„sam & riko” – agnieszka wiszowata, paulina engen

Tym razem coś dla maluchów i ich rodziców. „Sam & Riko” to opowieść o małym chłopcu i jego wielkim psie. Choć na okładce przeczytamy, że „Sam i Riko wszystko robią razem”, właściwsze byłoby chyba stwierdzenie, że wszystko robią równolegle: uczą się czystości, poznają znaczenie słowa przedszkole, idą do lekarza, przeżywają swój pierwszy, publiczny występ.

Świat przedstawiony w książce Agnieszki Wiszowatej i Pauliny Engen, to świat widziany oczyma dziecka. Bardzo ciekawa perspektywa, sugerująca rodzicom na co maluchy zwracają uwagę. Riko przyjmuje w tym świecie rolę nie tylko przyjaciela, jego obecność bywa też bodźcem do nauki. Sam, obserwując rodziców, uczy się, że Riko to nie zabawka, a członek rodziny, o którego należy dbać. Poza tym małemu chłopcu łatwiej jest oswoić to, co nowe, zrozumieć pewne kwestie, nauczyć się określonych zachowań, widząc, że dotyczą one także jego czworonożnego przyjaciela, np. fakt, że Riko poszedł do psiego przedszkola (szkolenie), sprawia, że Sam mniej się boi swojego pierwszego dnia w przedszkolu.

„Sam & Riko” to nie tylko książka dla dzieci, ale też doskonała lektura dla rodziców. Pomiędzy wierszami autorka przemyca informacje czytelne jedynie dla dorosłych jak np. to, że szkolenie psa to konieczność, zwłaszcza, gdy w domu jest dziecko lub jak ważne jest aktywne uczestnictwo rodziców w życiu dziecka (poruszyła mnie scena z Karolem, którego mama nie może przyjechać na występ w przedszkolu).

Jedynie rozdział „Sam & Riko to chłopaki!” wzbudził we mnie na chwilę pewien… hmm… opór. Pojawia się tam kwestia różnic pomiędzy chłopcami i dziewczynkami. Nie chodzi tu o różnice fizyczne, autorka opisuje dwoje dzieci różnej płci: dziewczynka przebiera lalki, chłopiec buduje wieże z klocków i bawi się w pościgi. Chociaż do tej pory Janka i Sam bawili się razem, nagle coś się zmienia – ona zajmuje się modą, on nie rozumie dlaczego już nie spędzają czasu jak kiedyś. Mama Samka tłumaczy mu więc, że Janka to dziewczynka i dlatego czasami woli bawić się lalkami, a mając do wyboru puzzle z księżniczką i samochodami, wybierze prawdopodobnie te z księżniczką. Cóż… nie sądzę bym znała lepszy sposób na wyjaśnienie dziecku dlaczego dziewczynki często wolą księżniczki niż samochody, ale jestem gorącą przeciwniczką podziału dziecięcych zabaw, zawodów czy domowych obowiązków na męskie i kobiece. Ten, wspomniany wcześniej opór, wynika także z tego, że sama jako dziecko bawiłam się ciężarówką i autobusem, skakałam przez płoty, wpadając w pokrzywy, biegałam z kijami w rękach i kapeluszem z paproci na głowie i miałam więcej kolegów niż koleżanek. Na szczęście Agnieszka Wiszowata tego podziału zabaw na dziewczęce i chłopięce dokonuje w sposób ostrożny i taktowny, dając dzieciom sygnał, że tak może być, ale nie musi, czego najlepszym dowodem jest scena, w której mama proponuje Samkowi wspólne pieczenie ciasteczek.

Warto też zwrócić uwagę na rysunki autorstwa Pauliny Engen – proste, czarno-białe, choć tak dalekie od „disneyowskiej stylistyki”, stanowią doskonałe uzupełnienie tekstu, nie odwracają uwagi od treści.

Jeśli ktoś ma wątpliwości czy rzeczywiście da się połączyć wychowywanie małego dziecka z opieką nad dużym psem, a przy tym nie oszaleć, autorka tej książki jest najlepszym przykładem, że można. Samuel i Riko istnieją bowiem naprawdę. Nie wierzycie? Oto dowód – profil na portalu społecznościowym: Sam & Riko. 

Agnieszka Wiszowata napisała książkę niezwykle ciepłą i mądrą, bo bazę stanowiły jej własne doświadczenia. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo – jeśli przeczytacie ją swojemu dziecku, niemal na pewno będziecie musieli/chcieli kupić/przygarnąć czworonożnego przyjaciela, tak więc alergicy – strzeżcie się!

