„nocne zwierzęta” – patrycja pustkowiak

Pora zacząć literacki rok 2014. Na pierwszy ogień poszła pozycja z serii „archipelagi” wydawnictwa w.a.b., książkowy debiut Patrycji Pustkowiak.

Mam sporo pobłażliwości dla literackich debiutów, dla dzieł niewybitnych, za którymi stoi dwadzieścia lat czyjegoś życia, dla niedoskonałości upublicznionych, wynikających z wiary we własne zdolności, popartej szczerym uczuciem radości, jakiej dostarcza akt tworzenia… Wszystko rozumiem – chęci, potrzeby, pragnienia, ale nigdy nie zrozumiem jak ogólnopolskie wydawnictwo może wydać chłam (patrz  – Anna Janko „Pasja według św. Hanki”, Wydawnictwo Literackie, Kraków). Przez ponad 200 stron „Nocnych zwierząt” byłam przekonana, że mam do czynienia z kolejną literacką pomyłką, a „archipelagi” – seria trzymająca dotąd poziom, właśnie dotyka dna. Na szczęście mam też straszliwie uciążliwy zwyczaj czytania książek „od deski do deski”, dzięki czemu wiem, że „Nocne zwierzęta”, to książka, w której ostatni rozdział…, a po głębszym zastanowieniu – ostatni akapit, zmienia wszystko.

Za nic nie mogłam odnaleźć sensu w opisywaniu (kolejny raz) historii młodej kobiety mocno zaprzyjaźnionej z Jackiem Danielsem i kokainą. Ble, ble, ble… wszyscy już słyszeli o upadku człowieka, samoupodleniu i wszechobecnej samotności. Tyle, że coś jeszcze drzemie w tej opowieści…

Główna bohaterka Tamara Mortus to uosobienie kobiety upadłej, dawniej istoty fatalnej, czerpiącej z życia pełnymi garściami. Po latach wypełnionych poszukiwaniem mocnych, nie zawsze nocnych, wrażeń i ostatecznym ustaleniu co ją pociąga (alkohol i narkotyki – tak, seks – nie), Tamara dociera do martwego punktu – miejsca, gdzie uczucia związane z trwaniem w rzeczywistości funkcjonują jedynie w formie szczątkowej, bo też trwanie w rzeczywistości w takowej formie uprawia Tamara. Używki wyzwalają w niej zwierzęce instynkty, podsycane przez brutalne prawa rządzące, nurzającą się w kapitalizmie, cywilizacją. Nocą szczątki człowieczeństwa, zwierzęta w ludzkiej skórze, wychodzą na żer. Spragnione głębokich doznań, choć od dawna trwające w otępieniu, osobniki ruszają w miasto, by się zatracić.

Miasto… to mocny akcent w tej książce. Niby tło, ale jakieś takie żywotne, ruchliwe, oślizgłe, podstępne, kuszące labiryntem lokali, obezwładniające chorym oddechem, mające swoje tętno, do którego co wieczór dostraja się Tamara i jej podobni.

Ludzka natura ukazana w całej swej szkaradnej nagości. Polecam.

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1579

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Nocne zwierzęta

Autor: Patrycja Pustkowiak

Wydawnictwo: w.a.b.

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-956-8

Reklamy

„listy z dolnego miasta” – krzysztof gedroyć

Zakochałam się w tej książce od… pierwszego listu. Zakochałam się nawet bardziej niż w „Piwonii…”, a może nie bardziej tylko po prostu inaczej. Nie da się tego zakochania doprecyzować, zamknąć w jakiejś formule, szufladzie, oprawić w ramki, tak jak nie da się stworzyć pełnego, zamkniętego opisu tej książki. „Listy…” bowiem przekraczają granice, rozdzielają, łączą, mieszają… Proza to niby, ale poezją pachnąca, że list napisane, ale takich listów nigdy w życiu nie widziałam. Tu niebo spotyka się z ziemią albo odwrotnie.

„Listy…” to podróż po mieście, mieście, które znam, w którym się wychowałam, gdzie nadal mieszkam. Czytając, rozpoznawałam charakterystyczne punkty, nazwy ulic. Zgadzały się opisy miejsc, a jednocześnie wszystko było jakby inne. Choć można tę książkę czytać z mapą w ręku, topografia jest jedynie punktem wyjścia dla głębszych rozważań o współczesności, problemach egzystencjalnych, o charakterze samego miasta i żyjących tu ludzi.

