„skrzydlata trumna” – marcin wroński

Musiałam jakoś odreagować złośliwy początek roku, a jak wiadomo nie ma nic lepszego na podły nastrój niż dobry kryminał. W takich sytuacjach sięgam po kolejne tomy przygód komisarza Maciejewskiego, by umysł mógł odpocząć.

Tym razem głównego bohatera spotykamy w 1936 roku. Zyga Maciejewski zostaje wezwany do Lubelskiej Wytwórni Samolotów, gdzie samobójstwo popełnia nocny stróż – Feliks Susek. Powód? Oficjalnie – zawód miłosny. Prosta zdawałoby się sprawa, wzbudza jednak podejrzenia komisarza, gdy orientuje się, że niektórym bardzo zależy na jej umorzeniu. Niebawem okazuje się, że doświadczony śledczy miał rację – przypadkiem odkrywa, że ciało rzekomego samobójcy… w rzeczywistości nie należy do Feliksa Suska.

Ciągu dalszego nie zdradzę, zdradzę jednak, że akcja powieści toczy się dwutorowo – śledztwo prowadzone w 1936 roku, przeplata Wroński obrazkami z roku 1945, gdy Zyga jest więziony i maltretowany przez „bezpieczniaka” majora Grabarza, próbującego zmusić komisarza do podpisania deklaracji współpracy. W celi Maciejewski spotyka mężczyznę, który pomoże mu „zakończyć” śledztwo sprzed lat.

Mocno obecna w tym tomie jest postać Róży Marczyńskiej – partnerki komisarza i – zaryzykuję to stwierdzenie – jedynej kobiety, jaką Maciejewski obdarzył uczuciem. Oprócz oficjalnie prowadzonych spraw, Zyga prowadzi własne śledztwo, chcąc doprowadzić do złapania ludzi odpowiedzialnych za handel narkotykami w Lublinie. Ta prywatna krucjata to skutek wcześniejszych problemów Róży – dziewczyna była uzależniona od morfiny.

( Z zaufaniem chyba jednak było krucho w tym związku, bo Zyga właściwie codziennie metodycznie „przeczesywał” mieszkanie w poszukiwaniu fiolek, mających być dowodem na to, że Marczyńska przegrała z nałogiem. )

Mocne strony powieści Wrońskiego to – tak jak w poprzednich tomach cyklu – solidna podstawa historyczna, plastyczność postaci i to, że całość jest niezwykle prawdopodobna. Gdybym usłyszała tę opowieść od leciwego komisarza policji – uwierzyłabym.

Tę książkę czyta się jednym tchem – o ile ma się czas. Ja nie miałam, więc czytałam w trzech podejściach i niestety nieco się gubiłam. Wybrany przez autora sposób narracji w tym przypadku nie pomagał, może dlatego „Skrzydlatą trumnę” kończyłam bez zachwytu. Niemniej jednak, wciąż mam ochotę na więcej.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Czwarty tom cyklu kryminalnego Marcina Wrońskiego! Lublin w odcieniach retro, przedwojenne i powojenne losy Zygi Maciejewskiego…
Jest 1936 rok, nocny stróż w Lubelskiej Wytwórni Samolotów Feliks Susek odbiera sobie życie na służbie. Jak donosi „Express Lubelski i Wołyński”, powodem desperackiego kroku jest nieodwzajemniona miłość denata do ponętnej krawcowej. Kiedy sprawa ma zostać umorzona, komisarz Maciejewski odkrywa, że ciało w trumnie nie należy do samobójcy. Rozpoczyna się mozolne śledztwo, które łączy pozornie niepowiązane ze sobą zdarzenia i postaci, a temperatura rośnie z każdą minutą. Czy policjantowi uda się połączyć wątki i rozwikłać mrożącą krew w żyłach tajemnicę? Na niektóre odpowiedzi będzie musiał zaczekać kilka lat, kiedy w 1945 roku w celi lubelskiego więzienia spotka ducha z przeszłości.
Fałszywi świadkowie, handlarze narkotyków, kłopotliwe znajomości – Lublin Wrońskiego to istne Sin City na słowiańską nutę. Komisarz Zygmunt Maciejewski będzie zmuszony nie tylko wniknąć w mroczną tkankę miasta, ale także zmierzyć się z własnym nałogiem, bólem i pożądaniem. W tle akompaniuje mu słynna berlińska śpiewaczka, Mathi Lirhen i złowrogie odgłosy nocnych ulic.

