„seks na kredyt, czyli jak dostać gratis” – hanna bakuła

Można Bakułę lubić, można nie, ale raczej trudno przejść obok niej obojętnie. „Seks na kredyt” to zbiór ironiczno-satyrycznych tekstów dotyczących relacji damsko-męskich, a właściwie głównie ich fizycznego aspektu. Bakuła okiem fachowca (czterech mężów, liczba kochanków nieznana) zerka do przeważnie polskich sypialni, by bezlitośnie obnażyć brak wyobraźni polskich mężów, przewidywalność „viagruszków” i ich niemal niepełnoletnich kochanek, znudzenie żon oraz uaktualnić listę męskich kompleksów.

Podobno nie mam poczucia humoru, pewnie dlatego owe wywody bawią mnie raczej średnio, częściej dziwią lub nużą, ale podejrzewam, że każdy, u kogo poziom poczucia humoru utrzymuje się na normalnym poziomie doceni nie tylko niewątpliwą inteligencję autorki, ale i jej cięty dowcip. Nie wiem tylko czy będzie do śmiechu tym, którzy w opisach Bakuły odnajdą fragmenty własnego życia (nie tylko seksualnego).

Swoją drogą niezwykle cenię u ludzi, w tym piszących, odwagę. Wynika z tego, że cenię Bakułę – mówi, co myśli. Śmiało, wprost, często dosadnie. Obce jest jej pojęcie poprawności (zwłaszcza politycznej), skrępowania czy wstydu. Jeśli więc szukacie książki z rodzaju „co w alkowie piszczy” – Bakułę polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis

Autor: Hanna Bakuła

Wydawca: Burda Książki

Data premiery: 2014-06-18

Ilość stron: 400

ISBN: 978-83-7778-690-1

Reklamy

„cevdet bej i synowie” – orhan pamuk

Nie znam się na tureckiej literaturze. Nigdy też nie byłam w Turcji. Chronię się przed światem w czterech ścianach, gdzie z lubością wsłuchuję się w ciszę, może dlatego nie podróżuję… bo w podróży zawsze jest się skazanym na drugiego człowieka. Jeśli chodzi o Turcję, to od kiedy pamiętam, wydawała mi się tłoczna… nie ma lepszego określenia, po prostu tłoczna, nie zatłoczona, a tłoczna właśnie. I nie chodzi tylko o ludzi, chodzi o wszystko, wszystkiego za dużo – kurzu, towarów, zdobień, stopni… Gdybym miała kiedykolwiek wyjechać gdzieś na dłużej to prawdopodobnie wybrałabym Szwecję albo Norwegię, zimną północ, która kojarzy mi się z samotnością, z surowym pięknem pustki. To chyba na tyle w kwestii stereotypowych wyobrażeń, wróćmy do literatury.

Do sięgnięcia po Orhana Pamuka (w sumie nawet nie wiem czy to się po naszemu odmienia) skłoniła mnie rozmowa z kolegą, który jako student spędził w Turcji trochę czasu. Gdy o tym opowiadał, w jego głosie słychać było prawdziwe emocje, szczery entuzjazm. Uświadomiłam sobie wówczas, że nie dość, że nic nie wiem o Turcji, Turkach, ich sposobie życia, obyczajach, religii, światopoglądzie, to w dodatku nie mam pojęcia o tureckiej literaturze. A skoro nie mam pojęcia, to nie mam też punktu odniesienia dla powieści „Cevdet Bej…”. Pozwolę więc sobie rzucić garść luźnych uwag…

Niedawno wspominałam, że z trudem znoszę teksty literackie, które są większe aniżeli pięćset stron, chyba, że jest dla tych pokaźnych rozmiarów jakieś uzasadnienie. „Cevdet Bej i synowie” ma ponad siedemset i zdecydowanie nie znajduję dla tych siedmiuset stron wystarczającego uzasadnienia. W ogóle to jedna z najdziwniejszych powieści, jakie czytałam, bo wzbudzająca we mnie skrajnie różne emocje. Z jednej strony sam tekst – długi, przegadany, z akcją ograniczoną do minimum, bohaterami, którzy z uporem maniaka zadają sobie, niemal wszyscy (!), takie same pytania. Z drugiej – arcyciekawy portret Turcji, zbudowany na bazie życiorysów przedstawicieli trzech pokoleń. Pamuk przez pryzmat życia jednostek ukazuje zmiany zachodzące w kraju, w społeczeństwie, w mentalności Turków w XX wieku. Jednym z głównych bohaterów jest Cevdet Bej – jeden z pierwszych muzułmańskich kupców w Stambule. To losy jego rodziny stanowią oś, wokół której opowiadane są historie innych ludzi, m. in. syna Cevdeta – Refika oraz wnuka Ahmeta. To, co łączy wszystkich bohaterów, to przedziwny niepokój, skłaniający ich do stawiania sobie pytań o sens życia.

Bohaterami są głównie mężczyźni, to ich oczami oglądamy świat. Jedyną znaczącą postacią kobiecą jest Nigân Hanym, żona Cevdeta Beja, a po śmierci męża przedstawicielka najstarszego pokolenia, seniorka rodu. Nawet jeśli w Turcji faktycznie panuje tak silny patriarchat, to zabrakło mi szerszego, kobiecego spojrzenia, bo to przedstawione w powieści wydaje mi się powierzchowne, ukazuje kobiety jako istoty nie mające ambicji albo nie mające prawa do ambicji, do dokonywania niezależnych wyborów. Jestem bardzo ciekawa, co miałaby do powiedzenia np. Ilknur, przyjaciółka Ahmeta i chyba jedyna kobieta, próbująca sama o sobie decydować.

Podsumowując – naprawdę dobra książka, choć dla cierpliwych. Pozostawia przesyt jeśli chodzi o formę i niedosyt, jeśli chodzi o treść.

Polecam uwadze:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/67307/cevdet-bej-i-synowie