„przygoda fryzjera damskiego” – eduardo mendoza

„Kto, tak jak ja, nie dostąpił przywileju spędzenia większej części życia w domu wariatów, być może nie zna tej wielkiej prawdy: że wszyscy tam zamknięci wyraźnie dostrzegają szaleństwo pozostałych, lecz żaden nie widzi swojego.” [s. 253]

Powiedzieć, że ta książka jest specyficzna to za mało, powiedzieć, że jest w niej szaleństwo – nie dość, to jedna z najciekawszych mieszanek humoru, kryminału i groteski, jakie widziałam.

Głównego bohatera poznajemy, gdy niespodziewanie dla samego siebie, opuszcza dom wariatów. Bez środków do życia, bez perspektyw, ale z kryminalną przeszłością, postanawia odszukać swoją siostrę. Odbudowa więzi rodzinnych przebiega niezwykle szybko i sprawnie, dzięki czemu nasz bohater otrzymuje pracę w podupadającym zakładzie fryzjerskim swojego szwagra. Jest sumienny, pracowity i… zadowolony z życia. Do czasu, gdy na jego drodze staje piękna Ivet, a on sam zostaje wplątany w aferę z morderstwem w tle. Chcąc oczyścić swe imię oraz pomóc tajemniczej Ivet, damski fryzjer zamienia się w detektywa i na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkę śmierci przedsiębiorcy Manuela Pardalota. W swoich staraniach przypomina żandarma z Saint Tropez – nieporadnego, naiwnego, by nie rzec głupiego, choć wytrwale dążącego do celu.

Choćby próba opisania przebiegu owego śledztwa jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdyż gwałtowne, niemożliwe do uzasadnienia zwroty akcji oraz zawiłość zależności pomiędzy bohaterami są trudne do ogarnięcia. Przy tym poziom absurdu, jaki udało się autorowi osiągnąć – doprawdy godne podziwu.

Każdy z bohaterów jest inny, ale każdy przerysowany i na swój sposób groteskowy. Ich zachowanie wzbudzać może w czytelniku emocje mieszane: od współczucia, przez niedowierzanie aż do niekontrolowanych wybuchów radości. Nie sposób brać na poważnie tej hiszpańskiej bandy indywiduów, trudno nie patrzeć na nich z politowaniem.

Choć akcja toczy się wokół zagadki śmierci Pardalota, samo jej rozwiązanie jest jakby kwestią drugorzędną. Całość bardziej przypomina komedię, aniżeli kryminał, chociaż ostatecznie, w finale autor nawiązuje do tradycji, do kryminałów w stylu Agathy Christie – wszyscy zebrani w jednym pokoju oczekują aż detektyw (w tym wypadku fryzjer) wskaże mordercę.

Próżno doszukiwać się w tej opowieści logiki, świat stworzony przez Mendozę, to świat pokręcony, wypaczony, odrealniony, a może po prostu naznaczony szaleństwem, widziany oczami niegroźnego wariata…

To powieść zupełnie nie w moim stylu, ale poprzez swoją inność niezwykle interesująca i niewątpliwie godna uwagi.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Pewien damski fryzjer, niezrównoważony lekkoduch, który jeszcze do niedawna pozostawał pod opieką lekarzy w szpitalu psychiatrycznym, wychodzi na wolność i niemal od razu wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Uwiedziony przez seksowną femme fatale zgadza się wziąć udział we włamaniu. Nie ma pojęcia, że daje się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez tajemniczego, zamaskowanego przestępcę.

Przygoda fryzjera damskiego to zaskakujący i zarazem emocjonujący pastisz kryminału, który docenią zarówno wielbiciele gatunku, jak i oddani fani autora. Fabuła rodem z powieści Chandlera miesza się tu z przezabawną satyrą na rzeczywistość europejskiej metropolii.

