„przygoda fryzjera damskiego” – eduardo mendoza

„Kto, tak jak ja, nie dostąpił przywileju spędzenia większej części życia w domu wariatów, być może nie zna tej wielkiej prawdy: że wszyscy tam zamknięci wyraźnie dostrzegają szaleństwo pozostałych, lecz żaden nie widzi swojego.” [s. 253]

Powiedzieć, że ta książka jest specyficzna to za mało, powiedzieć, że jest w niej szaleństwo – nie dość, to jedna z najciekawszych mieszanek humoru, kryminału i groteski, jakie widziałam.

Głównego bohatera poznajemy, gdy niespodziewanie dla samego siebie, opuszcza dom wariatów. Bez środków do życia, bez perspektyw, ale z kryminalną przeszłością, postanawia odszukać swoją siostrę. Odbudowa więzi rodzinnych przebiega niezwykle szybko i sprawnie, dzięki czemu nasz bohater otrzymuje pracę w podupadającym zakładzie fryzjerskim swojego szwagra. Jest sumienny, pracowity i… zadowolony z życia. Do czasu, gdy na jego drodze staje piękna Ivet, a on sam zostaje wplątany w aferę z morderstwem w tle. Chcąc oczyścić swe imię oraz pomóc tajemniczej Ivet, damski fryzjer zamienia się w detektywa i na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkę śmierci przedsiębiorcy Manuela Pardalota. W swoich staraniach przypomina żandarma z Saint Tropez – nieporadnego, naiwnego, by nie rzec głupiego, choć wytrwale dążącego do celu.

Choćby próba opisania przebiegu owego śledztwa jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdyż gwałtowne, niemożliwe do uzasadnienia zwroty akcji oraz zawiłość zależności pomiędzy bohaterami są trudne do ogarnięcia. Przy tym poziom absurdu, jaki udało się autorowi osiągnąć – doprawdy godne podziwu.

Każdy z bohaterów jest inny, ale każdy przerysowany i na swój sposób groteskowy. Ich zachowanie wzbudzać może w czytelniku emocje mieszane: od współczucia, przez niedowierzanie aż do niekontrolowanych wybuchów radości. Nie sposób brać na poważnie tej hiszpańskiej bandy indywiduów, trudno nie patrzeć na nich z politowaniem.

Choć akcja toczy się wokół zagadki śmierci Pardalota, samo jej rozwiązanie jest jakby kwestią drugorzędną. Całość bardziej przypomina komedię, aniżeli kryminał, chociaż ostatecznie, w finale autor nawiązuje do tradycji, do kryminałów w stylu Agathy Christie – wszyscy zebrani w jednym pokoju oczekują aż detektyw (w tym wypadku fryzjer) wskaże mordercę.

Próżno doszukiwać się w tej opowieści logiki, świat stworzony przez Mendozę, to świat pokręcony, wypaczony, odrealniony, a może po prostu naznaczony szaleństwem, widziany oczami niegroźnego wariata…

To powieść zupełnie nie w moim stylu, ale poprzez swoją inność niezwykle interesująca i niewątpliwie godna uwagi.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Pewien damski fryzjer, niezrównoważony lekkoduch, który jeszcze do niedawna pozostawał pod opieką lekarzy w szpitalu psychiatrycznym, wychodzi na wolność i niemal od razu wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Uwiedziony przez seksowną femme fatale zgadza się wziąć udział we włamaniu. Nie ma pojęcia, że daje się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez tajemniczego, zamaskowanego przestępcę.

Przygoda fryzjera damskiego to zaskakujący i zarazem emocjonujący pastisz kryminału, który docenią zarówno wielbiciele gatunku, jak i oddani fani autora. Fabuła rodem z powieści Chandlera miesza się tu z przezabawną satyrą na rzeczywistość europejskiej metropolii.

Autor: Eduardo Mendoza

Tytuł: Przygoda fryzjera damskiego

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2003

Przekład: Marzena Chrobak

Ilość stron: 290

Oprawa: miękka

ISBN: 83-240-0308-8

„skrzydlata trumna” – marcin wroński

Musiałam jakoś odreagować złośliwy początek roku, a jak wiadomo nie ma nic lepszego na podły nastrój niż dobry kryminał. W takich sytuacjach sięgam po kolejne tomy przygód komisarza Maciejewskiego, by umysł mógł odpocząć.

