„prawda” – michael palin

Lektura lekka, łatwa i całkiem przyjemna. Czyta się właściwie… migiem. Historia niezbyt wymyślna i dość przewidywalna. Głównym bohaterem jest Keith Mabbut, dziennikarz aspirujący do miana pisarza, przeciętny człowiek z przeciętnymi problemami. Keith boryka się z brakiem pieniędzy i swoim artystycznym niespełnieniem, jego relacje z synem najlepiej określa słowo „trudne”, żona chce rozwodu, a on sam podejmuje nieudolną próbę zainteresowania swoją osobą kobiety, w której widzi potencjalną towarzyszkę życia. Propozycja napisania biografii znanego ekologa Hamisha Melville’a sprawia, że nagle życie Mabbuta nabiera tempa. W pogoni za, unikającym dziennikarzy jak ognia, Hamishem, Keith trafia do Indii. Wyprawa okazuje się być jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu. Na własne oczy ogląda zagładę świata miejscowych plemion i coraz bardziej angażuje się w kwestie ochrony środowiska naturalnego. Tyle, że bohater ksiązki Mabbuta wcale nie jest święty, ma na swoim koncie mniejsze i większe grzeszki, a wydawcy coraz natarczywiej domagają się ukazania ciemnej natury Hamisha Melville’a.

Fabuła idealnie nadająca się do ekranizacji, ale obawiam się, że jeśli kiedykolwiek powstanie na podstawie „Prawdy” film, to będzie jedynie kolejną produkcją przygodowo-sensacyjną, ani dobrą, ani złą.

Warto zaznaczyć, że w książce znajdziemy wątek polski w postaci dość charakternej (moim zdaniem) żony głównego bohatera – Krystyny. Nie zabrakło też dylematów moralnych z kategorii „mieć czy być?”, jest polityka, biznes i duże pieniądze, naiwna wiara w ideały i przemiana głównego bohatera. Krótko mówiąc – wszystko, co mieć powinna typowo wakacyjna lektura.

To nie jest książka, którą się zapamiętuje. To książka, przy której się odpoczywa.
http://www.insignis.pl/book/index/76/Prawda.html

Reklamy

„soweto – my love” – wojciech albiński

Zawsze, gdy czytam o nieznanych mi miejscach, obcej kulturze, czuję, że coś mi umyka. Słowo nabiera innego znaczenia, pociąga za sobą emocje, gdy dotyczy tego, co znam, czego dotykam, co widziałam. Pamiętam jaki problem miałam z książką Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa” – niby o czymś, co się dzieje tuż obok, o ludziach żyjących w sąsiedztwie, a jednak zabrakło w tym moim odczytaniu odczuwania. Podobnie było z książką Wojciecha Albińskiego.

Soweto – miasto, a właściwie zespół gmin miejskich w RPA, powstało jako osiedle mieszkalne dla pracujących w kopalniach robotników, następnie przeznaczone na dzielnicę czarnych, dziś uważane za symbol walki z apartheidem. W opowiadaniach Albińskiego Soweto to żywa tkanka, złożona z prawie dwóch milionów istnień, z indywidualnych historii. Poprzez opowieści o jednostkach poznajemy prawa, jakimi rządzi się Soweto, odkrywamy, że pojęcie moralności jest elastyczne, prawo dla każdego może oznaczać, co innego, a przesądy bywają silniejsze niż zdrowy rozsądek. Bohaterowie poszczególnych opowiadań różnią się poglądami, rasą, statusem społecznym i ekonomicznym, są uosobieniem różnorodności RPA. Ta różnorodność z jednej strony stanowi niezaprzeczalną wartość, z drugiej jest źródłem konfliktów wynikających z wzajemnego niezrozumienia. Ta książka jest jak patchwork – złożony z fragmentów, często na pierwszy rzut oka do siebie nie pasujących, tworzy niepowtarzalną, oryginalną całość.

Choć „Soweto – my love” czyta się doskonale, to przez cały czas trwania tego procesu, towarzyszyło mi poczucie, że nie umiem odkryć wszystkich warstw zapisanych historii, że ocieram się zaledwie o powierzchnię, że brak mi narzędzi do poznania głębi. Zostaję więc z poczuciem niedosytu, z obnażoną mą własną niewiedzą, ale i z zaszczepionym gdzieś w środku zainteresowaniem dla tego, co nieraz tak podobne, choć tak odległe.

 

O książce: http://wab.com.pl/?ECProduct=1285