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

To ja. A to Riko – mój najlepszy przyjaciel.
Riko i ja wszystko robimy razem: bawimy się, chodzimy na spacery i jeździmy na wakacje. Razem też jemy chrupki i parówki, ale tego nie mówcie mojej Mamie, bo będzie zła.

Riko jest z nami prawie od zawsze. Rodzice kupili go, kiedy byłem jeszcze bardzo mały, ale dobrze pamiętam ten dzień. Na początku wszystko wyglądało, jakby to była zwykła niedziela…

Sam to prawdziwy chłopiec. Riko to jego pies.

Sam i Riko wszystko robią razem. Wspólnie poznają świat, jeżdżą na wakacje i uczą się nowych rzeczy. Sam i Riko mają też wspólne smutki…

Książka powstała z myślą o dzieciach marzących o kudłatym przyjacielu i ich rodzicach, którzy obawiają się, że małe dziecko i szybko rosnący, czworonożny przyjaciel pod jednym dachem to szaleństwo…

Mały chłopiec i jego wielki biały pies udowodnią Wam, że jest inaczej.

Tytuł: Sam &Riko

Autor: Agnieszka Wiszowata, Paulina Engen

Wydawca: Novae Res

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 54

Oprawa: twarda

„jak się ma twój ból?” – pascal garnier

Nie znoszę brzmienia języka francuskiego. Irytuje mnie. Drażni w sposób niepojęty i może dlatego trzymam się z dala od literatury francuskiej. Podświadomie niechęć do języka przekładam na niechęć do dzieł Francuzów – nic to, że przetłumaczone na polski. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś francuskiego – były to przypadki raczej sporadyczne i nie pozostawiające głębszego śladu w mojej pamięci. Kiedy więc otworzyłam przesyłkę z książką Pascala Garniera, najpierw przyszedł zachwyt nad okładką, przypominającą starą tapetę, a następnie mina mi zrzedła na widok nazwiska. Po kilku dniach kręcenia nosem nad owym „podarkiem”, zmusiłam się i zaczęłam czytać. No i… wsiąkłam na dobre.

„Jak się ma twój ból?” to rzecz dość nietypowa w moim „literackim repertuarze”, nie czuję się kompetentna do pisania o współczesnej literaturze francuskiej, bo zwyczajnie jej nie znam, ale jestem też przeciętnym czytelnikiem i z tej perspektywy staram się patrzeć na teksty, które do mnie trafiają. I jako przeciętny czytelnik muszę przyznać, że tę książkę na pewno zapamiętam.

Głównych bohaterów – Simona i Bernarda, poznajemy w dość nietypowych okolicznościach. Simon przygotowuje się do… śmierci. Kolejne etapy owych przygotowań wskazują, że mężczyzna ma zamiar popełnić samobójstwo, wieszając się na haku żyrandola w hotelowym pokoju. Gdy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, do pokoju wkracza Bernard – to on wykonuje ostateczny ruch, wybija krzesło spod nóg Simona. Garnier rozpoczyna swoją opowieść tam, gdzie większość pisarzy ją kończy. Kolejno odkrywane elementy, stopniowo budują obraz całości. To, co ostateczne staje się punktem wyjścia do opowiedzenia historii niezwykłej znajomości dwóch mężczyzn, opisania świata, w którym żyją i przedstawienia ludzi, którzy pojawili się w stworzonej (na kilka dni) przez Bernarda i Simona przestrzeni.

Obaj bohaterowie zostali zestawieni na zasadzie przeciwieństwa. Simon – podstarzały tępiciel „szkodników”, mający własną firmę, dobrze sytuowany, doświadczony, podchodzący do życia z dystansem, raczej oschły i Bernard – młody, zaledwie 22-letni pracownik fabryki, produkującej opaski zaciskowe, którego naiwność graniczy z głupotą (lub jeśli ktoś woli – płynnie w nią przechodzi), optymista, wiecznie uśmiechnięty, gotów nieść pomoc innym ludziom. Ich przypadkowe spotkanie przeradza się w coś na kształt szorstkiej przyjaźni lub trudnej relacji ojciec-syn.