Tym razem głównego bohatera spotykamy w 1936 roku. Zyga Maciejewski zostaje wezwany do Lubelskiej Wytwórni Samolotów, gdzie samobójstwo popełnia nocny stróż – Feliks Susek. Powód? Oficjalnie – zawód miłosny. Prosta zdawałoby się sprawa, wzbudza jednak podejrzenia komisarza, gdy orientuje się, że niektórym bardzo zależy na jej umorzeniu. Niebawem okazuje się, że doświadczony śledczy miał rację – przypadkiem odkrywa, że ciało rzekomego samobójcy… w rzeczywistości nie należy do Feliksa Suska.

Ciągu dalszego nie zdradzę, zdradzę jednak, że akcja powieści toczy się dwutorowo – śledztwo prowadzone w 1936 roku, przeplata Wroński obrazkami z roku 1945, gdy Zyga jest więziony i maltretowany przez „bezpieczniaka” majora Grabarza, próbującego zmusić komisarza do podpisania deklaracji współpracy. W celi Maciejewski spotyka mężczyznę, który pomoże mu „zakończyć” śledztwo sprzed lat.

Mocno obecna w tym tomie jest postać Róży Marczyńskiej – partnerki komisarza i – zaryzykuję to stwierdzenie – jedynej kobiety, jaką Maciejewski obdarzył uczuciem. Oprócz oficjalnie prowadzonych spraw, Zyga prowadzi własne śledztwo, chcąc doprowadzić do złapania ludzi odpowiedzialnych za handel narkotykami w Lublinie. Ta prywatna krucjata to skutek wcześniejszych problemów Róży – dziewczyna była uzależniona od morfiny.

( Z zaufaniem chyba jednak było krucho w tym związku, bo Zyga właściwie codziennie metodycznie „przeczesywał” mieszkanie w poszukiwaniu fiolek, mających być dowodem na to, że Marczyńska przegrała z nałogiem. )

Mocne strony powieści Wrońskiego to – tak jak w poprzednich tomach cyklu – solidna podstawa historyczna, plastyczność postaci i to, że całość jest niezwykle prawdopodobna. Gdybym usłyszała tę opowieść od leciwego komisarza policji – uwierzyłabym.

Tę książkę czyta się jednym tchem – o ile ma się czas. Ja nie miałam, więc czytałam w trzech podejściach i niestety nieco się gubiłam. Wybrany przez autora sposób narracji w tym przypadku nie pomagał, może dlatego „Skrzydlatą trumnę” kończyłam bez zachwytu. Niemniej jednak, wciąż mam ochotę na więcej.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Czwarty tom cyklu kryminalnego Marcina Wrońskiego! Lublin w odcieniach retro, przedwojenne i powojenne losy Zygi Maciejewskiego…
Jest 1936 rok, nocny stróż w Lubelskiej Wytwórni Samolotów Feliks Susek odbiera sobie życie na służbie. Jak donosi „Express Lubelski i Wołyński”, powodem desperackiego kroku jest nieodwzajemniona miłość denata do ponętnej krawcowej. Kiedy sprawa ma zostać umorzona, komisarz Maciejewski odkrywa, że ciało w trumnie nie należy do samobójcy. Rozpoczyna się mozolne śledztwo, które łączy pozornie niepowiązane ze sobą zdarzenia i postaci, a temperatura rośnie z każdą minutą. Czy policjantowi uda się połączyć wątki i rozwikłać mrożącą krew w żyłach tajemnicę? Na niektóre odpowiedzi będzie musiał zaczekać kilka lat, kiedy w 1945 roku w celi lubelskiego więzienia spotka ducha z przeszłości.
Fałszywi świadkowie, handlarze narkotyków, kłopotliwe znajomości – Lublin Wrońskiego to istne Sin City na słowiańską nutę. Komisarz Zygmunt Maciejewski będzie zmuszony nie tylko wniknąć w mroczną tkankę miasta, ale także zmierzyć się z własnym nałogiem, bólem i pożądaniem. W tle akompaniuje mu słynna berlińska śpiewaczka, Mathi Lirhen i złowrogie odgłosy nocnych ulic.

