jak „zapomnieliska” sokrata janowicza mentalną burzę wywołały…

Już chyba wszyscy wiedzą, że nie lubię czytać poezji i tylko raz w życiu zdarzyło mi się czytać taką poezję, o której z pełną odpowiedzialnością mogę rzec, iż poruszyła mnie do głębi. Nie był to Miłosz, nie była Szymborska, nie był to także ks. Twardowski. Żadne z nich nigdy łzy wzruszenia ze mnie wycisnąć nie zdołało. Udała się ta sztuka białoruskiemu poecie z małej podhajnowskiej wsi. Wiktor Szwed, bo o nim mowa, uważany jest głównie za twórcę piszącego dla dzieci, mnie jednak urzekły jego wiersze „dorosłe”. Wiersze tak proste, że na pewnej konferencji naukowej, pewien Pan odmówił im prawa do miana literatury. Zapewne moje łzy wzruszenia stanowią mierny argument mający przemawiać za tym, że jest to twórczość pełnoprawna, ale niezależnie od zdania innych, to właśnie Wiktor Szwed jest dla mnie poetyckim uosobieniem bliskości człowieka z miejscem, naturą, kulturą, w której został wychowany. Jest też wciąż jedynym poetą, który umiał dotknąć mojej duszy…

Ale dosyć lirycznego roztkliwiania się. Skoro nie znoszę czytać poezji, to co ja mogę myśleć o prozie poetyckiej? No, chyba łatwo się domyśleć. Ani tego przeczytać, ani to zrozumieć… W ogóle wydaje mi się, że wszystko, co trąci poezją, trąci też egocentryzmem. Słowa się z człowieka po prostu wylewają i żaden autor głowy sobie nie zawraca czy ktoś inny będzie w stanie pojąć o co mu chodziło. W końcu nauka dała nam (odbiorcom) potężne narzędzie zwane interpretacją, która, jak głoszą znawcy tematu, jest dobra zawsze, pod warunkiem, że da się znaleźć potwierdzenie własnych wniosków w tekście.

Czasami jednak, nawet wybitnemu poetyckiemu sceptykowi (czyli mnie), zdarza się taki Szwed na przykład albo taki Janowicz i dzieje się we wszechświecie coś jak nadawanie na tej samej częstotliwości. Okazuje się, że nie musisz być literaturoznawcą, nie musisz nazywać elementów, którymi operują nadawcy komunikatu, nie musisz uzbrajać się w narzędzia, pozwalające ów komunikat odczytać, bo nosisz je w sobie. Po prostu trafiasz na taki przekaz, który odczytujesz i odczuwasz w sposób naturalny, nie naukowo, a po ludzku.

Czytając ostatnio „Książkę meldunkową” Jana Kamińskiego, zastanawiałam się dlaczego nie umiałam współodczuwać. Sądziłam, że chodzi o miejsce – terenów Gródka nie znam, to dla mnie obca przestrzeń. Po „Zapomnieliskach” Sokrata Janowicza rodzi się we mnie przekonanie, że nie o miejsce tu chodzi, bo przecież Krynki też są dla mnie tylko kropką na mapie. A jednak czuję. Każde słowo, każdy wers. Sposób, w jaki  patrzy na świat Janowicz w „Zapomnieliskach” jest do bólu wręcz znajomy. Przestrzeń przezeń malowana, choć obca fizycznie, jest przecież moja. Jest więc jakiś dziwnie magiczny sposób odczytywania rzeczywistości, który zapisany Ich ręką, trafia w najbardziej unerwiony punkt mojej pamięci i świadomości. Szwed, Androsiuk, Janowicz. Gdzie jest klucz? Co sprawia, że otwiera się wewnętrzna szuflada z ukrytą pod lnianym, wyszywanym ręcznikiem tęsknotą? Wiejskość? Tutejszość? Pamięć tego, co przeminęło? A może…

