się przebija, ale nie jest dominujący. I chwała autorce za to! Białoruś to wciąż biała plama w świadomości Polaków, ten kierunek zupełnie nie istnieje w kontekście choćby tak prozaicznym jak miejsce wakacyjnych wyjazdów. Ludzie po tej stronie granicy (nie mówię o Podlasiu, bo tutaj „współobecność” Białorusi jest jakby naturalna) boją się trafić do rzeczywistości, będącej we władaniu tyrana. Miejsca, które odwiedziła Hanna Kondratiuk, choć często mocno naznaczone paradoksem, będącym następstwem ustroju politycznego, oraz absurdem noszącym miano prawa, to także bogata historia, kultura, tradycja, specyficzna mentalność, mieszkających tam ludzi. Wszystko to w rzeczywistości zostało jednak przysłonięte, przez silnie eksponowany w mediach wątek polityczny.

A tak całkiem prywatnie to po przeczytaniu tej książki ogarnął mnie wstyd – mieszkam rzut beretem od granicy polsko-białoruskiej, część mojej rodziny deklaruje silne związki z Białorusią, a ja właśnie uświadomiłam sobie ogrom mojej niewiedzy na temat naszych wschodnich sąsiadów. I właśnie po to warto było przeczytać „Białoruś…” – by tę białą plamę wypełnić.

A tak o „Miłości i marazmie” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Białoruś. Miłość i marazm

Autor: Hanna Kondratiuk

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-9-9

„księga strachów” – zbigniew nienacki

Czy ktoś jeszcze pamięta Pana Samochodzika? Ja sama muszę przyznać, że pamiętam, lecz obraz to raczej niewyraźny. W czasach mojego, tak zwanego dzieciństwa, Pan Samochodzik powoli odchodził do lamusa, a dla niektórych stawał się wręcz niewygodną pozostałością po poprzednim systemie. Zdarzyło mi się w życiu obejrzeć nawet jakieś ekranizacje przygód dzielnego pana Tomasza, ale, prawdę mówiąc, jako ośmiolatka wolałam czytać prozatorską wersję „Odysei” aniżeli historie detektywistyczne. Przewrotny los sprawił, że dziś sytuacja wygląda odwrotnie. Wracając jednak do Pana Samochodzika… na wiele lat zapomniałam o jego istnieniu, co jakiś czas telewizja publiczna, w ramach wypełniania dzieciom wakacyjnej nudy, emitowała film z serii „Pan Samochodzik i…”, co wywoływało we mnie dziwny… hmm… sentyment. I nagle, kiedy byłam już przekonana, że bohaterski pracownik muzeum został pogrzebany przez pamięć zbiorową, na mej drodze objawiła się indywidualna pamięć redakcyjnego kolegi Pawełka, wielkiego miłośnika książek o przygodach Pana Samochodzika. Od niego to właśnie, kilka lat temu, dostałam „Księgę strachów”.  Wówczas rzucona gdzieś w kąt z braku czasu, odnalazła się ostatnio, przy okazji porządkowania zawartości szafki. I tego właśnie było mi trzeba na tę paskudną jesień!

Z perspektywy czasu i przeczytanych książek, inaczej odbiera się pana Tomasza, a i zawartość „Księgi strachów” widzi się nieco szerzej niż tylko przez pryzmat zagadki, którą należy rozwiązać. „Księga strachów” łączy w sobie wszystko to, co w drugiej połowie lat 60. XX wieku, powinna zawierać każda, porządna książka dla dzieci i młodzieży. Jest zachęta do aktywnego wypoczynku na łonie natury, jest element promujący sport w postaci pana Tomasza trenującego dżudo i świetnej w tej dziedzinie ciotki Zenobii, jest „element antyzachodnioeuropejski”, bo na Zachodzie jest bardzo niebezpiecznie, grasują przestępcy, stąd ludzie zmuszeni są bronić się przy użyciu m. in. pistoletów gazowych, jest kompromitacja niemieckiego polityka, który okazuje się być zbrodniarzem wojennym, jest inwigilacja ze strony obcych elementów i dzielny polski kontrwywiad, jest tradycyjny podział ról w obozowisku, tzn. kobiety do garów, mężczyźni do rozkładania namiotów, no i nie zapominajmy o polskich służbach mundurowych, zawsze stojących na straży porządku i gotowych pomóc w każdej sytuacji. Swoją drogą czy ktoś z was pamięta, że Pan Samochodzik był inspektorem drogowym ORMO?  Żeby była jasność – to nie była krytyka tej książki, a raczej pochwała. Nienacki w „Księdze strachów” zamknął klimat tamtych czasów. Czyta się to świetnie, wątek kryminalny wciąga, choć miejscami rozwój wypadków, jest dość przewidywalny. Bawiłam się przy tym doskonale i szczerze polecam każdemu taką podróż w przeszłość.