Auto: Marcin Wroński

Tytuł: Skrzydlata trumna

Wydawca: W.A.B.

Rok wydania: 2012

Oprawa: miękka

Ilość stron: 307

ISBN: 978-83-7747-645-1

Reklamy

„seks na kredyt, czyli jak dostać gratis” – hanna bakuła

Można Bakułę lubić, można nie, ale raczej trudno przejść obok niej obojętnie. „Seks na kredyt” to zbiór ironiczno-satyrycznych tekstów dotyczących relacji damsko-męskich, a właściwie głównie ich fizycznego aspektu. Bakuła okiem fachowca (czterech mężów, liczba kochanków nieznana) zerka do przeważnie polskich sypialni, by bezlitośnie obnażyć brak wyobraźni polskich mężów, przewidywalność „viagruszków” i ich niemal niepełnoletnich kochanek, znudzenie żon oraz uaktualnić listę męskich kompleksów.

Podobno nie mam poczucia humoru, pewnie dlatego owe wywody bawią mnie raczej średnio, częściej dziwią lub nużą, ale podejrzewam, że każdy, u kogo poziom poczucia humoru utrzymuje się na normalnym poziomie doceni nie tylko niewątpliwą inteligencję autorki, ale i jej cięty dowcip. Nie wiem tylko czy będzie do śmiechu tym, którzy w opisach Bakuły odnajdą fragmenty własnego życia (nie tylko seksualnego).

Swoją drogą niezwykle cenię u ludzi, w tym piszących, odwagę. Wynika z tego, że cenię Bakułę – mówi, co myśli. Śmiało, wprost, często dosadnie. Obce jest jej pojęcie poprawności (zwłaszcza politycznej), skrępowania czy wstydu. Jeśli więc szukacie książki z rodzaju „co w alkowie piszczy” – Bakułę polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis

Autor: Hanna Bakuła

Wydawca: Burda Książki

Data premiery: 2014-06-18

Ilość stron: 400

ISBN: 978-83-7778-690-1

„nocne zwierzęta” – patrycja pustkowiak

Pora zacząć literacki rok 2014. Na pierwszy ogień poszła pozycja z serii „archipelagi” wydawnictwa w.a.b., książkowy debiut Patrycji Pustkowiak.

Mam sporo pobłażliwości dla literackich debiutów, dla dzieł niewybitnych, za którymi stoi dwadzieścia lat czyjegoś życia, dla niedoskonałości upublicznionych, wynikających z wiary we własne zdolności, popartej szczerym uczuciem radości, jakiej dostarcza akt tworzenia… Wszystko rozumiem – chęci, potrzeby, pragnienia, ale nigdy nie zrozumiem jak ogólnopolskie wydawnictwo może wydać chłam (patrz  – Anna Janko „Pasja według św. Hanki”, Wydawnictwo Literackie, Kraków). Przez ponad 200 stron „Nocnych zwierząt” byłam przekonana, że mam do czynienia z kolejną literacką pomyłką, a „archipelagi” – seria trzymająca dotąd poziom, właśnie dotyka dna. Na szczęście mam też straszliwie uciążliwy zwyczaj czytania książek „od deski do deski”, dzięki czemu wiem, że „Nocne zwierzęta”, to książka, w której ostatni rozdział…, a po głębszym zastanowieniu – ostatni akapit, zmienia wszystko.

Za nic nie mogłam odnaleźć sensu w opisywaniu (kolejny raz) historii młodej kobiety mocno zaprzyjaźnionej z Jackiem Danielsem i kokainą. Ble, ble, ble… wszyscy już słyszeli o upadku człowieka, samoupodleniu i wszechobecnej samotności. Tyle, że coś jeszcze drzemie w tej opowieści…