Auto: Marcin Wroński

Tytuł: Skrzydlata trumna

Wydawca: W.A.B.

Rok wydania: 2012

Oprawa: miękka

Ilość stron: 307

ISBN: 978-83-7747-645-1

„sylvia. agentka mossadu” – moti kfir, ram oren

„Prawdziwa historia agentki izraelskiego wywiadu”, „Tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata” – głosi wydawca na okładce książki „Sylvia. Agentka Mossadu” i chyba właśnie tego oczekuje potencjalny czytelnik, sięgając po tę publikację. Zwłaszcza, że z okładki dowiaduje się również, że „Moti Kfir, współautor książki, sam był agentem i zwierzchnikiem Sylvii w czasie, kiedy wykonywała najważniejsze misje”. Niestety, musiałby to być czytelnik naiwny (i to bardzo), by uwierzyć, że jakiekolwiek istotne informacje, dotyczące działalności Mossadu mogłyby ujrzeć światło dzienne w postaci książki, którą pobłogosławili: były (jak sądzę) agent Mossadu, komisja cenzury i koordynator komisji ministerialnej do spraw publikacji (tego też dowiadujemy się z książki). Okładkowy PR to jednak dozwolone narzędzie manipulacji, więc jeśli ktoś ma ochotę dać się zmanipulować, musi ponieść konsekwencje.

Po pierwszym zachłyśnięciu się obietnicą prawdy, w słowie wstępu czytamy: „W kilku przypadkach autorzy puścili wodze literackiej fantazji, żeby móc opowiedzieć o wydarzeniach, które w innej formie nie mogły zostać upublicznione”. Cóż… czar prysł! A na koniec niewiele już zostaje z ekscytacji, z jaką wspomniany naiwny czytelnik rozpoczyna lekturę.

„Sylvia…” to książka mająca służyć stworzeniu lub/i rozpowszechnieniu legendy. Główna bohaterka to wręcz urodzona agentka, inteligentna, sprytna, odważna, umiejąca zachować zimną krew w każdej sytuacji, do tego doskonała aktorka, piękna, choć potrafiąca wtopić się w tłum kobieta, niezwykle zaangażowana w odbudowę państwa Izrael, gotowa zrezygnować ze spokojnego życia u boku rodziny i chłopaka na rzecz pracy w kibucu oraz zginąć za naród żydowski. Niestety nie wierzę w chodzące ideały, a obraz Sylvii Rafael jest zbyt wyidealizowany, zbyt perfekcyjny.

Narracja to kolejna rzecz, która od początku do końca mnie irytowała. Wygląda to tak, jakby piszący nie mógł się zdecydować czy pisze raport czy tworzy fabułę. Być może pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, że jest tu dwóch autorów, ale chyba nie jest to zgrany duet, skoro ja – prosta czytelniczka z Podlasia, dostrzegam „kanciastość” tej opowieści.

Nie sposób także nie odnieść się do typowo izraelskiego punktu widzenia, przy czym – jest to punkt widzenia jak najbardziej uzasadniony w tym przypadku. Świat głównej bohaterki, do czasu słynnej pomyłki w Lillehammer w 1973 roku[1], wydawał się być czarno-biały. Złem wcielonym byli Palestyńczycy z Jasirem Arafatem na czele, walczący po stronie Izraela byli dla młodej dziewczyny uosobieniem bohaterstwa, a swoich przełożonych z Mossadu traktowała Sylvia jak nieomylne bóstwa. Dopiero sprawa z Lillehammer przekonała ją, że jest inaczej, że dowodzący izraelskim wywiadem to także ludzie, którym zdarzają się pomyłki, nieraz tragiczne w skutkach.