Autor: Eduardo Mendoza

Tytuł: Przygoda fryzjera damskiego

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2003

Przekład: Marzena Chrobak

Ilość stron: 290

Oprawa: miękka

ISBN: 83-240-0308-8

„krew, którą nasiąkła” – åsa larsson

Nie pamiętam czy kiedykolwiek opowiadałam o tym, w jaki sposób wybieram książki, które czytam. Otóż nie wybieram. Wychodzę z założenia, że w moim życiu nic się nie dzieje bez powodu, a skoro tak, to książki, które mam przeczytać również same mi się w ręce pchają. Istnieje przy tym ryzyko, że wepchnie się też coś, co jest dalszym ciągiem czegoś innego. Tak było i tym razem – „Krew, którą nasiąkła” to drugi tom serii, której główną bohaterką jest młoda prawniczka Rebeka Martinsson. Kto nie czytał części pierwszej (jak ja) pozna Rebekę w sytuacji, delikatnie mówiąc, niezwykle trudnej. Dziewczyna wciąż nie może się otrząsnąć, po tym jak półtora roku wcześniej, zabiła w samoobronie troje ludzi.

Los jednak bywa przewrotny. Obowiązki zawodowe zmuszają główną bohaterkę do powrotu w rodzinne strony, na północ Szwecji w okolice Kiruny. Borykająca się z własnymi lękami Rebeka, trafia w środek kolejnej trudnej sprawy – zagadki brutalnego morderstwa. Ofiarą zabójcy jest, przez jednych lubiana, przez innych znienawidzona, pastor Mildred Nilsson.

Co ciekawe, główna bohaterka nie jest zaangażowana w policyjne śledztwo, jej głównym zajęciem jest walka ze sobą samą, by osiągnąć równowagę psychiczną. Pomaga jej w tym, spotkany przypadkiem niepełnosprawny chłopiec Nalle. Jego ufność i radość życia działają kojąco na Rebekę. Rozwiązaniem sprawy zajmuje się lokalna policja z Anną Marią Mellą na czele. Jedyny wkład młodej prawniczki w śledztwo, polega na przekazaniu policji dokumentów z sejfu zamordowanej pastor.

Choć książka jest kryminałem, czytając można odnieść wrażenie, że znalezienie zabójcy wcale nie jest tu najważniejsze. Narracja płynnie przechodzi z bohatera na bohatera, dzięki czemu czytelnik poznaje myśli i wkrada się w zakamarki duszy kolejnych postaci: rozbitej wewnętrznie pani prawnik, kochanki pastor Nilsson czy ojca niepełnosprawnego dziecka. Tym samym autorka porusza co najmniej kilka poważnych problemów społecznych, z których każdy mógłby stać się tematem książki. Całość przeplatana jest historią… wilczycy. W opowieści o niej uważny czytelnik może odnaleźć analogie do życia bohaterów.

Czytelnicy przyzwyczajeni do surowości i chłodu Mankella czy Indriðasona, będą zaskoczeni stylem Larsson. W jej powieści Szwecja nie jawi się jako mroczna kraina, autorka pozwala sobie na pewien sentymentalizm, nie boi się mówienia o uczuciach, hojnie obdarza nimi bohaterów, nasyca powieść. Choć zdecydowanie wolę makellowską szorstkość, łagodność Larsson była całkiem przyjemną odmianą w literackim mówieniu o Skandynawii.

Gdybym miała ocenić tę książkę w sześciostopniowej skali, „Krew, którą nasiąkła” byłaby mocną czwórką. Niezłe czytadło na długi wieczór przed kominkiem. Najlepiej w Szwecji.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Krew, którą nasiąkła

Autor: Åsa Larsson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Wydanie: I

Przekład: Beata Walczak-Larsson

Data premiery: 2011

Format: 145 × 205 mm

Oprawa: broszurowa + skrzydełka

Liczba stron: 424

ISBN: 978-83-08-04567-1

„seks na kredyt, czyli jak dostać gratis” – hanna bakuła

Można Bakułę lubić, można nie, ale raczej trudno przejść obok niej obojętnie. „Seks na kredyt” to zbiór ironiczno-satyrycznych tekstów dotyczących relacji damsko-męskich, a właściwie głównie ich fizycznego aspektu. Bakuła okiem fachowca (czterech mężów, liczba kochanków nieznana) zerka do przeważnie polskich sypialni, by bezlitośnie obnażyć brak wyobraźni polskich mężów, przewidywalność „viagruszków” i ich niemal niepełnoletnich kochanek, znudzenie żon oraz uaktualnić listę męskich kompleksów.

