„trans” – manuela gretkowska

Siła literatury kobiecej polega na tym, że czytelniczki utożsamiają się, przynajmniej częściowo, z główną bohaterką. Odnajdują w jej fikcyjnym życiu własne, realne odczucia i emocje, podobne doświadczenia, te same pragnienia. W happy endach realizują się marzenia tysięcy kobiet o idealnym życiu, wielkiej miłości i samospełnieniu. A gdyby tak opowiedzieć o kobietach prawdę…?

Do „Transu” podeszłam sceptycznie, bo, choć już jakiś czas temu porzuciłam rozważania na temat tego gdzie się kończy Gretkowska – pisarka, a gdzie zaczyna Gretkowska – polityk, wciąż odczuwam dziwny niesmak na wspomnienie poczynań o zabarwieniu PR-owsko-politycznym tejże pani. Nie pociąga mnie też atmosfera skandalu i nie uważam, żeby wielokrotne użycie w tekście słowa „cipa” przełamywało tabu, którym dla części polskiego społeczeństwa jest seks. Odpuściłam więc sobie analizowanie obrazu emocjonalnie uszkodzonych przedstawicieli artystycznej bohemy, odpuściłam analizowanie języka i pozwoliłam sobie na luksus czucia.

Mechanizm jest ten sam, co w przypadku łzawych romansideł – wystarczy odnaleźć w życiu głównej bohaterki okruchy siebie. Tyle, że Gretkowska nie serwuje nam księcia z bajki polukrowanego szczęśliwym zakończeniem. Ukazuje życie z perspektywy całkiem przeciętnej dziewczyny przed trzydziestką, której niskobudżetowy świat zderza się z fizycznym uosobieniem idei Mistrza. Zafascynowana kobieta daje się omotać starszemu partnerowi, ogłupiona euforią traci zdolność obiektywnej oceny sytuacji, dla niego rezygnuje z dotychczasowego życia, porzuca ukochany Paryż, wraca do Polski, gdzie rzeczywistość wciąż wydaje się zbyt szara, zbyt ciasna i niewygodna, podejmuje pracę, którą „załatwił” jej Mistrz, dopasowuje swój rytm dnia do rytmu mentora. Pracuje, je, uprawia seks na skinienie palca swego Pana. Uzależniona od jego obecności nie potrafi już żyć własnym życiem. Nie ma już własnego życia. Nie ma prawa „być”.

Toksyczny związek Mistrza i Marysi prowokuje do postawienia sobie pytania o istotę uczucia powszechnie zwanego miłością. Czy chore uzależnienie to prawo młodości?

Jestem w tym samym wieku, co Marysia i czasami mam wrażenie, że ja też nareszcie wyrwałam się z transu…

Polecam uwadze: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/98324/trans

Reklamy

„assassin’s creed objawienia” – oliver bowden

Swoją przygodę z książkami z serii “Assassin’s Creed” zaczęłam troszkę przypadkiem i nie z własnej woli. Po przeczytaniu pierwszej części „Renesansu” przyjęłam, że zakładany odbiorca nie jest ambitny, jest za to fanem gier komputerowych, więc przeczyta tę książkę z uśmiechem. Na wszelkie niedoskonałości przymknęłam oko, tłumacząc sobie, że i takie lektury są potrzebne. Potem pojawiło się „Bractwo” – część druga i zarazem kontynuacja losów Ezia Auditore da Firenze. Utrzymana w tym samym klimacie, równie mało ambitna, ale skoro już przyjęłam, że nie o ambicję tu chodzi, to niech będzie. Przyszła jednak część trzecia „Tajemna krucjata” (i wcale nie kontynuacja losów Ezia), przy której wyczerpała się moja cierpliwość w stosunku do tej serii: koszmarna książka, koszmarnie napisana. Bo czy to gust czytelniczy mi się wyostrzył czy może język, nagle straciłam wszelką tolerancję dla banału, głupoty i bezmyślnego nadużywania krwi na kartach powieści.

Kiedy więc pojawiła się część czwarta, załamałam ręce, ale że kieruję się w życiu prostą zasadą „trzeba poznać, by ocenić” – cierpliwie przeczytałam. I werdykt brzmi – jest to najlepsza z czterech części „Assassin’s Creed”. Przede wszystkim nieporównywalnie lepszy język, styl, sposób narracji, któremu nareszcie bliżej do ksiązki niż gry komputerowej. Tak jak w poprzednich przypadkach, nie jest to lektura ambitna, bo gdyby to jakoś sklasyfikować nazwałabym tę historię typową przygodówką. Ale jest i tajemnica, i romans, i przyjaźń i zakończenie, które podnosi wartość tej książki w moich oczach. Po trzech tomach bijatyk, rozlewu krwi, agresji, główny bohater u kresu życia odkrywa co tak naprawdę ma wartość, co sprawia mu radość, pozwala odczuwać szczęście.

Jest w tym czwartym tomie sporo nawiązań do poprzednich części, więc pewnie trudno by mi było sprawnie się poruszać w tym gąszczu przygód i wspomnień bez ich znajomości – to z kolei sprawia, że każdy potencjalny czytelnik powinien rozważyć czy faktycznie chce poświęcić swój czas na przebrnięcie przez grubo ponad tysiąc stron, by dotrzeć do satysfakcjonującego finału.

Nadal nie jestem fanką tego typu powieści, etykietka „na podstawie gry” już pewnie zawsze będzie wzbudzała we mnie obawy, ale ten świat jest piękny przez swoją różnorodność, z niej możemy czerpać i wybierać, ona pomaga nam stworzyć własne wzorce tego, co piękne i wartościowe, więc cieszę się, że przytrafiła mi się ta czterotomowa podróż z Asasynami – pozwoliła ukształtować gust i nauczyć się wyrażać krytykę.

http://www.insignis.pl/book/index/67/Assassin-s-Creed–Objawienia.html