Czytając miałam wrażenie, że ta książka to także coś w rodzaju próby wytłumaczenia się z norweskiej sprawy. Autorzy wielokrotnie podkreślają jak istotne było dla Mossadu, by w przeprowadzanych przez wywiad akcjach, ofiarami nie byli przypadkowi, niewinni ludzie.

Prawdę powiedziawszy to nie jest najlepsza książka. Miałam nawet ochotę przerwać czytanie gdzieś w połowie, ale cieszę się, że wytrwałam do końca, bo chyba dopiero zakończenie odsłania najważniejszy powód, dla którego powstała…

Po pogrzebie Sylvii jej mąż podszedł do Motiego Kfira, kierownika akademii agentów, i razem wspominali zmarłą. – Mam nadzieję, że ktoś napisze kiedyś książkę o Sylvii – powiedział Annæus Schjødt. [s.346]

No i napisał…

[1] Po zamordowaniu izraelskich sportowców w Monachium w 1972 roku, Mossad wypowiedział wojnę odpowiedzialnym za to terrorystom z organizacji Czarny Wrzesień. Głównym inspiratorem masakry w Monachium był Ali Hassan Salameh – dowódca Czarnego Września. 21 lipca 1973 roku w norweskim miasteczku Lillehammer, agenci Mossadu zabili kelnera lokalnej restauracji, sądząc że to Salameh. Jedyną osobą, która miała wątpliwości odnośnie tożsamości celu i źle przygotowanej akcji, była Sylvia Rafael. Morderstwo w Lillehammer odbiło się szerokim echem w mediach na całym świecie, a część uczestniczących w akcji agentów została złapana i osadzona w norweskich więzieniach.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Niespotykanie inteligentna, zdolna, twarda i zdecydowana. Sylvia Rafael była jednym z najlepszych agentów Mossadu. Uczestniczyła w tajnych operacjach na Bliskim Wschodzie i w Europie. Należała do szwadronu śmierci, grupy likwidacyjnej, której celem było zabicie przywódców terrorystycznej organizacji Czarny Wrzesień. Emocjonująca historia jej życia wiąże się z najważniejszymi akcjami Mossadu.

Książka ujawnia tajemnice najskuteczniejszej agencji wywiadowczej świata.

Tytuł: Sylvia. Agentka Mossadu

Autor: Moti Kfir, Ram Oren

Tłumaczenie: Mateusz Borowski

Wydawca: Znak

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 350

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-240-2426-1

„krew, którą nasiąkła” – åsa larsson

Nie pamiętam czy kiedykolwiek opowiadałam o tym, w jaki sposób wybieram książki, które czytam. Otóż nie wybieram. Wychodzę z założenia, że w moim życiu nic się nie dzieje bez powodu, a skoro tak, to książki, które mam przeczytać również same mi się w ręce pchają. Istnieje przy tym ryzyko, że wepchnie się też coś, co jest dalszym ciągiem czegoś innego. Tak było i tym razem – „Krew, którą nasiąkła” to drugi tom serii, której główną bohaterką jest młoda prawniczka Rebeka Martinsson. Kto nie czytał części pierwszej (jak ja) pozna Rebekę w sytuacji, delikatnie mówiąc, niezwykle trudnej. Dziewczyna wciąż nie może się otrząsnąć, po tym jak półtora roku wcześniej, zabiła w samoobronie troje ludzi.

Los jednak bywa przewrotny. Obowiązki zawodowe zmuszają główną bohaterkę do powrotu w rodzinne strony, na północ Szwecji w okolice Kiruny. Borykająca się z własnymi lękami Rebeka, trafia w środek kolejnej trudnej sprawy – zagadki brutalnego morderstwa. Ofiarą zabójcy jest, przez jednych lubiana, przez innych znienawidzona, pastor Mildred Nilsson.

Co ciekawe, główna bohaterka nie jest zaangażowana w policyjne śledztwo, jej głównym zajęciem jest walka ze sobą samą, by osiągnąć równowagę psychiczną. Pomaga jej w tym, spotkany przypadkiem niepełnosprawny chłopiec Nalle. Jego ufność i radość życia działają kojąco na Rebekę. Rozwiązaniem sprawy zajmuje się lokalna policja z Anną Marią Mellą na czele. Jedyny wkład młodej prawniczki w śledztwo, polega na przekazaniu policji dokumentów z sejfu zamordowanej pastor.