To, co najbardziej mnie poruszyło w tej książce, to wszechobecna samotność. Samotny jest Simon ze swoim trudnym charakterem i podłą pracą, samotny Bernard, którego życie jest zupełnie jałowe, pozbawione sensu i który w wieku 22 lat, zamiast cieszyć się wolnością i młodością, nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Samotna jest także Anaïs – matka Bernarda, topiąca smutki w alkoholu, Fiona – dziewczyna z domu dziecka, której metodą na zabicie wspomnianej samotności było zajście w ciążę z byle kim i urodzenie dziecka, Rose – taksydermistka, dojrzała kobieta, pragnąca towarzystwa. Wszyscy oni, spotykają się w wyniku ciągu zbiegów okoliczności. Przez chwilę przypominają rodzinę, choć przecież są sobie zupełnie obcy. Osiągają pewien rodzaj porozumienia, a nawet bliskości

„Jak się ma twój ból?” to także książka pełna śmierci, ale opisanej tak, że pozostaje ona na drugim planie, gdzieś w tle. Podskórnie wyczuwa się jej permanentną obecność, aż w końcu staje się czymś naturalnym, oswojonym, nie wywołującym fali emocji, czymś nieuchronnym, z czym bohaterowie się pogodzili.

Niewątpliwym atutem powieści Garniera jest język: prosty, bez zbędnych ozdobników, budujący pewien dystans do opisywanego świata. Ten niezaangażowany, relacjonujący, pozbawiony ocen sposób mówienia przykuwa uwagę, nie przysłaniając przy tym treści.

Jest w tej książce jakiś smutek i magia jednocześnie… Rzecz specyficzna, która znajdzie wśród czytelników zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Ja – polecam bardzo.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Autor: Pascal Garnier

Tytuł: Jak się ma twój ból?

Wydawnictwo: Claroscuro

Tłumaczenie z języka francuskiego: Gabriela Hałat

Wydanie: I

ISBN: 978-83-62498-15-4

Format: 125×195 mm

Liczba stron: 176

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Seria: ścieżki życia

http://www.claroscuro.pl/jak_sie_ma_twoj_bol.php

„żółte ptaki” – kevin powers

Ilekroć oglądam amerykańskie produkcje filmowe, w których przewija się temat wojny, mam wrażenie, że kolejny raz serwuje mi się mit bohaterskiego żołnierza armii Stanów Zjednoczonych: odważnego, nieustępliwego, dla którego ojczyzna, honor, a ostatnio też walka z terroryzmem to cele nadrzędne. Do tego armia amerykańska jawi się jako dobra matka, dbająca o swoje dzieci. Jak walczyć z mitem budowanym od lat? Ano jest sposób!

Wystarczy były żołnierz, który ma ochotę napisać powieść.

Ten wstęp stanowi właściwie odpowiedź na pytanie: o czym jest książka Kevina Powersa?

Choć to beletrystyka, trzeba przyznać, że ma w sobie olbrzymi ładunek jeśli nie prawdy, to prawdopodobieństwa. „Żółte ptaki” to opowieść o młodym mężczyźnie, właściwie chłopcu, który zaciąga się w szeregi amerykańskiej armii i wyrusza na front. Zaprzyjaźnia się z innym żołnierzem, zaledwie nastolatkiem, Murphem. Szybko okazuje się, że nikt i nic nie było w stanie przygotować chłopców na to, co czekało ich w Iraku.

Powers obala mity, odsłania nagą, żałosną, a często brutalną prawdę o wojnie. Większość walczących to nie bohaterowie, a przerażone dzieciaki, których jedynym celem jest przeżycie kolejnego dnia, którzy strzelają na oślep, bo boją się żyć ze świadomością, że to ich kula dosięgła człowieka po drugiej stronie barykady – być może terrorystę, ale równie dobrze kobietę lub dziecko. Ci, którzy dowodzą, krzykiem i brutalnością maskują swój własny strach, bo, choć sami nie mieli jeszcze czasu by dorosnąć, muszą wziąć odpowiedzialność za swoich podwładnych, wierzących ślepo w nieomylność lub szczęście dowódcy. Na wojnie lęk bywa wszechogarniający i, choć nikt nie mówi o tym głośno, bohaterscy żołnierze potrafią zsikać się ze strachu podczas ostrzału, a to już nie pasuje do wizji odważnego obrońcy ojczyzny. Śmierć staje się towarzyszem, którego niepokojąca, ciągła obecność sprawia, że chłopcy z karabinami tracą zmysły. Za to świetnie radzi sobie w tym wszystkim maszyna PR-u. Dziennikarze i kamery zawsze są tam, gdzie trzeba, oficerowie recytują wyuczone kwestie, by uspokoić podejrzliwą opinię publiczną.