Główna bohaterka Tamara Mortus to uosobienie kobiety upadłej, dawniej istoty fatalnej, czerpiącej z życia pełnymi garściami. Po latach wypełnionych poszukiwaniem mocnych, nie zawsze nocnych, wrażeń i ostatecznym ustaleniu co ją pociąga (alkohol i narkotyki – tak, seks – nie), Tamara dociera do martwego punktu – miejsca, gdzie uczucia związane z trwaniem w rzeczywistości funkcjonują jedynie w formie szczątkowej, bo też trwanie w rzeczywistości w takowej formie uprawia Tamara. Używki wyzwalają w niej zwierzęce instynkty, podsycane przez brutalne prawa rządzące, nurzającą się w kapitalizmie, cywilizacją. Nocą szczątki człowieczeństwa, zwierzęta w ludzkiej skórze, wychodzą na żer. Spragnione głębokich doznań, choć od dawna trwające w otępieniu, osobniki ruszają w miasto, by się zatracić.

Miasto… to mocny akcent w tej książce. Niby tło, ale jakieś takie żywotne, ruchliwe, oślizgłe, podstępne, kuszące labiryntem lokali, obezwładniające chorym oddechem, mające swoje tętno, do którego co wieczór dostraja się Tamara i jej podobni.

Ludzka natura ukazana w całej swej szkaradnej nagości. Polecam.

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1579

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Nocne zwierzęta

Autor: Patrycja Pustkowiak

Wydawnictwo: w.a.b.

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-956-8

„cevdet bej i synowie” – orhan pamuk

Nie znam się na tureckiej literaturze. Nigdy też nie byłam w Turcji. Chronię się przed światem w czterech ścianach, gdzie z lubością wsłuchuję się w ciszę, może dlatego nie podróżuję… bo w podróży zawsze jest się skazanym na drugiego człowieka. Jeśli chodzi o Turcję, to od kiedy pamiętam, wydawała mi się tłoczna… nie ma lepszego określenia, po prostu tłoczna, nie zatłoczona, a tłoczna właśnie. I nie chodzi tylko o ludzi, chodzi o wszystko, wszystkiego za dużo – kurzu, towarów, zdobień, stopni… Gdybym miała kiedykolwiek wyjechać gdzieś na dłużej to prawdopodobnie wybrałabym Szwecję albo Norwegię, zimną północ, która kojarzy mi się z samotnością, z surowym pięknem pustki. To chyba na tyle w kwestii stereotypowych wyobrażeń, wróćmy do literatury.

Do sięgnięcia po Orhana Pamuka (w sumie nawet nie wiem czy to się po naszemu odmienia) skłoniła mnie rozmowa z kolegą, który jako student spędził w Turcji trochę czasu. Gdy o tym opowiadał, w jego głosie słychać było prawdziwe emocje, szczery entuzjazm. Uświadomiłam sobie wówczas, że nie dość, że nic nie wiem o Turcji, Turkach, ich sposobie życia, obyczajach, religii, światopoglądzie, to w dodatku nie mam pojęcia o tureckiej literaturze. A skoro nie mam pojęcia, to nie mam też punktu odniesienia dla powieści „Cevdet Bej…”. Pozwolę więc sobie rzucić garść luźnych uwag…

Niedawno wspominałam, że z trudem znoszę teksty literackie, które są większe aniżeli pięćset stron, chyba, że jest dla tych pokaźnych rozmiarów jakieś uzasadnienie. „Cevdet Bej i synowie” ma ponad siedemset i zdecydowanie nie znajduję dla tych siedmiuset stron wystarczającego uzasadnienia. W ogóle to jedna z najdziwniejszych powieści, jakie czytałam, bo wzbudzająca we mnie skrajnie różne emocje. Z jednej strony sam tekst – długi, przegadany, z akcją ograniczoną do minimum, bohaterami, którzy z uporem maniaka zadają sobie, niemal wszyscy (!), takie same pytania. Z drugiej – arcyciekawy portret Turcji, zbudowany na bazie życiorysów przedstawicieli trzech pokoleń. Pamuk przez pryzmat życia jednostek ukazuje zmiany zachodzące w kraju, w społeczeństwie, w mentalności Turków w XX wieku. Jednym z głównych bohaterów jest Cevdet Bej – jeden z pierwszych muzułmańskich kupców w Stambule. To losy jego rodziny stanowią oś, wokół której opowiadane są historie innych ludzi, m. in. syna Cevdeta – Refika oraz wnuka Ahmeta. To, co łączy wszystkich bohaterów, to przedziwny niepokój, skłaniający ich do stawiania sobie pytań o sens życia.