Reklamy

„książka meldunkowa” – jan kamiński

Wspominałam już kilkakrotnie co to ja myślę o czytaniu książek, które czytają wszyscy. Choć zdaję sobie sprawę, że stanowcze nie-sięganie po aktualne bestsellery prawdopodobnie skazuje mnie na towarzyskie wykluczenie w pewnych kręgach, z pokorą przyjmuję tę konsekwencję własnego wyboru. Pisałam nie tak znowuż dawno o książce Androsiuka „Biały koń”, którą swego czasu zaczytywał się literacki, literaturoznawczy i kulturalny Białystok. W tym samym czasie zaczytywał się równie mocno, o ile nie bardziej „Książką meldunkową” Jana Kamińskiego, tyle, że o ile czytanie Androsiuka przełożyłam sobie na później z premedytacją, o tyle czytanie „Książki meldunkowej” przekładało mi się samo. W białostockich księgarniach zabrakło, w białostockich bibliotekach też dla wszystkich chętnych nie starczało. W końcu udało mi się ją, po ponad roku polowań, wypożyczyć, a ku mej wielkiej radości również i nabyć na targach książki. Tyle, że mimo upływu czasu, „problem” popularności książki nie zniknął. Napisali już o niej chyba wszyscy, którzy mieli i nie mieli coś/nic sensownego do napisania (oczywiście nie przeczytałam nic, bo wolę sobie sama zdanie wyrobić niż ulegać kuszącym sugestiom białostockich mediów), mądre głowy nagrodziły wielkie dzieło, a mistrzowie pióra ( w tej roli Ignacy Karpowicz i Piotr Brysacz) opatrzyli książkę odpowiednim komentarzem, skwapliwie przez wydawcę umieszczonym na okładce (cholera! tego już nie sposób było ominąć). No i co ja mam niby teraz mądrego napisać, gdy ciągnie ta „Książka meldunkowa” za sobą jarzmo literatury oryginalnej, wielkiej, ciekawej? No krótko mówiąc, szlag by to trafił, dzieło wybitne!

Całe jednak szczęście, że przynajmniej teoretycznie, mamy jeszcze w tym kraju coś takiego jak prawo do posiadania własnego zdania. Całe szczęście ludzkość wymyśliła blogi, by móc swobodnie owo własne zdanie publicznie ogłosić. Ogłaszam więc, że nie mam pojęcia, co mam napisać o tej książce, bo nie przychodzi mi do głowy absolutnie żadne określenie. Sam pomysł jest dosyć prosty – wielogłos ujęty w klamrę kompozycyjną, dla którego wyznacznikiem porządku i inicjatorem istnienia staje się odnaleziona po latach książka meldunkowa. Narracja płynnie przechodzi z ust do ust kolejnych, figurujących w owej książce postaci, co pozwala czytelnikowi oglądać opisywany świat z różnych perspektyw. Choć przywoływane historie dzieją się głównie na Podlasiu, a w tle przewijają się nazwy miejscowości, pozwalające nawet ulokować tę magiczną krainę na mapie, wyłania się z powieści Kamińskiego obraz Podlasia zupełnie mi nieznanego, obcego, tak bardzo innego od tego wszystkiego, czego udało mi się przez całe moje życie doświadczyć. Można by spróbować tłumaczyć to czasem akcji, ale i Androsiuk sięgał do tych punktów w przeszłości, które znam jedynie z relacji starszych członków rodziny. Jak to więc jest, że słowa Androsiuka współodczuwam, a słów Kamińskiego nie czuję? Myślę, że chodzi o miejsce, fizycznie obecną przestrzeń – okolice Gródka są mi zupełnie nieznane, stąd ten odbiór bez angażowania emocji. Z drugiej strony nie można odmówić Kamińskiemu prawdy o Podlasiu, którą przemyca na kartach swojej książki. Jest i głęboka wiara nie stojąca w sprzeczności z katowaniem własnego dziecka, i odwieczny konflikt na linii polsko-ruskiej (kacapów ci u nas dostatek), i postęp wymieszany z zabobonem, i strach w parze z fascynacją, gdy pojawiało się nowe, nieznane, jest sfera intymna i ta ogólnodostępna.  Wszystko okraszone solidną dawką humoru, a  nierzadko dosadnym słownictwem. Całość często śmieszna, czasami straszna.