Przychodzi jednak moment, gdy trzeba wrócić do domu, do tak zwanej normalności. Okazuje się wówczas, że normalność już nie istnieje. Z zakamarków pamięci, z wnętrza umysłu, z głębokiego snu wyłaniają się wyryte tam na zawsze obrazy, zapachy, smaki, dźwięki, wywołujące niechciane uczucia, z których najgorszym jest poczucie winy.

Niezwykle przejmująca, gorzka, ale prawdziwa książka. Polecam bardzo:

 

http://www.insignis.pl/book/index/78/zolte-ptaki.html

„dziennik helgi” – helga weissová

O tej książce zrobiło się głośno w Polsce już kilka tygodni temu. Zrobiło się głośno głównie dlatego, że „Dziennik Helgi” to wspomnienia dziewczynki, wspomnienia dziecka o życiu w Pradze na początku II wojny światowej, a następnie o życiu w obozach koncentracyjnych podczas wojny.

Ten dziennik jest niewątpliwie inny niż czytane przeze mnie wcześniej lektury o podobnej tematyce. Jest naiwny, miejscami nieporadny, chwilami (o dziwo!) niemal bajkowy. Ta bajkowość dotyczy zwłaszcza pobytu autorki w Terezinie – pokazowym getcie, urządzonym przez Niemców jako dowód humanitarnego traktowania Żydów. Czytelnicy przyzwyczajeni do dramatycznych opisów realiów Oświęcimia z pewnością zareagują zdziwieniem. Przyznaję, że dla mnie samej farbowane zasłonki w oknach i bardzo bogate życie kulturalne Terezina brzmią jak farsa, nieporozumienie, pomyłka – tak dalece odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas Hanna Krall, Adina Blady-Szwajger czy Henryk Makower. Był we mnie nawet z tego powodu jakiś taki dziwny bunt, uczucie, że to jest umniejszanie rozmiarów tragedii, bo gdyby ktoś miał bazować na świadectwie terezińskim autorki „Dziennika Helgi” to dojdzie do wniosku, że Żydom właściwie wcale nie było tak źle, inni mieli znacznie gorzej. Dlatego tak istotna jest świadomość, czym był Terezin i fakt, że są to wspomnienia dziecka. Ta inna perspektywa, dziecięca perspektywa patrzenia na rzeczywistość to perspektywa, w której jest jeszcze miejsce na przyjaźń, pierwszą miłość, optymizm i nadzieję.

Dziennik podzielony jest właściwie na trzy części. Pierwsza opisuje życie w Pradze na początku wojny, naznaczone wprowadzaniem kolejnych rozporządzeń, druga część to opis życia w obozie w Terezinie, trzecia część jest wspomnieniem tułaczki po kolejnych obozach (Oświęcim, Freiberg, Mauthausen). Przy czym należy zaznaczyć, że ta trzecia część pozbawia czytelnika jakichkolwiek złudzeń co do sposobu rozwiązywania „kwestii żydowskiej” przez Niemców. Zderzenie Terezina z Oświęcimiem to szok dla Helgi i jej matki, ale i szok dla czytelnika. Wstrząsający jest też opis podróży do Mauthausen – więźniarki zamknięte w wagonie, ściśnięte, oblepione brudem, głodne, spragnione.

O takich książkach jak ta mówię zawsze, że nie są do „podobania się”. To po prostu trzeba przeczytać.

 

http://www.insignis.pl/book/index/72/Dziennik-Helgi.html

„getto. bajka” – anna kościuk-suchocka

Kiedy słyszę słowo bajka, przypomina mi się natychmiast moja ulubiona, ta o Kopciuszku, którego z niedoli wybawia piękny książę. Kiedy słowo bajka słyszą dzisiaj dzieci, większość przytacza nieznane mi zupełnie tytuły japońskich seriali animowanych. Choć więc zmieniają się bajkowe postaci, unowocześnieniu ulegają stare opowieści i w ilościach hurtowych pojawiają się nowe, bajka pozostaje bajką – czy to na kartach książki czy to na ekranie telewizora, monitorze komputera czy jakiegoś innego ustrojstwa, co to się je teraz dzieciom przed oczy wpycha. No właśnie… dzieciom… bo nie wiedzieć czemu zakładamy, że odbiorcami bajki są dzieci. A gdyby tak stworzyć bajkę zupełnie nie dla dzieci? I nie, nie chodzi mi o to, o czym pomyślało teraz 90 % czytających ten tekst…