Bohaterami są głównie mężczyźni, to ich oczami oglądamy świat. Jedyną znaczącą postacią kobiecą jest Nigân Hanym, żona Cevdeta Beja, a po śmierci męża przedstawicielka najstarszego pokolenia, seniorka rodu. Nawet jeśli w Turcji faktycznie panuje tak silny patriarchat, to zabrakło mi szerszego, kobiecego spojrzenia, bo to przedstawione w powieści wydaje mi się powierzchowne, ukazuje kobiety jako istoty nie mające ambicji albo nie mające prawa do ambicji, do dokonywania niezależnych wyborów. Jestem bardzo ciekawa, co miałaby do powiedzenia np. Ilknur, przyjaciółka Ahmeta i chyba jedyna kobieta, próbująca sama o sobie decydować.

Podsumowując – naprawdę dobra książka, choć dla cierpliwych. Pozostawia przesyt jeśli chodzi o formę i niedosyt, jeśli chodzi o treść.

Polecam uwadze:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/67307/cevdet-bej-i-synowie

„za wszystko trzeba płacić” – aleksandra marinina

Jak nie zanudzić czytelnika przez pół tysiąca stron? Odpowiedź na to pytanie zna niewielu pisarzy współczesnych, znali je także nieliczni tworzący w przeszłości. Ponad trzygodzinny film wykańcza mój system nerwowy, a ponad pięćset stron druku doprowadza do szału. Chyba, że te trzy godziny i pięćset stron mają jakieś uzasadnienie… A skoro już dobrnęliśmy do uzasadnień to jednym z tych odnoszących się do opasłych tomów jest nazwisko Marinina. „Za wszystko trzeba płacić” to kolejny już kryminał, którego bohaterką jest Nastia Kamieńska – funkcjonariuszka milicji, kobieta obdarzona niezwykłą intuicją i nieprzeciętną inteligencją, specjalistka od rozwiązywania kryminalnych zagadek.

Fabuła powieści, choć nieco zawiła, poprowadzona jest bardzo sprawnie, dzięki czemu udaje się uniknąć, tak uciążliwego dla czytelnika, sprawdzania kim jest opisywana właśnie osoba, bo choć pojawia się kolejny raz, to w gąszczu postaci nie sposób sobie przypomnieć.

Ciekawa jest niejednoznaczność postaci, nic tu nie jest czarne lub białe. Nastia, choć wzorowa funkcjonariuszka, decyduje się na współpracę z Denisowem wplątanym w działalność przestępczą, Denisow, mimo iż mafioso, ma swoje zasady czym budzi w czytelniku pewien szczególny rodzaj sympatii, Kola Saprin natomiast jest zabójcą, co nie przeszkadza mu być jednocześnie troskliwym bratem. Do tego tło w postaci Rosji lat 90. ubiegłego wieku – kraju niby postkomunistycznego, ale z wciąż silnymi śladami dawnego systemu, w postaci sprzedajnych funkcjonariuszy państwowych, mafijnej działalności bogaczy i ludzkiej mentalności. Wszystko połączone w doskonałych proporcjach, polecam więc bardzo na deszczowe, wrześniowe wieczory:

 

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1296

„czarownica z portobello” – paulo coelho

Już dawno tak bardzo nie chciało mi się pisać o przeczytanej książce. Tyle, że jeśli nie napiszę na ten temat choć kilku zdań, akt lektury wydaje mi się niepełny. Więc piszę…

„Czarownica z Portobello” to już moja kolejna próba zmierzenia się z fenomenem Paulo Coelho, a dokładniej kolejna próba zrozumienia tegoż fenomenu. Jak do tej pory, przypadła mi do gustu tylko jedna powieść tego autora, o ile dobrze pamiętam „Alef”. „Czarownica…” nie zmieniła tego stanu rzeczy.

Powieść jest historią młodej dziewczyny, jako dziecko zabranej z rumuńskiego sierocińca przez libańską parę. Kobieta u progu dorosłości rozpoczyna poszukiwania sensu własnego życia, odnajduje biologiczną matkę, odkrywa miłość do tańca, który pozwala jej wpadać w trans, poznaje tajemniczą Eddę, wierzącą w kult Wielkiej Matki… po drodze rodzi dziecko, rozbija cudzy związek i prowadzi przedziwne spotkania w Londynie, dzięki którym zyskuje sławę jako „czcicielka Szatana” i „czarownica z Portobello”.

