„adelajda formalina” – barbara zofia chomko

Niepozorna książeczka, a nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że gdy pierwszy raz usłyszałam tytuł „Adelajda Formalina”, pomyślałam sobie, że to jakaś bajka dla dzieci. Właściwie różne rzeczy można o tej książce powiedzieć, ale dzieciom tej historii zdecydowanie nie polecam.

„Adelajda…” przez autorkę posłowia nazywana jest powieścią, ale przyznam szczerze, że dla mnie to opowiadanie podzielone na rozdziały. Tyle, że forma jest tu chyba najmniej istotna. Ważna jest treść.

Główną bohaterką jest tytułowa Adelajda, pracująca jako tanatopraktor(ka) czyli osoba zajmująca się przygotowaniem ciała do pogrzebu. Do prosektorium Adelajdy trafiają różni „klienci”: młoda samobójczyni w ciąży, skatowana przez rodziców dwuletnia dziewczynka czy stulatek Konstanty. Każdy z nich niesie za sobą jakąś historię – mniej lub bardziej dramatyczną, każda śmierć staje się jednocześnie pretekstem do mówienia o miłości.

Pierwsze strony były dla mnie czymś szokującym. Ten szok wywołała scena, w której ręka mężczyzny-nieboszczyka ociera o pośladki głównej bohaterki. W pierwszej chwili odczytałam ten obraz jako mający w sobie coś erotycznego i perwersyjnego, choć zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie jest to konsekwencja wychowania w kulturze, w której o śmierci mówi się z patosem, lękiem lub lekceważeniem ( w zależności od okoliczności), ale niemal nigdy z dystansem. Dystans do śmierci ma Adelajda. Główna bohaterka przyjęła filozofię, pozwalającą jej wykonywać swój zawód z niezwykłą pokorą – śmierć to nie koniec, to przejście do lepszego świata.

Jest w tej książce szczypta dydaktyzmu, zakamuflowana w opisach sposobu śmierci poszczególnych osób. Alkohol, przemoc, porzucenie, samotność – bolączki współczesnego człowieka obnażone zostają przy stole w prosektorium, które staje się miejscem podsumowań.

Adelajda do swojej pracy podchodzi z humorem, oswojona ze śmiercią, potrafi z niej żartować, może dlatego tak szybko godzi się z faktem, że jest następna w kolejce, gdy lekarze stwierdzają u niej białaczkę.

„Adelajda Formalina” to opowieść o śmierci, ale również opowieść o miłości, o różnych jej odmianach, w tym o miłości jedynej, największej, niepowtarzalnej – takiej, jaka przydarzyła się głównej bohaterce. I tu następuje zgrzyt, bo po tak niebanalnym ujęciu tematu trudnego, jakim jest śmierć, opis miłości wydaje się wyidealizowany, nienaturalny, wręcz bajkowy, a przez to płytki. Do tego uczuciowy trójkąt: On kocha ją, Ona kocha Innego, tyle, że Inny ją zostawił – telenowela nam się robi… Po świetnym początku, zakończenie nieco rozczarowuje. Prawda jest jednak taka, że to właśnie ten mocny, niebanalny, doprawiony humorem początek się zapamiętuje…

Podsumowując: łzy ocierałam ukradkiem dwa razy. Polecam uwadze.

Troszkę o autorce i samej książce w programie „Strefa książki”, emitowanym na antenie TVP Białystok.

Reklamy

„tęskniki” – joanna tołoczko

Tomik poezji…, a jak wiadomo na poezji to ja się nie znam. Wiem tylko, że się podoba albo nie podoba. Tyle, że w „Tęsknikach” trochę jest podobania, a trochę niepodobania. Bo ot takie sobie niby wierszyki, jakich wiele ukrytych jest w polskich szufladach. Ani wybitne ani fatalne, dalekie od skrajności. Nie porażają, nie zaskakują. Ktoś by rzekł nijakie… , ale wcale nie takie nijakie. To, co dla jednych jest nijakością, dla innych może być prawdą o życiu – często surowym, nieraz banalnym, prostym do bólu, choć tak skomplikowanym, pełnym uniesień, znaczonym wzlotami i upadkami, nasączonym emocjami. I takie są wiersze Joanny Tołoczko – proste, prawdziwe, szczere, choć miejscami właśnie banalne, gdzie indziej nieporadne… Mają w sobie jednak to coś, czego nazwać nie umiem. One krzyczą… najczęściej wykrzykują ból, bezmiar cierpienia, pustkę, samotność, śmierć. I te są najbardziej przejmujące. Przetkane gdzieniegdzie nadzieją, wiarą, miłością, choć odzwierciedlają stan ducha autorki, w rzeczywistości mogłyby być głosem tysięcy przeciętnych kobiet z ich marzeniami, troskami, lękami.