„bastard” – andrzej dziurawiec

Brakowało mi już straszliwie dawki solidnego kryminału lub thrillera. Może dlatego, że kryminał i thriller to jedne z tych niewielu form literackich, które czytam, bo lubię, a nie dlatego, że muszę. Raz na jakiś czas robię więc sobie przerwę od wszystkiego i wchłaniam kryminalną zagadkę. Tym razem trafiłam na „Bastarda” i muszę przyznać – bawiłam się świetnie. Nie sposób zresztą się nie bawić, gdy sam język narracji wywołuje uśmiech na twarzy. Mieszanina ironii, dowcipu i tego czegoś, co sprawia, że choć obok trup ściele się gęsto, nie przytłacza czytelnika ponury nastrój. Jeśli miałabym być precyzyjna, to widać co prawda delikatną zmianę, jakby „spoważnienie” języka w ostatniej części książki, gdy główny bohater zbliża się do rozwiązania zagadki, ale nie wpływa to w sposób znaczący na wrażenie ogólne.

Trzeba też przyznać, że w tym thrillerze, było co rozwiązywać… wpływowy biznesmen, wielkie pieniądze, stara fabryka, kilka zabójstw (tu w roli głównej brzytwa), banda nazistów, historia sprzed lat, a do tego potomkowie Czyngis-Chana. Obrazu całości dopełniają dwaj nie znoszący się serdecznie policjanci – Szubert i  Szuman. Przyczyną ich wzajemnej niechęci jest kobieta – była Szuberta, obecna Szumana. Jedna i ta sama. Paradoksalnie jednak to ona wytwarza pomiędzy nimi niewidoczną niemal, szorstką, często brutalną nić porozumienia. Chociaż Szubert i Szuman stanowią duet niebanalny, to jeden z nich – Szubert gra w tej powieści pierwsze skrzypce – emeryt, legenda policji, bohater. Wynajęty, za okrągłą sumkę, przez tajemniczego biznesmena Salomona, dostaje zadanie – odszukać mordercę młodego archiwisty.

Cała historia jest dość zawiła, pojawiają się poboczne wątki, czytelnik stopniowo odkrywa kolejne fakty i powiązania, ale niemal do samego końca trudno jest wytypować mordercę. Czyta się świetnie! Książka napisana z fantazją i humorem – polecam bardzo:

 

http://wab.com.pl/?ECProduct=1556

„chyba za nami nie traficie” – jacek milewski

„Chyba za nami nie traficie” to już drugi zbiór opowiadań Jacka Milewskiego o Cyganach. A skoro drugi to porównywany do pierwszego („Dym się rozwiewa”), a skoro porównywany to wiadomo, że opinie są różne. Jedni chwalą, inni są rozczarowani. Ja póki co zdaję się na własny rozum i odczucia.

Przede wszystkim czytało mi się tę książkę lepiej niż „Dym…”, ale trudno właściwie orzec dlaczego lepiej. Na Cyganach to ja się teraz znam tak samo jak kilka lat wcześniej czyli wcale, a to oznacza, że nie mam kompetencji, by oceniać zbiór „Chyba za nami nie traficie” pod względem prawdziwości, tzn. nie umiem ocenić czy świat opisany przez Milewskiego jest światem prawdziwym. Nie mówię tu oczywiście o warstwie fabularnej, to są opowiadania, a więc fikcja literacka, chodzi mi o kulturę, obrzędy, obyczaje, sposób postrzegania świata – czy tak widzą świat Cyganie? Nie wiem. Sam autor jest uważany za jednego z najlepszych cyganologów w Polsce, więc przyjmuję, że i realia życia tej społeczności oddał wiernie.

Kiedy się pojawia książka o mniejszościach, a zwłaszcza o mniejszościach, które w świadomości większości społeczeństwa funkcjonują właściwie w oparciu o szczątkową wiedzę, a w głównej mierze w oparciu o stereotypy, pojawia się również u części czytelników oczekiwanie, że ta nowa publikacja owe stereotypy przełamie. Jeśli Milewski chciał coś przełamywać (a nie wydaje mi się) to zrobił to w sposób wyjątkowo subtelny. Nie wybielał swoich bohaterów, nie usprawiedliwiał, raczej starał się pokazać ich perspektywę, ich punkt widzenia.

W tym zbiorze pojawiły się teksty, które szczególnie mnie poruszyły, i którym, nie ukrywam nadałam wartość nadrzędną wobec innych. Jednym z nich jest „Dobranocka” – zaskakujące połączenie formy czyli historii opowiadanej dzieciom na dobranoc, z zupełnie niebajkową treścią, stanowiącą zakończenie opowieści (Niemcy dokonują pogromu Cyganów). Może staję się teraz zbyt patetyczna i uprawiam nadinterpretację, ale dla mnie to ważny głos, bo upominający się o miejsce Cyganów w historii, przypomnienie, że oni też byli ofiarami II wojny światowej.

