„getto. bajka” – anna kościuk-suchocka

Kiedy słyszę słowo bajka, przypomina mi się natychmiast moja ulubiona, ta o Kopciuszku, którego z niedoli wybawia piękny książę. Kiedy słowo bajka słyszą dzisiaj dzieci, większość przytacza nieznane mi zupełnie tytuły japońskich seriali animowanych. Choć więc zmieniają się bajkowe postaci, unowocześnieniu ulegają stare opowieści i w ilościach hurtowych pojawiają się nowe, bajka pozostaje bajką – czy to na kartach książki czy to na ekranie telewizora, monitorze komputera czy jakiegoś innego ustrojstwa, co to się je teraz dzieciom przed oczy wpycha. No właśnie… dzieciom… bo nie wiedzieć czemu zakładamy, że odbiorcami bajki są dzieci. A gdyby tak stworzyć bajkę zupełnie nie dla dzieci? I nie, nie chodzi mi o to, o czym pomyślało teraz 90 % czytających ten tekst…

Tak się stało, że w ramach przygotowań do pracy, trafiłam na książkę Anny Kościuk-Suchockiej. Książkę, której już sam tytuł, będący dość oryginalnym zestawieniem słów, zaintrygował mnie niezmiernie. No bo muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się czytać bajek o getcie. Co prawda istniał w historii ludzkości, taki niechlubny okres, gdy wygłodzone żydowskie dzieci opowiadały sobie bajki o getcie, ale te wymyślane historie były przerażającą formą podkreślającą wynaturzenie człowieka. Ale dziś? XXI wiek, stan względnego (s)pokoju i nagle tytuł, który przyciąga uwagę: „Getto. Bajka”.

Nie tylko tytuł jest jednak uwagi godny. Cała historia jest dość dziwna, ale przez to oryginalna. Pewnego dnia, ludzkość przestała potrzebować bajek, więc wszelakiej maści bajkowe stwory trafiły do getta na obrzeżach miasta, gdzie opowiadają o swoich problemach, tęskniąc jednocześnie za znanym i nieznanym, uosobieniem dobra i zła, tęskniąc za poznaniem człowieka. Informacje dotyczące istot ludzkich są tak różne, że bajkowe stwory urządzają sąd nad Człowiekiem, przez którego znalazły się w zamknięciu, daleko od swoich rodzinnych bajek. Mimo sądu nie udaje im się odkryć prawdy o tej dziwnie niejednoznacznej istocie, dopóki ona sama nie zaczyna się pojawiać na terenie getta. W drugiej części książki, bajkowe postaci oswajają się z ludźmi, niektóre nawet się z nimi zaprzyjaźniają i te szczególne relacje zostają poddane różnego rodzaju próbom, boleśnie udowadniając jak słabym, płytkim i obojętnym stworzeniem potrafi być człowiek.

Jak na bajkę przystało jest i zakończenie, taki end, choć nie do końca wiadomo czy happy. Okazuje się, że ludzie i bajkowe stwory są sobie nawzajem niezbędne, ludzie uciekają przed światem realnym, w którym żyją, gdyż ich własne prawa nie pozwalają im zaznać spokoju i szczęścia, bohaterowie bajek są skłonni wybaczyć im odrzucenie, uczą Człowieka, czym jest oddanie, poświęcenie, przyjaźń i miłość. A ten cały obrazek trzymają w ramach prologu i epilogu Jezus i Szatan. Polecam:

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/130328/getto-bajka

Reklamy

„głos” – arnaldur indriðason

Doskonale napisany „więcej aniżeli kryminał”. Książkę czyta się jednym tchem. Jej największym atutem jest połączenie kilku historii w jednej opowieści.

Szkielet, w oparciu o który budowana jest fabuła to morderstwo portiera w jednym z największych hoteli w Reykjaviku. Mężczyzna zostaje znaleziony w swoim pokoiku, w piwnicy hotelu. Ma na sobie strój św. Mikołaja, spuszczone spodnie i prezerwatywę na członku. Śledztwo ujawnia, że mężczyzna o imieniu Gudlaugur, był niegdyś dziecięcą gwiazdą – śpiewał jako solista w chórze. W wieku dwunastu lat w wyniku mutacji stracił jednak swój niezwykły dar czym rozczarował wymagającego ojca. Spotkania ze znajomymi zamordowanego portiera, rozmowy z jego siostrą ujawniają tragiczną historię dziecka, któremu odebrano dzieciństwo. To poruszający opis chorej relacji ojca i syna, w której rodzic pełni rolę wyroczni, kształtuje los dziecka według własnego „widzimisię”, nie pytając o zdanie syna. Realizuje własne marzenia niejako zmuszając dziecko do śpiewu, snując przy tym wizje wielkiej, międzynarodowej kariery chłopca, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego jakim dramatem stanie się moment utraty przez Gudlaugura głosu.