Podobno nie mam poczucia humoru, pewnie dlatego owe wywody bawią mnie raczej średnio, częściej dziwią lub nużą, ale podejrzewam, że każdy, u kogo poziom poczucia humoru utrzymuje się na normalnym poziomie doceni nie tylko niewątpliwą inteligencję autorki, ale i jej cięty dowcip. Nie wiem tylko czy będzie do śmiechu tym, którzy w opisach Bakuły odnajdą fragmenty własnego życia (nie tylko seksualnego).

Swoją drogą niezwykle cenię u ludzi, w tym piszących, odwagę. Wynika z tego, że cenię Bakułę – mówi, co myśli. Śmiało, wprost, często dosadnie. Obce jest jej pojęcie poprawności (zwłaszcza politycznej), skrępowania czy wstydu. Jeśli więc szukacie książki z rodzaju „co w alkowie piszczy” – Bakułę polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis

Autor: Hanna Bakuła

Wydawca: Burda Książki

Data premiery: 2014-06-18

Ilość stron: 400

ISBN: 978-83-7778-690-1

„kolekcjoner” – nora roberts

Mamy już czerwiec, więc najwyższy czas pomyśleć o propozycjach na tegoroczny urlop. Na urlopie zazwyczaj czytamy to, co chcemy, a nie to, co przeczytać musimy (bo naiwnie zakładam, że ktoś jednak na urlopie czyta). Zawsze mi się wydawało, że lato skłania ludzi do sięgania po lektury lekkie, łatwe i przyjemne, dostarczające rozrywki i nie wymagające zbyt intensywnego myślenia. Wszystko jest oczywiście kwestią gustu, ale kiedy zaczęłam czytać „Kolekcjonera”, pomyślałam sobie, że to idealna urlopowa propozycja dla fanek komedii romantycznych i oper mydlanych.
Główna bohaterka – Lila, opiekunka domów i pisarka, ma hobby – obserwuje ludzi przez lornetkę, bawi się w podglądanie cudzego życia, a na podstawie strzępów uzyskanych w ten sposób informacji, układa sobie w głowie zmyślone życiorysy obserwowanych. Owo hobby sprawia, że staje się świadkiem morderstwa i poznaje brata ofiary – utalentowanego malarza Ashtona Archera (brzmi prawie jak Kutcher). Oboje zostają mimowolnie wplątani w niebezpieczną historię z zaginionym jajkiem Fabergé w tle.
Książkę czyta się doskonale, opowieść wciąga, choć autorka operuje głównie schematem i banałem. Postawmy jednak sprawę jasno – to nie jest ambitna literatura, a literatura dla mas, coś, co sprzedaje się w milionach egzemplarzy na całym świecie. Dlaczego książki Nory Roberts cieszą się taką popularnością? Bo to typowe, babskie czytadła z happy endem. Przyciągają tłumy czytelniczek, tak jak tysiące ludzi przyciągają seriale typu „M jak miłość” lub „Moda na sukces”. Do tego, trzeba przyznać, że autorka solidnie odrobiła pracę domową, mocno osadzając swoją historię we współczesności. Czytelniczki (no i niech będzie – czytelnicy też) znajdą tam odwołania do wytworów kultury i popkultury, z którymi mają styczność bezpośrednią albo o których marzą np. Lila ogląda „Agentów NCIS” i „Kryminalne zagadki…”, a jej przyjaciółka używa szminki YSL i nosi buty od Manolo Blahnika.
Całość jest dość przewidywalna i schematyczna: Ona – kobieta samowystarczalna, córka wojskowego, żyjąca na walizkach, On – artysta malarz, zamożny, z dobrej rodziny, z silną potrzebą opiekowania się drugim człowiekiem, do tego: wielka sztuka, brutalne morderstwa, niezrównoważony, groźny przestępca-kolekcjoner, uważający się za potomka rodu Romanowów oraz egzotyczna piękność w roli zabójczyni. Nie zapominajmy też o dwójce przyjaciół, których relacje są doskonałym materiałem na oddzielną książkę – romans konkretnie.
„Kolekcjoner” jest jak fast food – wszyscy wiedzą, że niezdrowy, ale większość i tak się obżera. Nie oceniam – to Wasz urlop, sami zdecydujcie czy macie ochotę na zapiekankę czy może wolicie homara.