Choć książka jest kryminałem, czytając można odnieść wrażenie, że znalezienie zabójcy wcale nie jest tu najważniejsze. Narracja płynnie przechodzi z bohatera na bohatera, dzięki czemu czytelnik poznaje myśli i wkrada się w zakamarki duszy kolejnych postaci: rozbitej wewnętrznie pani prawnik, kochanki pastor Nilsson czy ojca niepełnosprawnego dziecka. Tym samym autorka porusza co najmniej kilka poważnych problemów społecznych, z których każdy mógłby stać się tematem książki. Całość przeplatana jest historią… wilczycy. W opowieści o niej uważny czytelnik może odnaleźć analogie do życia bohaterów.

Czytelnicy przyzwyczajeni do surowości i chłodu Mankella czy Indriðasona, będą zaskoczeni stylem Larsson. W jej powieści Szwecja nie jawi się jako mroczna kraina, autorka pozwala sobie na pewien sentymentalizm, nie boi się mówienia o uczuciach, hojnie obdarza nimi bohaterów, nasyca powieść. Choć zdecydowanie wolę makellowską szorstkość, łagodność Larsson była całkiem przyjemną odmianą w literackim mówieniu o Skandynawii.

Gdybym miała ocenić tę książkę w sześciostopniowej skali, „Krew, którą nasiąkła” byłaby mocną czwórką. Niezłe czytadło na długi wieczór przed kominkiem. Najlepiej w Szwecji.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Krew, którą nasiąkła

Autor: Åsa Larsson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Wydanie: I

Przekład: Beata Walczak-Larsson

Data premiery: 2011

Format: 145 × 205 mm

Oprawa: broszurowa + skrzydełka

Liczba stron: 424

ISBN: 978-83-08-04567-1

„kolekcjoner” – nora roberts

Mamy już czerwiec, więc najwyższy czas pomyśleć o propozycjach na tegoroczny urlop. Na urlopie zazwyczaj czytamy to, co chcemy, a nie to, co przeczytać musimy (bo naiwnie zakładam, że ktoś jednak na urlopie czyta). Zawsze mi się wydawało, że lato skłania ludzi do sięgania po lektury lekkie, łatwe i przyjemne, dostarczające rozrywki i nie wymagające zbyt intensywnego myślenia. Wszystko jest oczywiście kwestią gustu, ale kiedy zaczęłam czytać „Kolekcjonera”, pomyślałam sobie, że to idealna urlopowa propozycja dla fanek komedii romantycznych i oper mydlanych.
Główna bohaterka – Lila, opiekunka domów i pisarka, ma hobby – obserwuje ludzi przez lornetkę, bawi się w podglądanie cudzego życia, a na podstawie strzępów uzyskanych w ten sposób informacji, układa sobie w głowie zmyślone życiorysy obserwowanych. Owo hobby sprawia, że staje się świadkiem morderstwa i poznaje brata ofiary – utalentowanego malarza Ashtona Archera (brzmi prawie jak Kutcher). Oboje zostają mimowolnie wplątani w niebezpieczną historię z zaginionym jajkiem Fabergé w tle.
Książkę czyta się doskonale, opowieść wciąga, choć autorka operuje głównie schematem i banałem. Postawmy jednak sprawę jasno – to nie jest ambitna literatura, a literatura dla mas, coś, co sprzedaje się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Dlaczego książki Nory Roberts cieszą się taką popularnością? Bo to typowe, babskie czytadła z happy endem. Przyciągają tłumy czytelniczek, tak jak tysiące ludzi przyciągają seriale typu „M jak miłość” lub „Moda na sukces”. Do tego, trzeba przyznać, że autorka solidnie odrobiła pracę domową, mocno osadzając swoją historię we współczesności. Czytelniczki (no i niech będzie – czytelnicy też) znajdą tam odwołania do wytworów kultury i popkultury, z którymi mają styczność bezpośrednią albo o których marzą np. Lila ogląda „Agentów NCIS” i „Kryminalne zagadki…”, a jej przyjaciółka używa szminki YSL i nosi buty od Manolo Blahnika.
Całość jest dość przewidywalna i schematyczna: Ona – kobieta samowystarczalna, córka wojskowego, żyjąca na walizkach, On – artysta malarz, zamożny, z dobrej rodziny, z silną potrzebą opiekowania się drugim człowiekiem, do tego: wielka sztuka, brutalne morderstwa, niezrównoważony, groźny przestępca-kolekcjoner, uważający się za potomka rodu Romanowów oraz egzotyczna piękność w roli zabójczyni. Nie zapominajmy też o dwójce przyjaciół, których relacje są doskonałym materiałem na oddzielną książkę – romans konkretnie.
„Kolekcjoner” jest jak fast food – wszyscy wiedzą, że niezdrowy, ale większość i tak się obżera. Nie oceniam – to Wasz urlop, sami zdecydujcie czy macie ochotę na zapiekankę czy może wolicie homara.