Charakterystyczną cechą tej powieści jest polifoniczność. Narracja przybrała formę fragmentów wypowiedzi poszczególnych osób, związanych z główną bohaterką. Nie brak typowych dla Coelho słów kluczowych jak „nadzieja” czy banalnych „mądrości” w stylu Miłość nie jest nawykiem, zobowiązaniem ani długiem (…)miłość po prostu jest. Pseudoreligijny i pseudomistyczny bełkot.

Całość czyta się… hmm…szybko, ale jak mawia mój przyjaciel Jerzy „nic z tego nie wynika”. No może poza tym, że za druk i oprawę odpowiadały Białostockie Zakłady Graficzne. – przynajmniej ludzie mieli pracę. Nie polecam, ale jakby ktoś chciał:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/23305/czarownica-z-portobello

„trans” – manuela gretkowska

Siła literatury kobiecej polega na tym, że czytelniczki utożsamiają się, przynajmniej częściowo, z główną bohaterką. Odnajdują w jej fikcyjnym życiu własne, realne odczucia i emocje, podobne doświadczenia, te same pragnienia. W happy endach realizują się marzenia tysięcy kobiet o idealnym życiu, wielkiej miłości i samospełnieniu. A gdyby tak opowiedzieć o kobietach prawdę…?

Do „Transu” podeszłam sceptycznie, bo, choć już jakiś czas temu porzuciłam rozważania na temat tego gdzie się kończy Gretkowska – pisarka, a gdzie zaczyna Gretkowska – polityk, wciąż odczuwam dziwny niesmak na wspomnienie poczynań o zabarwieniu PR-owsko-politycznym tejże pani. Nie pociąga mnie też atmosfera skandalu i nie uważam, żeby wielokrotne użycie w tekście słowa „cipa” przełamywało tabu, którym dla części polskiego społeczeństwa jest seks. Odpuściłam więc sobie analizowanie obrazu emocjonalnie uszkodzonych przedstawicieli artystycznej bohemy, odpuściłam analizowanie języka i pozwoliłam sobie na luksus czucia.

Mechanizm jest ten sam, co w przypadku łzawych romansideł – wystarczy odnaleźć w życiu głównej bohaterki okruchy siebie. Tyle, że Gretkowska nie serwuje nam księcia z bajki polukrowanego szczęśliwym zakończeniem. Ukazuje życie z perspektywy całkiem przeciętnej dziewczyny przed trzydziestką, której niskobudżetowy świat zderza się z fizycznym uosobieniem idei Mistrza. Zafascynowana kobieta daje się omotać starszemu partnerowi, ogłupiona euforią traci zdolność obiektywnej oceny sytuacji, dla niego rezygnuje z dotychczasowego życia, porzuca ukochany Paryż, wraca do Polski, gdzie rzeczywistość wciąż wydaje się zbyt szara, zbyt ciasna i niewygodna, podejmuje pracę, którą „załatwił” jej Mistrz, dopasowuje swój rytm dnia do rytmu mentora. Pracuje, je, uprawia seks na skinienie palca swego Pana. Uzależniona od jego obecności nie potrafi już żyć własnym życiem. Nie ma już własnego życia. Nie ma prawa „być”.

Toksyczny związek Mistrza i Marysi prowokuje do postawienia sobie pytania o istotę uczucia powszechnie zwanego miłością. Czy chore uzależnienie to prawo młodości?

Jestem w tym samym wieku, co Marysia i czasami mam wrażenie, że ja też nareszcie wyrwałam się z transu…

Polecam uwadze: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/98324/trans

„wszystkie odcienie czerni” – ilona felicjańska

Na okładce tej książki, u góry, drukowanymi literami napisano THRILLER EROTYCZNY. I dobrze, że napisano, bo chociaż erotyczne to jest na pewno, to w sumie nie bardzo wiadomo co to jest. Zacznę więc od tego co pewne, od erotyki. Nie czuję się osobą kompetentną do wypowiadania się w kwestii literatury o silnym zabarwieniu erotycznym, ponieważ takowej nie czytuję. Pod tym względem książka Ilony Felicjańskiej stanowi dla mnie pewne novum, a jej czytanie było ciekawym literackim doświadczeniem.