Chciałabym napisać więcej, ale brak mi słów. „Listy…” po prostu trzeba poczuć. Polecam bardzo:

http://www.wrotapodlasia.pl/pl/wywiady/gedroyc.htm

http://www.gedroyc.gv.pl/k3.html#listy

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/127192/listy-z-dolnego-miasta

„widma w mieście breslau” – marek krajewski

Mroczna Seria wydawnictwa W.A.B. to od lat gwarant dobrej, kryminalnej prozy. Dobrej tak bardzo, że jeśli bezpośrednio po przeczytaniu kryminału wydanego pod tym znakiem, sięga się po kryminał wydany przez kogo innego, to niemal na pewno skończy się to rozczarowaniem.

Lektura „Kina Venus” Marcina Wrońskiego nie zdołała zaspokoić mojego apetytu na dreszczyk emocji, więc by nie doświadczyć uczuć przykrych, zabrałam się za kolejną książkę z Mrocznej Serii – „Widma w mieście Breslau” Marka Krajewskiego.

Powieści Wrońskiego i Krajewskiego pod pewnymi względami są dość podobne – styl retro, miejskie tło, niepokorny policjant jako główny bohater, alkohol, prostytutki i morderstwa jako stałe niemal elementy krajobrazu. Wroński na miejsce akcji wybrał sobie Lublin, Krajewski – Wrocław. Obaj świetnie sobie radzą z wprowadzeniem czytelnika w niepowtarzalny klimat miast z okresu międzywojennego.

„Widma…” to dość mroczna i hmm… duchowa, można by rzec (będą seanse spirytystyczne, tajemnicze bractwo i wiara w starożytne bóstwa), odsłona przygód asystenta kryminalnego Eberharda Mocka. Wciągająca fabuła sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury, ale prócz wątku kryminalnego, równie ważna wydaje się opowieść o człowieku jako jednostce: zagubionej, samotnej, zdradzonej, rozpaczliwie poszukującej ciepła.

Mock to człowiek o wielu twarzach – surowy, czasami bezwzględny policjant, namiętny kochanek, czuły opiekun, troskliwy syn. Doświadcza skrajnych emocji, poznaje ciężkie jarzmo odpowiedzialności za śmierć drugiego człowieka, odkrywa w sobie zdolność do odczuwania miłości, choć walkę wciąż toczą w nim serce i rozsądek.

Chyba wszyscy bohaterowie „Widm…” to postaci bardzo prawdziwe, chciałoby się powiedzieć – z krwi i kości, niezwykle ludzcy przez swoje słabości, popełniane pomyłki, przez to, że autor dał im prawo do niedoskonałości.

Nie mam w zwyczaju zdradzać zakończenia, więc i tym razem tego nie zrobię. Powiem jedynie, że nie jest to finał w stylu Agathy Christie. Jest w tym zakończeniu pewien niepokój, prowokujący pytanie o to, kto jest faktycznym wygranym w „sprawie czterech marynarzy” (tak nazwała kryminalną zagadkę wrocławska opinia publiczna, gdyż śledztwo wszczęto po brutalnym morderstwie, którego ofiarami padli czterej mężczyźni, prawdopodobnie marynarze)? I czy śmierć to odpowiednia cena za sprawiedliwość?

Polecam bardzo: http://www.wab.com.pl/?ECProduct=383

„getto. bajka” – anna kościuk-suchocka

Kiedy słyszę słowo bajka, przypomina mi się natychmiast moja ulubiona, ta o Kopciuszku, którego z niedoli wybawia piękny książę. Kiedy słowo bajka słyszą dzisiaj dzieci, większość przytacza nieznane mi zupełnie tytuły japońskich seriali animowanych. Choć więc zmieniają się bajkowe postaci, unowocześnieniu ulegają stare opowieści i w ilościach hurtowych pojawiają się nowe, bajka pozostaje bajką – czy to na kartach książki czy to na ekranie telewizora, monitorze komputera czy jakiegoś innego ustrojstwa, co to się je teraz dzieciom przed oczy wpycha. No właśnie… dzieciom… bo nie wiedzieć czemu zakładamy, że odbiorcami bajki są dzieci. A gdyby tak stworzyć bajkę zupełnie nie dla dzieci? I nie, nie chodzi mi o to, o czym pomyślało teraz 90 % czytających ten tekst…

Tak się stało, że w ramach przygotowań do pracy, trafiłam na książkę Anny Kościuk-Suchockiej. Książkę, której już sam tytuł, będący dość oryginalnym zestawieniem słów, zaintrygował mnie niezmiernie. No bo muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się czytać bajek o getcie. Co prawda istniał w historii ludzkości, taki niechlubny okres, gdy wygłodzone żydowskie dzieci opowiadały sobie bajki o getcie, ale te wymyślane historie były przerażającą formą podkreślającą wynaturzenie człowieka. Ale dziś? XXI wiek, stan względnego (s)pokoju i nagle tytuł, który przyciąga uwagę: „Getto. Bajka”.