Tak się stało, że w ramach przygotowań do pracy, trafiłam na książkę Anny Kościuk-Suchockiej. Książkę, której już sam tytuł, będący dość oryginalnym zestawieniem słów, zaintrygował mnie niezmiernie. No bo muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się czytać bajek o getcie. Co prawda istniał w historii ludzkości, taki niechlubny okres, gdy wygłodzone żydowskie dzieci opowiadały sobie bajki o getcie, ale te wymyślane historie były przerażającą formą podkreślającą wynaturzenie człowieka. Ale dziś? XXI wiek, stan względnego (s)pokoju i nagle tytuł, który przyciąga uwagę: „Getto. Bajka”.

Nie tylko tytuł jest jednak uwagi godny. Cała historia jest dość dziwna, ale przez to oryginalna. Pewnego dnia, ludzkość przestała potrzebować bajek, więc wszelakiej maści bajkowe stwory trafiły do getta na obrzeżach miasta, gdzie opowiadają o swoich problemach, tęskniąc jednocześnie za znanym i nieznanym, uosobieniem dobra i zła, tęskniąc za poznaniem człowieka. Informacje dotyczące istot ludzkich są tak różne, że bajkowe stwory urządzają sąd nad Człowiekiem, przez którego znalazły się w zamknięciu, daleko od swoich rodzinnych bajek. Mimo sądu nie udaje im się odkryć prawdy o tej dziwnie niejednoznacznej istocie, dopóki ona sama nie zaczyna się pojawiać na terenie getta. W drugiej części książki, bajkowe postaci oswajają się z ludźmi, niektóre nawet się z nimi zaprzyjaźniają i te szczególne relacje zostają poddane różnego rodzaju próbom, boleśnie udowadniając jak słabym, płytkim i obojętnym stworzeniem potrafi być człowiek.

Jak na bajkę przystało jest i zakończenie, taki end, choć nie do końca wiadomo czy happy. Okazuje się, że ludzie i bajkowe stwory są sobie nawzajem niezbędne, ludzie uciekają przed światem realnym, w którym żyją, gdyż ich własne prawa nie pozwalają im zaznać spokoju i szczęścia, bohaterowie bajek są skłonni wybaczyć im odrzucenie, uczą Człowieka, czym jest oddanie, poświęcenie, przyjaźń i miłość. A ten cały obrazek trzymają w ramach prologu i epilogu Jezus i Szatan. Polecam:

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/130328/getto-bajka

„śmierć w Breslau” – marek krajewski

To dopiero druga z całej serii książek autorstwa Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, jaką zdarzyło mi się przeczytać. Po rewelacyjnej „Głowie Minotaura” postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości Krajewskiego, uważanego za mistrza kryminałów w stylu retro. I trzeba przyznać, że na miano mistrza Krajewski zasługuje. „Śmierć w Breslau” stanowi dowód na to, że istnieją jeszcze książki, w których nie ma się do czego przyczepić – nic nie drażni, nie irytuje, nie uwiera.

Cała historia zaczyna się od brutalnego, podwójnego morderstwa, kończy – jako poruszająca opowieść o samotności, porzuceniu, strachu i złości, o zemście i sile męskiej przyjaźni. Podobnie jak w „Głowie Minotaura” główną rolę odgrywa duet, tym razem są to Eberhard Mock i Herbert Anwaldt. Postać tego drugiego jest o tyle ciekawa, że zdaje się wzbudzać w Mocku jak najszlachetniejsze uczucia. Anwaldt jest buforem, który sprawia, że etycznie kontrowersyjne decyzje Mocka zostają złagodzone, nie wpływają w żaden znaczący sposób na to, jak krzepkiego policjanta odbiera czytelnik. O ile duet Mock – Popielski był zderzeniem dwóch niezwykle silnych osobowości, to w relacji Mock – Anwaldt niemal od początku jasny jest podział ról, to Mock jest opiekunem, niemal ojcem dla wychowanego w sierocińcu Herberta. Nie oznacza to jednak, że Anwaldt zostaje odsunięty na dalszy plan, wręcz przeciwnie, moment wyjazdu Eberharda Mocka na urlop, to moment gdy na kryminalnej scenie swoją partię solo odgrywa bystry i spostrzegawczy Herbert.

