„nocny deszcz” – andrzej wydmiński-wydma

Jerzy Plutowicz napisał o tej powieści jest produktem wyjątkowo oryginalnym. Ja odniosłam wrażenie, że jest produktem dziwnym. Zważywszy jednak, iż czasami dziwny jest równoznaczny z oryginalny, można przyjąć, że się z Plutowiczem zgadzam.

Odczucie dziwności ujawniło się już na poziomie próby sklasyfikowania „Nocnego deszczu”. Bo jeśli miał to być kryminał, to jest jakiś kulawy, niepełnowymiarowy, rozwiązywanie zagadki śmierci brata głównego bohatera odbywa się tak jakoś nijak, bez przekonania, po łebkach. Jeśli przyjmiemy, że miała to być opowieść o powrocie do szarej, polskiej rzeczywistości (główny bohater Artur przyjeżdża bowiem z tzw. Zachodu), projekt wydaje się znacznie bardziej udany, choć wówczas wątek kryminalny rozprasza uwagę czytelnika.

Niezwykle ciekawy jest język powieści Wydmińskiego – czytając, miałam wrażenie, że autor dążył do ograniczenia słów do minimum, jest w tym jakiś minimalizm, ale niezwykły, inny,  surowy… a czasami pośpiech, jakby ktoś chciał jak najszybciej tę historię z siebie wyrzucić.

Akcja powieści toczy się w latach 90. XX wieku, w tle można dostrzec wciąż silne echa PRL-u. Sam przyjazd do Polski po zaginięciu brata, jest dla Artura wyprawą w przeszłość, spotyka dawnych znajomych, odwiedza miejsca, w których spędził młodość. Jest przy tym, główny bohater, bardzo prawdziwy, zwyczajny, przeciętny, niemal szary tak, jak otaczająca go rzeczywistość.

Nie ma w tej powieści wielkiego „wow!”, daleka jestem od uczucia zachwytu po jej przeczytaniu, ale muszę przyznać, że jest w „Nocnym deszczu” coś intrygującego, nienazywalnego zupełnie, a jednak odczuwalnego gdzieś pod powierzchnią słów…jest w tym wszystkim jakaś prawda…

Polecam uwadze recenzję książki:

http://www.rp.pl/artykul/963617.html?print=tak&p=0

„miasto małe jak łza” – jerzy plutowicz

Chciałabym napisać coś bardzo mądrego o tym tomiku wierszy, ale nie potrafię pisać mądrze o poezji. Wiem natomiast, że „Miasto małe jak łza” to coś, obok czego nie można przejść obojętnie, więc napiszę niemądrze, głupio, sentymentalnie, czująco, napiszę jak umiem.

Przede wszystkim zacznę od kosmicznego stopnia trudności. To nie są wiersze typu – zakochałam się, to se skrobnę jak mi źle. To wiersze szorstkie, a przez to żywe, skomplikowane, wymagające skupienia i wielokrotnej lektury, lektury uważnej, wnikliwej, głębokiej. To taka poetycka próba uchwycenia upływającego czasu, zmian zachodzących we współczesnym świecie i emocji tym zmianom towarzyszących. Jak powiedział pewien mądry literaturoznawca z Uniwersytetu w Białymstoku – „Plutowicz pisze tylko o rzeczach ważnych”.

Nie rozumiem tych wierszy, ale mam w sobie głębokie przekonanie, że tej poezji Jerzego Plutowicza nie da się ogarnąć rozumem. Nie rozumiem, ale czuję. Po każdym wierszu czuję się tak, jakby ktoś przeorał mi duszę, wbił pług w nijaką z pozoru ziemię, by odwrócić skibę i odkryć jej nasyconą czerń, poczuć jej zapach, tak wyraźny zwłaszcza po deszczu łez, odkryć nieznane, nie dotknięte dotychczas, poruszyć, zasiać ziarno wrażliwości…

Niezwykłe było też spotkanie z autorem. Jerzy Plutowicz i jego poezja tworzą obraz niesamowicie spójny, właściwie stanowią jedność. Plutowicz jest poezją, jest jej ucieleśnieniem, żywą materią świadczącą, że poezja żyje. Małomówny introwertyk, którego każdy gest, każde słowo ma w sobie magię, ma w sobie szczerość, prostotę i dostojność zarazem.

Tych kilka zdań to jedyne, co mogę z siebie wykrzesać. Bo nie ma takich słów, które oddałyby w pełni to, co czuję. Nie da się opowiedzieć jak to jest, gdy pozwalasz cudzym słowom wniknąć w głąb duszy.

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/149483/miasto-male-jak-lza