„chyba za nami nie traficie” – jacek milewski

„Chyba za nami nie traficie” to już drugi zbiór opowiadań Jacka Milewskiego o Cyganach. A skoro drugi to porównywany do pierwszego („Dym się rozwiewa”), a skoro porównywany to wiadomo, że opinie są różne. Jedni chwalą, inni są rozczarowani. Ja póki co zdaję się na własny rozum i odczucia.

Przede wszystkim czytało mi się tę książkę lepiej niż „Dym…”, ale trudno właściwie orzec dlaczego lepiej. Na Cyganach to ja się teraz znam tak samo jak kilka lat wcześniej czyli wcale, a to oznacza, że nie mam kompetencji, by oceniać zbiór „Chyba za nami nie traficie” pod względem prawdziwości, tzn. nie umiem ocenić czy świat opisany przez Milewskiego jest światem prawdziwym. Nie mówię tu oczywiście o warstwie fabularnej, to są opowiadania, a więc fikcja literacka, chodzi mi o kulturę, obrzędy, obyczaje, sposób postrzegania świata – czy tak widzą świat Cyganie? Nie wiem. Sam autor jest uważany za jednego z najlepszych cyganologów w Polsce, więc przyjmuję, że i realia życia tej społeczności oddał wiernie.

Kiedy się pojawia książka o mniejszościach, a zwłaszcza o mniejszościach, które w świadomości większości społeczeństwa funkcjonują właściwie w oparciu o szczątkową wiedzę, a w głównej mierze w oparciu o stereotypy, pojawia się również u części czytelników oczekiwanie, że ta nowa publikacja owe stereotypy przełamie. Jeśli Milewski chciał coś przełamywać (a nie wydaje mi się) to zrobił to w sposób wyjątkowo subtelny. Nie wybielał swoich bohaterów, nie usprawiedliwiał, raczej starał się pokazać ich perspektywę, ich punkt widzenia.

W tym zbiorze pojawiły się teksty, które szczególnie mnie poruszyły, i którym, nie ukrywam nadałam wartość nadrzędną wobec innych. Jednym z nich jest „Dobranocka” – zaskakujące połączenie formy czyli historii opowiadanej dzieciom na dobranoc, z zupełnie niebajkową treścią, stanowiącą zakończenie opowieści (Niemcy dokonują pogromu Cyganów). Może staję się teraz zbyt patetyczna i uprawiam nadinterpretację, ale dla mnie to ważny głos, bo upominający się o miejsce Cyganów w historii, przypomnienie, że oni też byli ofiarami II wojny światowej.

Całość czyta się naprawdę dobrze, ale… No właśnie – jest ale, a nawet ALE. To ale, to opowiadanie „Bo im król zabronił”. Opowiadanie inne niż cała reszta. Właściwie nie wiem czy powinnam to w ogóle nazywać opowiadaniem, bo jest to raczej wysyp frustracji, ocena poczynań romskich działaczy, obnażenie głupoty i niekompetencji ludzi „na stołkach”. Choć taki głos, prowokujący dyskusję jest niewątpliwie potrzebny, mam wrażenie, że ta książka nie była właściwym miejscem do uzewnętrznienia się w tej kwestii. Ten jeden tekst wpływa bowiem zbyt mocno na odbiór całości, pozostawia swego rodzaju niesmak. Całe szczęście, że nie umieszczono go na końcu zbioru, bo wtedy zapamiętałabym głównie opis pseudopolitycznych przepychanek i walk o pieniądze, a „Chyba za nami nie traficie” to przecież o wiele, wiele więcej… Polecam:

http://www.culture.pl/baza-literatura-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/k3Ps/content/jacek-milewski-chyba-za-nami-nie-traficie

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1523

Reklamy

„soweto – my love” – wojciech albiński

Zawsze, gdy czytam o nieznanych mi miejscach, obcej kulturze, czuję, że coś mi umyka. Słowo nabiera innego znaczenia, pociąga za sobą emocje, gdy dotyczy tego, co znam, czego dotykam, co widziałam. Pamiętam jaki problem miałam z książką Jacka Milewskiego „Dym się rozwiewa” – niby o czymś, co się dzieje tuż obok, o ludziach żyjących w sąsiedztwie, a jednak zabrakło w tym moim odczytaniu odczuwania. Podobnie było z książką Wojciecha Albińskiego.

Soweto – miasto, a właściwie zespół gmin miejskich w RPA, powstało jako osiedle mieszkalne dla pracujących w kopalniach robotników, następnie przeznaczone na dzielnicę czarnych, dziś uważane za symbol walki z apartheidem. W opowiadaniach Albińskiego Soweto to żywa tkanka, złożona z prawie dwóch milionów istnień, z indywidualnych historii. Poprzez opowieści o jednostkach poznajemy prawa, jakimi rządzi się Soweto, odkrywamy, że pojęcie moralności jest elastyczne, prawo dla każdego może oznaczać, co innego, a przesądy bywają silniejsze niż zdrowy rozsądek. Bohaterowie poszczególnych opowiadań różnią się poglądami, rasą, statusem społecznym i ekonomicznym, są uosobieniem różnorodności RPA. Ta różnorodność z jednej strony stanowi niezaprzeczalną wartość, z drugiej jest źródłem konfliktów wynikających z wzajemnego niezrozumienia. Ta książka jest jak patchwork – złożony z fragmentów, często na pierwszy rzut oka do siebie nie pasujących, tworzy niepowtarzalną, oryginalną całość.

Choć „Soweto – my love” czyta się doskonale, to przez cały czas trwania tego procesu, towarzyszyło mi poczucie, że nie umiem odkryć wszystkich warstw zapisanych historii, że ocieram się zaledwie o powierzchnię, że brak mi narzędzi do poznania głębi. Zostaję więc z poczuciem niedosytu, z obnażoną mą własną niewiedzą, ale i z zaszczepionym gdzieś w środku zainteresowaniem dla tego, co nieraz tak podobne, choć tak odległe.

 

O książce: http://wab.com.pl/?ECProduct=1285