„dziennik helgi” – helga weissová

O tej książce zrobiło się głośno w Polsce już kilka tygodni temu. Zrobiło się głośno głównie dlatego, że „Dziennik Helgi” to wspomnienia dziewczynki, wspomnienia dziecka o życiu w Pradze na początku II wojny światowej, a następnie o życiu w obozach koncentracyjnych podczas wojny.

Ten dziennik jest niewątpliwie inny niż czytane przeze mnie wcześniej lektury o podobnej tematyce. Jest naiwny, miejscami nieporadny, chwilami (o dziwo!) niemal bajkowy. Ta bajkowość dotyczy zwłaszcza pobytu autorki w Terezinie – pokazowym getcie, urządzonym przez Niemców jako dowód humanitarnego traktowania Żydów. Czytelnicy przyzwyczajeni do dramatycznych opisów realiów Oświęcimia z pewnością zareagują zdziwieniem. Przyznaję, że dla mnie samej farbowane zasłonki w oknach i bardzo bogate życie kulturalne Terezina brzmią jak farsa, nieporozumienie, pomyłka – tak dalece odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas Hanna Krall, Adina Blady-Szwajger czy Henryk Makower. Był we mnie nawet z tego powodu jakiś taki dziwny bunt, uczucie, że to jest umniejszanie rozmiarów tragedii, bo gdyby ktoś miał bazować na świadectwie terezińskim autorki „Dziennika Helgi” to dojdzie do wniosku, że Żydom właściwie wcale nie było tak źle, inni mieli znacznie gorzej. Dlatego tak istotna jest świadomość, czym był Terezin i fakt, że są to wspomnienia dziecka. Ta inna perspektywa, dziecięca perspektywa patrzenia na rzeczywistość to perspektywa, w której jest jeszcze miejsce na przyjaźń, pierwszą miłość, optymizm i nadzieję.

Dziennik podzielony jest właściwie na trzy części. Pierwsza opisuje życie w Pradze na początku wojny, naznaczone wprowadzaniem kolejnych rozporządzeń, druga część to opis życia w obozie w Terezinie, trzecia część jest wspomnieniem tułaczki po kolejnych obozach (Oświęcim, Freiberg, Mauthausen). Przy czym należy zaznaczyć, że ta trzecia część pozbawia czytelnika jakichkolwiek złudzeń co do sposobu rozwiązywania „kwestii żydowskiej” przez Niemców. Zderzenie Terezina z Oświęcimiem to szok dla Helgi i jej matki, ale i szok dla czytelnika. Wstrząsający jest też opis podróży do Mauthausen – więźniarki zamknięte w wagonie, ściśnięte, oblepione brudem, głodne, spragnione.

O takich książkach jak ta mówię zawsze, że nie są do „podobania się”. To po prostu trzeba przeczytać.

 

http://www.insignis.pl/book/index/72/Dziennik-Helgi.html

Reklamy

„lista schindlera” – thomas keneally

W ramach nadrabiania zaległości, których się wstydzę, przeczytałam „Listę Schindlera” – historię Niemca, Oskara Schindlera, przemysłowca, który podczas II wojny światowej ratował Żydów przed śmiercią w obozach pracy i w komorach gazowych m. in. Oświęcimia. To nie jest książka, która ma się podobać. Podobanie nie ma tu nic do rzeczy. „Lista Schindlera” to po prostu lektura, którą trzeba przeczytać.

Mocnym punktem książki Keneally’ego jest język narracji – prosty, rzeczowy, bez wyolbrzymiania tragedii, bez operowania emocjami, dość chłodny, choć nie aż tak jak w przypadku Hanny Krall. Tutaj każde słowo jest odpowiednie – to jedyne określenie jakie przychodzi mi do głowy.

Sam Oskar Schindler, choć jego działania kwalifikują go do miana bohatera, wcale nie jest przedstawiany jako bohater. Wręcz przeciwnie – nie stroniący od alkoholu i miłosnych uciech, na kartach powieści wydaje się być zupełnie zwyczajnym człowiekiem, mającym swoje słabości, ale i zasady. Po początkowej fascynacji ideami narodowościowymi, przeżył polityczne rozczarowanie, a gdy wybuchła wojna i rozpoczęła się eksterminacja „podludzi”, brzydził się działaniami żołnierzy Rzeszy. Sam jednak lubił luksus, miał głowę do interesów i urok osobisty, który pomagał mu w stworzeniu szerokiej i bardzo pomocnej w prowadzeniu biznesu siatki kontaktów. Tak czy inaczej jego krakowska fabryka była częścią niemieckiego przemysłu wojennego. Schindler wstydził się tego, jak niemiecka armia traktuje Żydów, jednocześnie był na tyle sprytny, by znaleźć sposób na funkcjonowanie w ramach wojennego systemu i ocalić tylu braci wyznania mojżeszowego, ilu zdoła. Zaczął zatrudniać Żydów jako wykwalifikowanych robotników w swojej fabryce, nie pozwalał ich bić, dbał, by mieli zapewnione solidne posiłki i przyzwoite warunki mieszkalne. Co miesiąc wydawał fortunę na czarnorynkową żywność dla swoich pracowników oraz prezenty zapewniające przychylność oficerów SS i urzędników. W końcu chcąc uchronić pracowników przed śmiercią w obozach zagłady, przeniósł całą fabrykę na Morawy, a tych, którzy trafili w tryby machiny oświęcimskiej wyciągał przy pomocy pieniędzy, luksusowych trunków czy diamentów. Dzięki niemu praktycznie cały obóz Brinnlitz na Morawach, w którym przebywało (o ile dobrze pamiętam) ponad tysiąc osób, przetrwał do końca wojny.

Działania Schindlera graniczyły z szaleństwem, na każdym kroku ryzykował własnym życiem, jego znajomi uważali, że był żydofilem, opętanym dziwną chorobą. Nie ma sensu umieszczać tu wywodu, na temat moralnego aspektu postępowania Oskara Schindlera – uratował ponad tysiąc istnień ludzkich. Co do powieści Keneally’ego – to jedna z najcenniejszych literackich lekcji, jakich dane mi było doświadczyć.

 

Polecam bardzo: http://www.gandalf.com.pl/b/lista-schindlera/