Nie tylko tytuł jest jednak uwagi godny. Cała historia jest dość dziwna, ale przez to oryginalna. Pewnego dnia, ludzkość przestała potrzebować bajek, więc wszelakiej maści bajkowe stwory trafiły do getta na obrzeżach miasta, gdzie opowiadają o swoich problemach, tęskniąc jednocześnie za znanym i nieznanym, uosobieniem dobra i zła, tęskniąc za poznaniem człowieka. Informacje dotyczące istot ludzkich są tak różne, że bajkowe stwory urządzają sąd nad Człowiekiem, przez którego znalazły się w zamknięciu, daleko od swoich rodzinnych bajek. Mimo sądu nie udaje im się odkryć prawdy o tej dziwnie niejednoznacznej istocie, dopóki ona sama nie zaczyna się pojawiać na terenie getta. W drugiej części książki, bajkowe postaci oswajają się z ludźmi, niektóre nawet się z nimi zaprzyjaźniają i te szczególne relacje zostają poddane różnego rodzaju próbom, boleśnie udowadniając jak słabym, płytkim i obojętnym stworzeniem potrafi być człowiek.

Jak na bajkę przystało jest i zakończenie, taki end, choć nie do końca wiadomo czy happy. Okazuje się, że ludzie i bajkowe stwory są sobie nawzajem niezbędne, ludzie uciekają przed światem realnym, w którym żyją, gdyż ich własne prawa nie pozwalają im zaznać spokoju i szczęścia, bohaterowie bajek są skłonni wybaczyć im odrzucenie, uczą Człowieka, czym jest oddanie, poświęcenie, przyjaźń i miłość. A ten cały obrazek trzymają w ramach prologu i epilogu Jezus i Szatan. Polecam:

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/130328/getto-bajka

„biały stok” – mira łuksza

Ja naprawdę jestem poetycko uszkodzona, tzn. mam uszkodzony jakiś receptor, pozwalający odczytywać poezję. Życie jednak ma to do siebie, że często zmusza nas do pokonywania słabości i barier wszelakich. Pokonałam więc i przeczytałam tomik poezji Miry Łukszy. No i doznałam rozdwojenia jaźni. Pojawiły mi się w głowie momentalnie dwa rodzaje myśli, dwa odczytania, dwoistość w umyśle mi zakiełkowała.

Mira Łuksza pochodzi z Podlasia i o Podlasiu pisze. Zazwyczaj tworzy w języku białoruskim, ale tym razem stworzyła po polsku. Dwoistość w moim umyśle zdaje się nie być przypadkowa, bo wystarczy spojrzeć na spis treści, by zrozumieć, że w „Białym stoku” znajdziemy utwory zarówno dotyczące samej stolicy Podlasia, jak i regionu. Większość to miniaturowe obrazki, słowem malowane pejzaże miejsc widziane przez pryzmat człowieka. To, co dostępne ogółowi w postaci konkretnego punktu na mapie, autorka pokryła mgiełką własnych wspomnień, skojarzeń, odczuć, nałożyła na owe punkty siatkę utkaną z pamięci o ludziach jej bliskich. Stworzyła w ten sposób wrażenie intymności, bliskości, więzi z miejscem.

Przewijają się przez kartki „Białego stoku” ulice miasta i małe wsie, pojawiają się imiona i nazwiska – nieznane i rozpoznawalne. Trudny to tomik. Trudno mi znaleźć granicę, po przekroczeniu której uczucia poetki zaczynają być moje. Kolejna dwoistość – autor i czytelnik. Tę podwójność wszechobecną można wskazać, można wyróżnić i nazwać, ale nie można rozdzielić – ogólne i prywatne, białostockie i regionalne, polskie i białoruskie, jej i moje… Podlasie.

 

Do poczytania:

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121124/OBSERWATOR/121129725

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130227/REGION05/130229677

Do obejrzenia:

http://www.tvp.pl/bialystok/mniejszosci/tydzien-bialoruski/wideo/17022013/10099071