Jeśli mam być szczera, myślę, że te wiersze miałyby nikłą szansę, by zaistnieć gdzieś dalej w Polsce. Teraz wszystko jest produktem, który trzeba umieć sprzedać. A jak sprzedać zwyczajność, codzienność, łzy wylane w pustej sypialni, w tajemnicy przed światem?

Choć zdaję sobie sprawę, że literaturoznawcy mieliby pewnie mnóstwo „ale”, warto choćby zajrzeć do „Tęskników”. Kto wie, może gdzieś między wierszami odnajdziecie siebie…?

jak „zapomnieliska” sokrata janowicza mentalną burzę wywołały…

Już chyba wszyscy wiedzą, że nie lubię czytać poezji i tylko raz w życiu zdarzyło mi się czytać taką poezję, o której z pełną odpowiedzialnością mogę rzec, iż poruszyła mnie do głębi. Nie był to Miłosz, nie była Szymborska, nie był to także ks. Twardowski. Żadne z nich nigdy łzy wzruszenia ze mnie wycisnąć nie zdołało. Udała się ta sztuka białoruskiemu poecie z małej podhajnowskiej wsi. Wiktor Szwed, bo o nim mowa, uważany jest głównie za twórcę piszącego dla dzieci, mnie jednak urzekły jego wiersze „dorosłe”. Wiersze tak proste, że na pewnej konferencji naukowej, pewien Pan odmówił im prawa do miana literatury. Zapewne moje łzy wzruszenia stanowią mierny argument mający przemawiać za tym, że jest to twórczość pełnoprawna, ale niezależnie od zdania innych, to właśnie Wiktor Szwed jest dla mnie poetyckim uosobieniem bliskości człowieka z miejscem, naturą, kulturą, w której został wychowany. Jest też wciąż jedynym poetą, który umiał dotknąć mojej duszy…

Ale dosyć lirycznego roztkliwiania się. Skoro nie znoszę czytać poezji, to co ja mogę myśleć o prozie poetyckiej? No, chyba łatwo się domyśleć. Ani tego przeczytać, ani to zrozumieć… W ogóle wydaje mi się, że wszystko, co trąci poezją, trąci też egocentryzmem. Słowa się z człowieka po prostu wylewają i żaden autor głowy sobie nie zawraca czy ktoś inny będzie w stanie pojąć o co mu chodziło. W końcu nauka dała nam (odbiorcom) potężne narzędzie zwane interpretacją, która, jak głoszą znawcy tematu, jest dobra zawsze, pod warunkiem, że da się znaleźć potwierdzenie własnych wniosków w tekście.

Czasami jednak, nawet wybitnemu poetyckiemu sceptykowi (czyli mnie), zdarza się taki Szwed na przykład albo taki Janowicz i dzieje się we wszechświecie coś jak nadawanie na tej samej częstotliwości. Okazuje się, że nie musisz być literaturoznawcą, nie musisz nazywać elementów, którymi operują nadawcy komunikatu, nie musisz uzbrajać się w narzędzia, pozwalające ów komunikat odczytać, bo nosisz je w sobie. Po prostu trafiasz na taki przekaz, który odczytujesz i odczuwasz w sposób naturalny, nie naukowo, a po ludzku.

Czytając ostatnio „Książkę meldunkową” Jana Kamińskiego, zastanawiałam się dlaczego nie umiałam współodczuwać. Sądziłam, że chodzi o miejsce – terenów Gródka nie znam, to dla mnie obca przestrzeń. Po „Zapomnieliskach” Sokrata Janowicza rodzi się we mnie przekonanie, że nie o miejsce tu chodzi, bo przecież Krynki też są dla mnie tylko kropką na mapie. A jednak czuję. Każde słowo, każdy wers. Sposób, w jaki  patrzy na świat Janowicz w „Zapomnieliskach” jest do bólu wręcz znajomy. Przestrzeń przezeń malowana, choć obca fizycznie, jest przecież moja. Jest więc jakiś dziwnie magiczny sposób odczytywania rzeczywistości, który zapisany Ich ręką, trafia w najbardziej unerwiony punkt mojej pamięci i świadomości. Szwed, Androsiuk, Janowicz. Gdzie jest klucz? Co sprawia, że otwiera się wewnętrzna szuflada z ukrytą pod lnianym, wyszywanym ręcznikiem tęsknotą? Wiejskość? Tutejszość? Pamięć tego, co przeminęło? A może…