kolekcjoner
fot. materiały wydawnictwa

Autor: Nora Roberts

Tytuł: Kolekcjoner

Wydawnictwo: Burda Publishing Polska

Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska

ISBN: 978-83-7778-776-2

Liczba stron: 624

Oprawa: twarda

„jak się ma twój ból?” – pascal garnier

Nie znoszę brzmienia języka francuskiego. Irytuje mnie. Drażni w sposób niepojęty i może dlatego trzymam się z dala od literatury francuskiej. Podświadomie niechęć do języka przekładam na niechęć do dzieł Francuzów – nic to, że przetłumaczone na polski. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś francuskiego – były to przypadki raczej sporadyczne i nie pozostawiające głębszego śladu w mojej pamięci. Kiedy więc otworzyłam przesyłkę z książką Pascala Garniera, najpierw przyszedł zachwyt nad okładką, przypominającą starą tapetę, a następnie mina mi zrzedła na widok nazwiska. Po kilku dniach kręcenia nosem nad owym „podarkiem”, zmusiłam się i zaczęłam czytać. No i… wsiąkłam na dobre.

„Jak się ma twój ból?” to rzecz dość nietypowa w moim „literackim repertuarze”, nie czuję się kompetentna do pisania o współczesnej literaturze francuskiej, bo zwyczajnie jej nie znam, ale jestem też przeciętnym czytelnikiem i z tej perspektywy staram się patrzeć na teksty, które do mnie trafiają. I jako przeciętny czytelnik muszę przyznać, że tę książkę na pewno zapamiętam.

Głównych bohaterów – Simona i Bernarda, poznajemy w dość nietypowych okolicznościach. Simon przygotowuje się do… śmierci. Kolejne etapy owych przygotowań wskazują, że mężczyzna ma zamiar popełnić samobójstwo, wieszając się na haku żyrandola w hotelowym pokoju. Gdy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, do pokoju wkracza Bernard – to on wykonuje ostateczny ruch, wybija krzesło spod nóg Simona. Garnier rozpoczyna swoją opowieść tam, gdzie większość pisarzy ją kończy. Kolejno odkrywane elementy, stopniowo budują obraz całości. To, co ostateczne staje się punktem wyjścia do opowiedzenia historii niezwykłej znajomości dwóch mężczyzn, opisania świata, w którym żyją i przedstawienia ludzi, którzy pojawili się w stworzonej (na kilka dni) przez Bernarda i Simona przestrzeni.

Obaj bohaterowie zostali zestawieni na zasadzie przeciwieństwa. Simon – podstarzały tępiciel „szkodników”, mający własną firmę, dobrze sytuowany, doświadczony, podchodzący do życia z dystansem, raczej oschły i Bernard – młody, zaledwie 22-letni pracownik fabryki, produkującej opaski zaciskowe, którego naiwność graniczy z głupotą (lub jeśli ktoś woli – płynnie w nią przechodzi), optymista, wiecznie uśmiechnięty, gotów nieść pomoc innym ludziom. Ich przypadkowe spotkanie przeradza się w coś na kształt szorstkiej przyjaźni lub trudnej relacji ojciec-syn.

To, co najbardziej mnie poruszyło w tej książce, to wszechobecna samotność. Samotny jest Simon ze swoim trudnym charakterem i podłą pracą, samotny Bernard, którego życie jest zupełnie jałowe, pozbawione sensu i który w wieku 22 lat, zamiast cieszyć się wolnością i młodością, nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Samotna jest także Anaïs – matka Bernarda, topiąca smutki w alkoholu, Fiona – dziewczyna z domu dziecka, której metodą na zabicie wspomnianej samotności było zajście w ciążę z byle kim i urodzenie dziecka, Rose – taksydermistka, dojrzała kobieta, pragnąca towarzystwa. Wszyscy oni, spotykają się w wyniku ciągu zbiegów okoliczności. Przez chwilę przypominają rodzinę, choć przecież są sobie zupełnie obcy. Osiągają pewien rodzaj porozumienia, a nawet bliskości

„Jak się ma twój ból?” to także książka pełna śmierci, ale opisanej tak, że pozostaje ona na drugim planie, gdzieś w tle. Podskórnie wyczuwa się jej permanentną obecność, aż w końcu staje się czymś naturalnym, oswojonym, nie wywołującym fali emocji, czymś nieuchronnym, z czym bohaterowie się pogodzili.