Jest jednak coś, co stanowi niepodważalną wartość tej książki, niezależnie od tego czy jest to fikcja literacka w czystej postaci czy też historia przetykana wątkami autobiograficznymi – „Książka meldunkowa” ocala od zapomnienia świat, którego już nie ma… a to najpiękniejszy prezent jaki jako czytelnik i człowiek stąd, mogłam otrzymać. Polecam bardzo:

http://fundacja-sasiedzi.org.pl/wydawnictwa.html?start=5

„last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” – szymon hołownia

Jak już wspominałam, bodajże przy okazji Androsiuka, mam tak skonstruowany umysł, że nie czytam tego, co wszyscy, chyba, że muszę. A już na pewno nie sięgam z własnej woli po coś, co zostało stworzone ręką kogoś o statusie celebryty. Długo udawało mi się unikać czytania Szymona Hołowni, nie dlatego, że nie lubię, a dlatego, że celebrytą jest, czemu zaprzeczyć nie sposób. W końcu jednak dłużej się nie dało, w ramach wypełniania obowiązków służbowych nabyłam książkę, poszłam na spotkanie autorskie, po czym zaczęłam czytać…

Nie mam nic przeciwko religii, choć Boga w literaturze nie lubię, akceptuję fakt, że jest w ludziach potrzeba pisania o wierze, religii, doświadczeniach duchowych itp. Poza tym sięgając po książkę z „chrześcijaństwem” w tytule, trudno spodziewać się, że tematów wyżej wymienionych uda się uniknąć. Nie mam też nic przeciwko katolicyzmowi (ani jakiemukolwiek innemu wyznaniu, o ile nie wpycha się z buciorami w moje życie), całe życie spędziłam w kraju uważanym za katolicki, wśród przyjaciół katolików i żyje mi się nawet całkiem przyjemnie, choć sama katoliczką nie jestem. Przyznać jednak muszę, że kiedy wstęp książki zaczyna się słowami: „Napisałem tę książkę po to, by przeciętny polski katolik…” to mam ochotę zakończyć lekturę zanim ją rozpocznę. Przemogłam się jednak, przez wstęp przebrnęłam, do treści właściwej dotarłam.

A tam… zbiór wywiadów, z ludźmi z całego świata. Pierwsze mnie nudziły, choć im dalej brnęłam, tym łatwiej było mi wyciszyć antycelebryckie uprzedzenia i niesmak popierwszozdaniowy. Całkiem szybko, bo w okolicach księgarza-świra z Guam, zaczęło być ciekawie, przy Kasisi się popłakałam, a przy Bussy-en-Othe zaczęłam odnajdywać znajome emocje.

Każdy z tych wywiadów jest inny, światopogląd rozmówców autora to cała dostępna paleta barw. Łączy ich jedno – są związani z chrześcijaństwem, działają na rzecz jego rozwoju, choć w zależności od miejsca i własnych przekonań, czynią to w sposób od standardowego, znanego Polakom jak wspólna modlitwa, po zupełnie abstrakcyjny w naszym kraju, jak opracowywanie alfabetu dla języka, którym posługuje się kilkaset osób. Hołownia poprzez rozmowy, ukazuje, nieraz skrajnie różne, odcienie chrześcijaństwa. Tło dla tych rozmów, stanowią opisy sposobu życia ludzi w danym miejscu na świecie, ich mentalności, postrzegania rzeczywistości, dotykających ich problemów, jest to więc podróż, pozwalająca odkryć jak chrześcijaństwo funkcjonuje w różnych zakątkach ziemi. Całość okraszona jest obserwacjami poczynionymi przez autora, ale też jego własnymi przeżyciami, emocjami.

Wnioski po lekturze nasuwają się same: Polacy powinni poważnie zastanowić się nad znaczeniem słowa chrześcijaństwo. Prawdę powiedziawszy dochodzę nawet do wniosku, że najwyższa pora zacząć się wstydzić tego jaką formę chrześcijaństwo przybrało w Polsce, bo rasizm, antysemityzm, brak poszanowania dla jakiejkolwiek formy inności w mentalności sporej grupy tzw. „prawdziwych Polaków” wciąż nie stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. I to dopiero jest chore!

A książkę gorąco polecam, choć celebryta napisał ;-):

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3523,Last-minute