kolekcjoner
fot. materiały wydawnictwa

Autor: Nora Roberts

Tytuł: Kolekcjoner

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska

Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ISBN: 978-83-7778-776-2

Liczba stron: 624

Oprawa: twarda

„biały ogień” – douglas preston, lincoln child

Kiedy byłam dzieckiem ciągle czytałam. Moi rodzice chyba mieli do mnie zaufanie, bo nigdy do głowy im nie przyszło, by skontrolować co czytam. Ja natomiast, zamiast romantycznych opowieści o księżniczkach, mając lat powyżej dziesięciu w szkolnej bibliotece wybierałam książki z serii „Przygody trzech detektywów”, „zaczytywałam się” w opowieściach o dzielnym Tomku Wilmowskim i pochłaniałam wszystko, co miało na okładce nazwisko Agathy Christie. Trudno się więc dziwić, że miłość do zagadek kryminalnych i sensacji została mi do dziś. Zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po pozycje z gatunków takich jak: kryminał, thriller, powieść przygodowa czy sensacyjna, ale im jestem starsza i im więcej książek tego rodzaju czytam, tym mniej we mnie pobłażliwości dla niedoskonałości tych wytworów ludzkiego umysłu.

Kiedy w moje ręce trafił „Biały śnieg”, bardzo szybko dałam się porwać tej opowieści. Młoda dziewczyna Corrie Swanson, której opiekunem jest nieco ekscentryczny agent FBI Pendergast, zbiera materiały do swojej pracy. W tym celu jedzie do Roaring Fork – ekskluzywnego kurortu w górach, by zbadać szczątki górników zabitych przez niedźwiedzia grizzly w II połowie XIX wieku. Oglądając kości, Corrie zauważa ślady, pozwalające jej wysnuć hipotezę jakoby mężczyźni zostali zamordowani i… pożarci przez grupę kanibali. Niepokorna dziewczyna, chcąc dotrzeć do prawdy, pakuje się w kłopoty, co skłania agenta Pendergasta do przyjazdu do Roaring Fork. Tymczasem w miasteczku zaczyna szaleć wyjątkowo okrutny podpalacz i morderca. Pendergast angażuje się w śledztwo, jednocześnie szukając rozwiązania zagadki śmierci górników. Agent zaczyna podejrzewać, że informacje o serii zabójstw sprzed lat zawarte są w… zaginionym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