Niewątpliwym atutem powieści Garniera jest język: prosty, bez zbędnych ozdobników, budujący pewien dystans do opisywanego świata. Ten niezaangażowany, relacjonujący, pozbawiony ocen sposób mówienia przykuwa uwagę, nie przysłaniając przy tym treści.

Jest w tej książce jakiś smutek i magia jednocześnie… Rzecz specyficzna, która znajdzie wśród czytelników zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Ja – polecam bardzo.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Autor: Pascal Garnier

Tytuł: Jak się ma twój ból?

Wydawnictwo: Claroscuro

Tłumaczenie z języka francuskiego: Gabriela Hałat

Wydanie: I

ISBN: 978-83-62498-15-4

Format: 125×195 mm

Liczba stron: 176

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Seria: ścieżki życia

http://www.claroscuro.pl/jak_sie_ma_twoj_bol.php

„biały ogień” – douglas preston, lincoln child

Kiedy byłam dzieckiem ciągle czytałam. Moi rodzice chyba mieli do mnie zaufanie, bo nigdy do głowy im nie przyszło, by skontrolować co czytam. Ja natomiast, zamiast romantycznych opowieści o księżniczkach, mając lat powyżej dziesięciu w szkolnej bibliotece wybierałam książki z serii „Przygody trzech detektywów”, „zaczytywałam się” w opowieściach o dzielnym Tomku Wilmowskim i pochłaniałam wszystko, co miało na okładce nazwisko Agathy Christie. Trudno się więc dziwić, że miłość do zagadek kryminalnych i sensacji została mi do dziś. Zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po pozycje z gatunków takich jak: kryminał, thriller, powieść przygodowa czy sensacyjna, ale im jestem starsza i im więcej książek tego rodzaju czytam, tym mniej we mnie pobłażliwości dla niedoskonałości tych wytworów ludzkiego umysłu.

Kiedy w moje ręce trafił „Biały śnieg”, bardzo szybko dałam się porwać tej opowieści. Młoda dziewczyna Corrie Swanson, której opiekunem jest nieco ekscentryczny agent FBI Pendergast, zbiera materiały do swojej pracy. W tym celu jedzie do Roaring Fork – ekskluzywnego kurortu w górach, by zbadać szczątki górników zabitych przez niedźwiedzia grizzly w II połowie XIX wieku. Oglądając kości, Corrie zauważa ślady, pozwalające jej wysnuć hipotezę jakoby mężczyźni zostali zamordowani i… pożarci przez grupę kanibali. Niepokorna dziewczyna, chcąc dotrzeć do prawdy, pakuje się w kłopoty, co skłania agenta Pendergasta do przyjazdu do Roaring Fork. Tymczasem w miasteczku zaczyna szaleć wyjątkowo okrutny podpalacz i morderca. Pendergast angażuje się w śledztwo, jednocześnie szukając rozwiązania zagadki śmierci górników. Agent zaczyna podejrzewać, że informacje o serii zabójstw sprzed lat zawarte są w… zaginionym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