Seksu jest tu sporo i to w różnych odsłonach, jest tradycyjnie, jest oralnie, analnie, jest i pozorowany gwałt, i seks grupowy – cała paleta możliwości, które główna bohaterka Anna, realizuje na żywo lub w sferze marzeń. Równie kolorowo, i to dosłownie, jest jeśli chodzi o partnerów – mąż, kochanek, przypadkowo spotkani mężczyźni, biali, czarny, żółty – niemal pełna gama kolorów, różnorodność w kwestii pochodzenia i statusu społecznego. O dyskryminacji nie ma więc mowy.

Słowo o głównej bohaterce. Anna pracuje w wydawnictwie, jest żoną wziętego prawnika, matką dwójki dzieci – niby taka przeciętna kobieta, z którą każda czytelniczka mogłaby się utożsamić, ale jakoś moich przyjaciółek nie stać na rozbijanie się po świecie, zwiedzanie japońskich klubów miłości, pływanie katamaranem, nie mówiąc już o tym, że nie mają mężów-bogatych prawników, jeszcze bogatszych kochanków i znajomych byłych szpiegów. Mnie też nie stać i też nie mam, więc mam za to pewien problem z utożsamieniem się z Anną, bardziej przypomina to serial „Dynastia” tyle, że uwspółcześniony i w wydaniu książkowym. No, ale wróćmy do Anny – często podkreśla, że choć nie ma już dwudziestu lat i urodziła dwójkę dzieci wciąż jest piękną, atrakcyjną i pożądaną kobietą. W jej związek wkrada się jednak rutyna, nuda i zobojętnienie, które sprawiają, że kobieta wdaje się w namiętny romans z Oskarem – seksownym, tajemniczym biznesmenem z mroczną przeszłością. Finał tej znajomości jest dość zaskakujący…

Jest też Paweł, mąż Anny, Polak o zapędach antysemickich, prawnik odnoszący sukcesy i coraz bardziej zaangażowany w sprawę koncernu farmaceutycznego, testującego nowy lek na AIDS, który to lek niestety zabija nie tylko wirusa, ale i nosiciela. Koncern jest klientem Pawła, którego wraz z kolejnymi niepokojącymi danymi o tysiącach ofiar w Afryce, gdzie testowano lek, dopadają coraz większe wyrzuty sumienia. W końcu mężczyzna chce nagłośnić sprawę, a to sprowadza na rodzinę Anny i Pawła poważne niebezpieczeństwo… i tutaj kończy się całkiem niezły początek dalej już całkiem kiepskiego thrillera. Dalej bowiem  mamy coraz bardziej banalne sceny rodem z hollywoodzkich filmów akcji – jest dramatyczna ucieczka, groźby, były szpieg (który teraz pisze książki), międzynarodowa afera, łapówki, powiązania, układy…itd. Oczywiście okazuje się, że wszyscy kłamią, są nie tymi, za których się podawali… ble ble ble i mamy happy end.

Co ciekawe autorka na skrzydełku okładki tej fascynującej lektury przyznaje: „W tej książce jest cząstka prawdy. Jak wielka? Tego nie powiem.”. Hmm… afera z koncernem farmaceutycznym jest raczej mało prawdopodobna, więc…

…gdybać jednak nie należy. Należy za to wspomnieć, że w całym tym kociołku, do którego autorka wrzuciła wszystko: intrygę, zdradę, seks, nietolerancję, dojrzewanie, perwersję, politykę, antysemityzm, rasizm, łapówkarstwo, kłamstwa, manipulacje, okraszając to wydarzeniami współczesnymi jak chociażby katastrofa samolotu prezydenckiego, jest coś, czemu warto przyjrzeć się bliżej. Oto pojawia się książka mówiąca o seksie z punktu widzenia kobiety. Mówiąca w dodatku dobitnie, mocno, wyraziście o tym, czego kobiety w Polsce się wstydzą, o czym nie umieją rozmawiać, co wciąż stanowi temat tabu – o własnej seksualności, o erotycznych fantazjach i marzeniach, o świństwach i perwersjach nigdy nie wypowiedzianych. Nie chcę się zastanawiać na ile była to prowokacja, na ile PR-owskie zagranie kobiety walczącej o utrzymanie statusu celebrytki, jak chcą niektórzy. Jeśli zadaniem tej książki było przełamanie wstydu i uświadomienie społeczeństwu, że panie mają pewne oczekiwania względem literatury kobiecej, że część z nich poszukuje w niej czegoś mocniejszego niż idealne uczucie, to myślę, że się udało. Nazwisko autorki gwarantuje bowiem „Wszystkim odcieniom czerni” zainteresowanie mediów.