Całość czyta się naprawdę dobrze, ale… No właśnie – jest ale, a nawet ALE. To ale, to opowiadanie „Bo im król zabronił”. Opowiadanie inne niż cała reszta. Właściwie nie wiem czy powinnam to w ogóle nazywać opowiadaniem, bo jest to raczej wysyp frustracji, ocena poczynań romskich działaczy, obnażenie głupoty i niekompetencji ludzi „na stołkach”. Choć taki głos, prowokujący dyskusję jest niewątpliwie potrzebny, mam wrażenie, że ta książka nie była właściwym miejscem do uzewnętrznienia się w tej kwestii. Ten jeden tekst wpływa bowiem zbyt mocno na odbiór całości, pozostawia swego rodzaju niesmak. Całe szczęście, że nie umieszczono go na końcu zbioru, bo wtedy zapamiętałabym głównie opis pseudopolitycznych przepychanek i walk o pieniądze, a „Chyba za nami nie traficie” to przecież o wiele, wiele więcej… Polecam:

http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/k3Ps/content/jacek-milewski-chyba-za-nami-nie-traficie

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1523

„powrót nauczyciela tańca” – henning mankell

To pierwszy, przeczytany przeze mnie, kryminał Mankella z innym bohaterem głównym niż Kurt Wallander i pewnie dlatego czytało się go nieco inaczej. Do tego po książkę sięgnęłam bezpośrednio po obejrzeniu I sezonu szwedzkiej wersji serialu „Wallander”, gdzie jednym z trojga głównych bohaterów jest Stefan Lindman. Tak się złożyło, że niejaki Stefan Lindman jest też głównym bohaterem „Powrotu…”. Mając w pamięci to, że w trzynastym odcinku serialu poznajemy tajemnicę Stefana, która doprowadza do jego tragicznej śmierci, przez pierwszych sto stron próbowałam zapomnieć, że czytam o nieboszczyku ;-). Na szczęście książka ma stron pięćset, więc w końcu dałam się wciągnąć.

Nie wiem czy jest sens próbować oceniać tę powieść, bo już samo nazwisko Mankell jest gwarancją doskonale skrojonego kryminału. Tym razem było podobnie – fascynująca historia, której początki sięgają II wojny światowej, świetnie napisana, trzymająca w napięciu niemal do ostatniej strony.

Niezwykle ciekawe wydaje mi się zjawisko, o którym mowa w „Powrocie…” – odrodzenie idei faszystowskich we współczesnym społeczeństwie, tak naprawdę nie tylko szwedzkim, choć właśnie na przykładzie Szwecji buduje swoją powieść Mankell. Nikogo chyba jednak przekonywać nie trzeba, że działalność grup neonazistowskich nie jest tylko wymysłem wyobraźni autora. On sam w posłowiu do „Powrotu…” pisze: (…) wśród zmyślonych przeze mnie zdarzeń jest ziarno prawdy. Taki właśnie miałem zamiar.

Mocną stroną powieści Mankella zawsze było łączenie we właściwych proporcjach wątku kryminalnego i osobistego, związanego z życiem bohatera. Ten schemat powtarza się także w „Powrocie…”. Stefana poznajemy w momencie, gdy dowiaduje się, że zdiagnozowano u niego nowotwór, cały jego świat wywraca się do góry nogami. Mężczyzna nie umie sobie poradzić z myślą, że w każdej chwili może umrzeć. Szukając sposobu na ucieczkę przed przygnębiającymi myślami, angażuje się w śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa, którego ofiarą pada były policjant i zarazem dawny kolega Stefana – Herbert Molin. W trakcie dochodzenia, Stefan odkrywa nie tylko niechlubną przeszłość ofiary, ale i nieznane mu wcześniej fakty z życia własnego ojca. Całość dość brutalna i mroczna, tradycyjnie już wpisana w surowy krajobraz Szwecji.

Mankell tworzy fikcję prawdopodobną i siła tego prawdopodobieństwa jest potężnym atutem jego prozy. W „Powrocie…” znalazłam jednak niedoskonałość na tym gruncie, moment, który wydał mi się przesadą. Cała opowieść jest naznaczona piętnem śmierci – policjant z nowotworem, wojenne zbrodnie, brutalne zabójstwo Molina i Anderssona… wszystko to układa się w logiczną całość. Jest tylko jeden element, który nie pasuje – moment, gdy świadek umiera śmiercią naturalną podczas przesłuchania. No tego już dla mnie za wiele!

Ale, poza tym jednym, drobnym incydentem, polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1130