Oprócz wspaniale skonstruowanych głównych bohaterów, niewątpliwym atutem powieści Krajewskiego jest fabuła, nie pozwalająca nawet na chwilę nudy, wartka akcja trzyma w napięciu niemal do ostatniej strony.

Gdzieś w tle stale obecny jest wątek seksualny (podobnie w „Głowie Minotaura”), częścią zbrodni, od której wszystko się zaczyna, był gwałt. Ciąg dalszy również bogaty jest w różnego rodzaju dewiacje seksualne – od upodobania samego Mocka do perwersyjnej gry w szachy z obsługującymi go prostytutkami, przez zamiłowanie pewnego uczonego do gimnazjalistek po orgie w domu wrocławskiego arystokraty. Kto jednak lubi porno w wydaniu książkowym, zawiedzie się z pewnością, bo choć seks to istotna składowa „Śmierci w Breslau” pozostaje dodatkiem, nie ma istotnego wpływu na odbiór całości. A całość to po prostu doskonale skrojony kryminał. Gorąco polecam.

 

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2667,Smierc-w-Breslau

 

„assassin’s creed objawienia” – oliver bowden

Swoją przygodę z książkami z serii “Assassin’s Creed” zaczęłam troszkę przypadkiem i nie z własnej woli. Po przeczytaniu pierwszej części „Renesansu” przyjęłam, że zakładany odbiorca nie jest ambitny, jest za to fanem gier komputerowych, więc przeczyta tę książkę z uśmiechem. Na wszelkie niedoskonałości przymknęłam oko, tłumacząc sobie, że i takie lektury są potrzebne. Potem pojawiło się „Bractwo” – część druga i zarazem kontynuacja losów Ezia Auditore da Firenze. Utrzymana w tym samym klimacie, równie mało ambitna, ale skoro już przyjęłam, że nie o ambicję tu chodzi, to niech będzie. Przyszła jednak część trzecia „Tajemna krucjata” (i wcale nie kontynuacja losów Ezia), przy której wyczerpała się moja cierpliwość w stosunku do tej serii: koszmarna książka, koszmarnie napisana. Bo czy to gust czytelniczy mi się wyostrzył czy może język, nagle straciłam wszelką tolerancję dla banału, głupoty i bezmyślnego nadużywania krwi na kartach powieści.

Kiedy więc pojawiła się część czwarta, załamałam ręce, ale że kieruję się w życiu prostą zasadą „trzeba poznać, by ocenić” – cierpliwie przeczytałam. I werdykt brzmi – jest to najlepsza z czterech części „Assassin’s Creed”. Przede wszystkim nieporównywalnie lepszy język, styl, sposób narracji, któremu nareszcie bliżej do ksiązki niż gry komputerowej. Tak jak w poprzednich przypadkach, nie jest to lektura ambitna, bo gdyby to jakoś sklasyfikować nazwałabym tę historię typową przygodówką. Ale jest i tajemnica, i romans, i przyjaźń i zakończenie, które podnosi wartość tej książki w moich oczach. Po trzech tomach bijatyk, rozlewu krwi, agresji, główny bohater u kresu życia odkrywa co tak naprawdę ma wartość, co sprawia mu radość, pozwala odczuwać szczęście.

Jest w tym czwartym tomie sporo nawiązań do poprzednich części, więc pewnie trudno by mi było sprawnie się poruszać w tym gąszczu przygód i wspomnień bez ich znajomości – to z kolei sprawia, że każdy potencjalny czytelnik powinien rozważyć czy faktycznie chce poświęcić swój czas na przebrnięcie przez grubo ponad tysiąc stron, by dotrzeć do satysfakcjonującego finału.

Nadal nie jestem fanką tego typu powieści, etykietka „na podstawie gry” już pewnie zawsze będzie wzbudzała we mnie obawy, ale ten świat jest piękny przez swoją różnorodność, z niej możemy czerpać i wybierać, ona pomaga nam stworzyć własne wzorce tego, co piękne i wartościowe, więc cieszę się, że przytrafiła mi się ta czterotomowa podróż z Asasynami – pozwoliła ukształtować gust i nauczyć się wyrażać krytykę.

http://www.insignis.pl/book/index/67/Assassin-s-Creed–Objawienia.html