Gdzieś w tle trwającego śledztwa toczy się proces ojca, oskarżonego o znęcanie się nad własnym synem. Sprawę prowadziła policjantka, Elinborg, którą mocno poruszyła historia pobitego dziecka. Przekonana o winie ojca chłopca, z uwagą śledziła proces. Ostatecznie, rozwiązanie sprawy zaskoczyło wszystkich. Przy okazji tego wątku pojawiają się niepokojące informacje dotyczące znęcania się nad dziećmi, próba analizy zachowań oprawców i wniosek – prawo jest niemal bezsilne wobec tego procederu.

Wątkiem, który wydał mi się najciekawszy, jest ten dotyczący policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa portiera, znanego już z wcześniejszych powieści tego autora – komisarza Erlendura. Policjanta prześladuje tragedia z przeszłości. Jako dziecko komisarz wraz z bratem znalazł się w górach, nadeszło załamanie pogody, obaj chłopcy zgubili się w szalejącej śnieżycy. Erlendura odnaleziono, jego młodszego brata – nie. To doświadczenie na zawsze zmieniło życie zarówno Erlendura jak i jego rodziców. Komisarz nigdy nie wybaczył sobie, że puścił rękę brata, ojciec chłopców zamknął się w sobie, obarczając się winą za to, że zabrał ze sobą dzieci. Nie bez znaczenia był fakt, że ciała młodszego z braci nigdy nie odnaleziono, chłopca uznano za zaginionego, co sprawiło, że rodzina nie była w stanie uporać się z tym, co się stało. Przeszkodą, nie pozwalającą pogodzić się ze śmiercią chłopca, było dręczące pytanie: czy mógł przeżyć? A jeśli tak, to co się z nim dzieje? Poczucie odpowiedzialności, wpajane Erlendurowi od dziecka, jako temu starszemu, który winien opiekować się młodszym bratem, doprowadziło do rozpadu małżeństwa komisarza i zerwania przezeń kontaktu z własnymi dziećmi – Evą Lind i Sindrim. Po tym, co wydarzyło się w górach, Erlendur nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dzieci, cierpiące z powodu porzucenia przez ojca, zaczęły się staczać. Eva Lind walczyła z narkomanią, Sindri z alkoholizmem. W „Głosie” poznajemy zaledwie wycinek trudnych relacji komisarza z córką, która odnalazła go po latach. Cierpiąca po stracie dziecka dziewczyna, szuka kontaktu z ojcem, stara się nadrobić stracone lata i stworzyć między nimi nić porozumienia. Przy okazji szuka też odpowiedzi na pytanie dlaczego ojciec ich porzucił.

Wszystkie te historie łączy jedno – każda z nich opowiada o tragedii dziecka, każda mówi o tym w inny sposób, każda stanowi odrębną opowieść, choć we wszystkich dominują uczucia osamotnienia, odrzucenia i poczucia winy. Polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1182

 

gdy zwyczajna córka nie wystarcza…

Czasami mam poczucie ogromnych braków w edukacji, braków, które przychodzi mi uzupełniać samej, po omacku, bez narzędzi niezbędnych do właściwego odczytania świata. Stale mam poczucie braku czasu, powiększająca się lista tekstów nieprzeczytanych, wywołuje we mnie falę mdłości, krzyk w głowie „nie zdążę” rozsadza umysł, wbija szpilki pod paznokcie, pluje na niemoc oczu.

Dobrze jest od czasu do czasu oszukać czas, znaleźć coś, co nie traci na ważności, co się nie zdezaktualizuje w natłoku bodźców. Uciekając przed czującą częścią mnie trafiłam na wieś, tam w wiklinowej skrzynce odnalazłam stary numer „Wysokich obcasów”, a w nim tekst-wywiad z Aliną Świdowską, poruszający obraz relacji matka-córka. O tym jak trudno żyć z kobietą, która przede wszystkim była lekarką z getta, a matką jedynie bywała, choć bardzo nieudolnie. O samotności dziecka-dodatku do życia, zbędnego balastu, któremu z racji urodzenia się w czasach „niewojny” nie należy się dawka ciepła, uwagi, troski, nie należy się dawka zrozumienia.

Matką Aliny Świdowskiej była Adina Blady-Szwajger, lekarka z getta, współpracowniczka Marka Edelmana, autorka książki (którą postanowiłam zdobyć) pt. „I więcej nic nie pamiętam”.  W wywiadzie Alina Świdowska powiedziała o tej książce i o swojej matce: „Od początku wspomnienia mamy były dla mnie wspomnieniami o dzieciach, które strasznie kochała. Tak bardzo, że postanowiła zostać z nimi do końca, podać im morfinę, żeby je uratować z rąk Niemców, którzy zadaliby im okrutną śmierć”. Szokujące jest to pierwsze zdanie „o dzieciach, które strasznie kochała”… może tak bardzo, że nie starczyło jej miłości dla własnego dziecka? Choć nie sposób sobie wyobrazić piekła, jakim musiało być getto, trudno mi też pojąć dlaczego opowiada się własnej córce bajkę, że została znaleziona płacząca na śmietniku pod gazetą…. Może książka jest kluczem do zrozumienia. Wywiad polecam gorąco.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,7529287,Zwyczajna_corka.html