Co do samej książki – paradoksalnie czyta się to całkiem przyzwoicie, szybko i bez większych problemów. Co do języka to uważam, że jest on charakterystyczny dla autora, jest jak podpis. Ilona Felicjańska podpisuje się „nagością”, „seksem”, „zdradą” i „członkiem”. I trzeba przyznać, że jest to podpis wyrazisty.

PS. Miałam okazję poznać Ilonę Felicjańską osobiście i muszę przyznać, że spotkanie z nią było bardzo miłym zaskoczeniem, głównie dzięki temu, że wbrew moim obawom, nie ma w sobie żadnego gwiazdorstwa. Jest miłą, niezwykle szczerą i bezpośrednią dziewczyną, a poznanie historii powstania „Wszystkich odcieni czerni” pomaga lepiej zrozumieć ten tekst i choć moja opinia na temat książki jest taka jaką widzicie powyżej, to życzę wszystkim, którzy ją przeczytają spotkania z Iloną. To najlepsze uzupełnienie tej opowieści – pouczające, zmieniające perspektywę i nadające samej książce nową wartość. Wartość, którą dać może tylko spotkanie z drugim człowiekiem.

gdy zwyczajna córka nie wystarcza…

Czasami mam poczucie ogromnych braków w edukacji, braków, które przychodzi mi uzupełniać samej, po omacku, bez narzędzi niezbędnych do właściwego odczytania świata. Stale mam poczucie braku czasu, powiększająca się lista tekstów nieprzeczytanych, wywołuje we mnie falę mdłości, krzyk w głowie „nie zdążę” rozsadza umysł, wbija szpilki pod paznokcie, pluje na niemoc oczu.

Dobrze jest od czasu do czasu oszukać czas, znaleźć coś, co nie traci na ważności, co się nie zdezaktualizuje w natłoku bodźców. Uciekając przed czującą częścią mnie trafiłam na wieś, tam w wiklinowej skrzynce odnalazłam stary numer „Wysokich obcasów”, a w nim tekst-wywiad z Aliną Świdowską, poruszający obraz relacji matka-córka. O tym jak trudno żyć z kobietą, która przede wszystkim była lekarką z getta, a matką jedynie bywała, choć bardzo nieudolnie. O samotności dziecka-dodatku do życia, zbędnego balastu, któremu z racji urodzenia się w czasach „niewojny” nie należy się dawka ciepła, uwagi, troski, nie należy się dawka zrozumienia.

Matką Aliny Świdowskiej była Adina Blady-Szwajger, lekarka z getta, współpracowniczka Marka Edelmana, autorka książki (którą postanowiłam zdobyć) pt. „I więcej nic nie pamiętam”.  W wywiadzie Alina Świdowska powiedziała o tej książce i o swojej matce: „Od początku wspomnienia mamy były dla mnie wspomnieniami o dzieciach, które strasznie kochała. Tak bardzo, że postanowiła zostać z nimi do końca, podać im morfinę, żeby je uratować z rąk Niemców, którzy zadaliby im okrutną śmierć”. Szokujące jest to pierwsze zdanie „o dzieciach, które strasznie kochała”… może tak bardzo, że nie starczyło jej miłości dla własnego dziecka? Choć nie sposób sobie wyobrazić piekła, jakim musiało być getto, trudno mi też pojąć dlaczego opowiada się własnej córce bajkę, że została znaleziona płacząca na śmietniku pod gazetą…. Może książka jest kluczem do zrozumienia. Wywiad polecam gorąco.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7529287,Zwyczajna_corka.html