Ta książka zdaje się mieć wszystko, co powinna mieć dobra książka „o zacięciu kryminalnym”: tajemnicę z przeszłości, współczesną zagadkę (podpalenia w Roaring Fork), dwoje zupełnie różnych głównych bohaterów, wielki biznes i wielkie pieniądze w tle, a do tego autorzy pokusili się o ukłon w stronę fanów prozy Conan Doyle’a. Poza tym czyta się to doskonale, a jednak… jest w tej książce pewna rysa. Ta historia od początku wydaje się nieco… hmm… bajkowa, jest w niej coś z klimatu opowieści o Sherlocku Homesie, jest trochę grozy i magii jak z dzieł Edgara Allana Poego (lub Poe – jeśli ktoś woli). Realizm „Białego ognia” jest nieco naciągany, ale czytelnik się na to godzi – zdaje się, że właśnie tak to sobie obmyślili autorzy. Przychodzi jednak taki moment, w którym czar pryska zupełnie, a całe prawdopodobieństwo opowiadanej historii znika. To moment, w którym Pendergast, wykorzystując tybetańskie metody relaksacyjne, przenosi się w czasie w swoim umyśle. Potem jest już tylko gorzej: główna bohaterka wykazuje się skrajną głupotą i naiwnością, o którą nie podejrzewałam jej wcześniej, opis wydarzeń w kopalni zawiera fragmenty jak z kiepskiej, amerykańskiej produkcji filmowej typu sensacja (np. „(…) mały palec zwisał na wąskim pasku skóry niemal zupełnie oderwany, z postrzępionego otworu ciekła krew. – Kurwa! Pozbyła się bezużytecznego palca, potrząsając ręką, aż odpadł (…)”[1]), ale najgorszy był iście hollywoodzki happy end.

Podsumowując – to nie do wiary, że można stworzyć tak ciekawą, intrygującą historię po to, by zakończyć ją w tak banalny i przewidywalny sposób.

Aha! Zapomniałam dodać, że gdzieś tak w połowie książki wiedziałam już kto jest podpalaczem.

 

[1] D. Preston, L. Child, Biały ogień, Burda Publishing Polska 2014, s. 407

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Biały ogień

Autor: Douglas Preston, Lincoln Child

Przekład: Robert P. Lipski

Tytuł oryginału: White Fire

Wydawnictwo: Burda

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-7778-767-0

„zimny wiatr” – arnaldur indriðason

Bardzo przyzwoita książka, choć po przeczytaniu czterech poprzednich kryminałów z Erlendurem Sveinssonem w roli głównej, już nie tak porywająca jak „Głos” czy „Jezioro”. Indriðason trzyma się schematu: wątek główny – aktualne śledztwo, równolegle opis osobistego życia Erlendura i zjawisko czy też raczej problem społeczny. I tak główny wątek to śledztwo w sprawie zabójstwa ciemnoskórego chłopca, którego ciało znaleziono w kałuży krwi przed blokiem. W tym samym czasie okazuje się, że zaginął przyrodni brat ofiary – pochodzący z Tajlandii nastolatek. Erlendur wraz z Elinborg i Sigurdurem Olim rozpoczynają poszukiwania nastolatka oraz mordercy, nie wykluczając, że mogła to być zbrodnia na tle rasistowskim. Tak dochodzimy do problemu społecznego czyli rasizmu i tolerancji lub jej braku wobec emigrantów w islandzkim społeczeństwie. W międzyczasie Erlendur nadal zmaga się z demonami przeszłości i chorobą byłej szefowej, która uważa go za swojego przyjaciela.

Właściwie trudno czytelnikowi odgadnąć jaki był motyw zbrodni. Rozwiązanie zagadki okazuje się banalnie proste, a przez to przerażające. Bezsensowność śmierci dziecka – to jest to, co rzeczywiście porusza w „Zimnym wietrze”.

Jest w tej opowieści jeszcze jeden wątek, który przykuł moją uwagę. W czasie śledztwa policjanci zatrzymują Andresa – mężczyznę, mającego całkiem bogatą kartotekę. W „Zimnym wietrze” jest to jednak postać niejednoznaczna, z jednej strony przestępca, z drugiej – nawet po latach – wciąż przerażony chłopiec, borykający się z traumatycznymi wspomnieniami molestowania przez ojczyma. Poruszający obraz dorosłego człowieka, nie umiejącego rozliczyć się z przeszłością, wciąż odczuwającego upokorzenie i lęk przez dawnym oprawcą. Bardzo żałuję, że historia Andresa to tylko migawka w powieści Indriðasona.

Ogólnie rzecz ujmując – dobra książka, tylko tej iskry zabrakło… a jednak polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Zimny wiatr

Autor: Arnaldur Indriðason

Przekład: Jacek Godek

Tytuł oryginału: Vetrarborgin

Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-936-0