Ta książka zdaje się mieć wszystko, co powinna mieć dobra książka „o zacięciu kryminalnym”: tajemnicę z przeszłości, współczesną zagadkę (podpalenia w Roaring Fork), dwoje zupełnie różnych głównych bohaterów, wielki biznes i wielkie pieniądze w tle, a do tego autorzy pokusili się o ukłon w stronę fanów prozy Conan Doyle’a. Poza tym czyta się to doskonale, a jednak… jest w tej książce pewna rysa. Ta historia od początku wydaje się nieco… hmm… bajkowa, jest w niej coś z klimatu opowieści o Sherlocku Homesie, jest trochę grozy i magii jak z dzieł Edgara Allana Poego (lub Poe – jeśli ktoś woli). Realizm „Białego ognia” jest nieco naciągany, ale czytelnik się na to godzi – zdaje się, że właśnie tak to sobie obmyślili autorzy. Przychodzi jednak taki moment, w którym czar pryska zupełnie, a całe prawdopodobieństwo opowiadanej historii znika. To moment, w którym Pendergast, wykorzystując tybetańskie metody relaksacyjne, przenosi się w czasie w swoim umyśle. Potem jest już tylko gorzej: główna bohaterka wykazuje się skrajną głupotą i naiwnością, o którą nie podejrzewałam jej wcześniej, opis wydarzeń w kopalni zawiera fragmenty jak z kiepskiej, amerykańskiej produkcji filmowej typu sensacja (np. „(…) mały palec zwisał na wąskim pasku skóry niemal zupełnie oderwany, z postrzępionego otworu ciekła krew. – Kurwa! Pozbyła się bezużytecznego palca, potrząsając ręką, aż odpadł (…)”[1]), ale najgorszy był iście hollywoodzki happy end.

Podsumowując – to nie do wiary, że można stworzyć tak ciekawą, intrygującą historię po to, by zakończyć ją w tak banalny i przewidywalny sposób.

Aha! Zapomniałam dodać, że gdzieś tak w połowie książki wiedziałam już kto jest podpalaczem.

 

[1] D. Preston, L. Child, Biały ogień, Burda Publishing Polska 2014, s. 407

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Biały ogień

Autor: Douglas Preston, Lincoln Child

Przekład: Robert P. Lipski

Tytuł oryginału: White Fire

Wydawnictwo: Burda

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-7778-767-0

„marlene” – angelika kuźniak

Przyzwoita, ale nieco rozczarowująca lektura, zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej czytał „Papuszę” tej samej autorki. „Marlene” to opowieść o Marlenie Dietriech – kobiecie uwielbianej przez miliony i znienawidzonej przez sporą część narodu niemieckiego. W oczach powojennego pokolenia Niemców była albo bohaterką, mającą odwagę sprzeciwić się Hitlerowi i głośno krytykować poczynania nazistów, albo zdrajczynią. W tej kwestii zdania są podzielone do dziś.

Marlena w opowieści stworzonej przez Angelikę Kuźniak jawi  się czytelnikowi przede wszystkim jako perfekcjonistka. Potrafiła dostrzec każde niedociągnięcie, najmniejszy błąd. Była niezwykle wymagająca wobec innych, ale i wobec siebie samej. Miewała humory i napady furii, dbała o swój wizerunek. Potrafiła zaskoczyć serdecznością, ale to chłód i zdystansowanie zdawały się być jej tarczą obronną.

Istotnym wątkiem są koncerty w Polsce, w latach 60. XX wieku. Kuźniak przywołuje wspomnienia osób współpracujących wówczas przy organizacji występów Dietriech. Ich relacje potwierdzają, że miała raczej trudny charakter.

Choć sama Marlena prawdopodobnie uważała się za dobrą matkę, słowa jej córki temu przeczą. Przede wszystkim była gwiazdą – aktorką, piosenkarką, ikoną. Matką  bywała.

Cała książka zbudowana jest na bazie kontrastu – życie Marleny w glorii chwały ściera się z obrazem dojrzałej, samotnej i  nieco zgorzkniałej kobiety, zamkniętej w czterech ścianach własnego mieszkania.

Po przeczytaniu „Marlene” pozostało we mnie uczucie niedosytu, świadomość tego, że obraz ukazany w książce jest zaledwie fragmentem, niewielkim wycinkiem historii fascynującej kobiety. Mam też wrażenie, że autorka ślizga się po powierzchni tematu,  czegoś mi tu brakuje, jakiejś głębi. Niemniej jednak jest to rzecz, którą fani Marleny Dietriech mieć powinni.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Marlene

Autor: Angelika Kuźniak

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2009

ISBN: 978-83-7536-114-8