„marlene” – angelika kuźniak

Przyzwoita, ale nieco rozczarowująca lektura, zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej czytał „Papuszę” tej samej autorki. „Marlene” to opowieść o Marlenie Dietriech – kobiecie uwielbianej przez miliony i znienawidzonej przez sporą część narodu niemieckiego. W oczach powojennego pokolenia Niemców była albo bohaterką, mającą odwagę sprzeciwić się Hitlerowi i głośno krytykować poczynania nazistów, albo zdrajczynią. W tej kwestii zdania są podzielone do dziś.

Marlena w opowieści stworzonej przez Angelikę Kuźniak jawi  się czytelnikowi przede wszystkim jako perfekcjonistka. Potrafiła dostrzec każde niedociągnięcie, najmniejszy błąd. Była niezwykle wymagająca wobec innych, ale i wobec siebie samej. Miewała humory i napady furii, dbała o swój wizerunek. Potrafiła zaskoczyć serdecznością, ale to chłód i zdystansowanie zdawały się być jej tarczą obronną.

Istotnym wątkiem są koncerty w Polsce, w latach 60. XX wieku. Kuźniak przywołuje wspomnienia osób współpracujących wówczas przy organizacji występów Dietriech. Ich relacje potwierdzają, że miała raczej trudny charakter.

Choć sama Marlena prawdopodobnie uważała się za dobrą matkę, słowa jej córki temu przeczą. Przede wszystkim była gwiazdą – aktorką, piosenkarką, ikoną. Matką  bywała.

Cała książka zbudowana jest na bazie kontrastu – życie Marleny w glorii chwały ściera się z obrazem dojrzałej, samotnej i  nieco zgorzkniałej kobiety, zamkniętej w czterech ścianach własnego mieszkania.

Po przeczytaniu „Marlene” pozostało we mnie uczucie niedosytu, świadomość tego, że obraz ukazany w książce jest zaledwie fragmentem, niewielkim wycinkiem historii fascynującej kobiety. Mam też wrażenie, że autorka ślizga się po powierzchni tematu,  czegoś mi tu brakuje, jakiejś głębi. Niemniej jednak jest to rzecz, którą fani Marleny Dietriech mieć powinni.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Marlene

Autor: Angelika Kuźniak

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2009

ISBN: 978-83-7536-114-8

Reklamy

„farby wodne” – lidia ostałowska

„Ta książka to jedno z największych osiągnięć polskiej szkoły reportażu.” – tak o „Farbach wodnych” napisał Krzysztof Czyżewski i, prawdę mówiąc, trudno się z tym nie zgodzić. Cała opowieść snuje się wokół życia Diny Gottliebovej, Żydówki z Brna, która w czasie II wojny światowej trafia do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie słynny doktor Mengele, „w imię nauki” przeprowadzający eksperymenty na więźniach, proponuje Dinie malowanie portretów „mieszańców cygańskich”, których właśnie bada. Słowo propozycja jest tu może nie na miejscu, bo chcąc ratować siebie i matkę, Dina nie ma wyboru – staje się portrecistką, wybranych przez doktora Cyganów.

Po wojnie akwarele stają się jednym z najważniejszych świadectw zagłady Cyganów w obozie, stają się także przyczyną sporu, między autorką a muzeum KL Auschwitz-Birkenau, w który to spór angażują się autorytety, ludzie kultury, środowiska romskie, żydowskie i byli więźniowie obozu zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka Dina.

Prawo własności prywatnej, będące świętością w Ameryce, zostaje przeciwstawione prawu wielu (Polaków, Cyganów, byłych więźniów obozu) do zachowania fragmentu własnej historii (społeczność romska traktowała akwarele niemal jak świętość).

Tyle, jeśli chodzi o wątek główny. Mnie, jak zwykle, znacznie bardziej fascynowało to, co przewijało się gdzieś obok. Przede wszystkim doktor Mengele – potwór, miewający wszakże ludzkie oblicze, dla którego wartością nadrzędną zdawała się być nauka. Osobowość tego człowieka to materiał na co najmniej kilka książek i filmów. Podobnie jak historia Ewy, przygarniętej przez polską rodzinę, żydowskiej dziewczynki, która po latach rozpoczyna poszukiwania krewnych, by odnaleźć własną tożsamość.

„Farby wodne” to książka niezwykła, pokazująca różnych ludzi, którzy po wojnie znaleźli się w różnych miejscach, ale wszystkich łączyło jedno – traumatyczne doświadczenie obozu, każdy z bohaterów widział przeszłość z innej perspektywy, inaczej sobie z nią radził w teraźniejszości. Dla mnie, historia Diny Gottliebovej to tylko pretekst, by opowiedzieć o ranie, jaką w duszach wielu, stojących po obu stronach, najeżonego kolczastym drutem ogrodzenia, był obóz. Polecam bardzo.

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/farby-wodne

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Farby wodne

Autor: Lidia Ostałowska

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2011

ISBN: 978-83-7536-286-2

„patrząc na wschód. przestrzeń, człowiek, mistycyzm” – piotr brysacz

Bardzo długo zbierałam się do napisania choć kilku słów o tej książce. Długo ją też czytałam. Szarpana to była lektura niezwykle, były wieczory, gdy wchłaniałam łapczywie kilka wywiadów jeden po drugim, były i takie, gdy kilka razy analizowałam odpowiedź na jedno pytanie. Ta książka jest dla mnie… magiczna. Niby nic niezwykłego – ot, takich tam jedenaście rozmów o Wschodzie. Fakt – dobór rozmówców trafiony wielce: m. in. Andrzej Stasiuk, Mariusz Wilk, Jacek Hugo-Bader, Wojciech Górecki, Wacław Radziwinowicz, a żeby i nam, prostym ludziom z Podlasia smutno nie było, na zakończenie prof. Włodzimierz Pawluczuk i o Wierszalinie słów kilka. No, ale gdzie tu magia? Na Wschodzie oczywiście. Tylko co to właściwie jest ten Wschód, gdzie się zaczyna, jak go zdefiniować i czy w ogóle definiować, na czym polega fenomen wschodniej duszy i dlaczego u licha tak ludzi na ten Wschód ciągnie? – pyta Brysacz. Każdy z rozmówców odpowiada inaczej, filtrując odpowiedzi przez własne doświadczenia i emocje, ale są pewne elementy stałe, które w każdej z tych odpowiedzi, w kontekście Wschodu zaistniały – przestrzeń, człowiek i mistycyzm.

Nie uważam się za fankę reportażu, dlatego troszkę się obawiałam swojej własnej reakcji na tę książkę. No bo brnąć przez 280 stron gadania z ludźmi piszącymi reportaże? Jakoś to do mnie nie przemawiało. W imię czego niby? Kiedy jednak przeczytałam wstęp, w którym autor tłumaczy się z tej książki, wyjaśnia po co ją napisał, wiedziałam, że będzie to jedna z najistotniejszych lektur w moim życiu. W pytaniach zadawanych przez Piotra Brysacza, pobrzmiewa bowiem pytanie o jego własną tożsamość, a tak się akurat składa, że na Podlasiu, jest to pytanie nurtujące wielu. Ani ja, ani również pochodzący z Podlasia Piotr Brysacz, nie jesteśmy tutaj wyjątkiem. Życie w wielokulturowej przestrzeni pogranicza prowokuje do zadawania sobie pytań o to, kim tak naprawdę jesteśmy. „Patrząc na Wschód” to próba odpowiedzi… choć odpowiedź ta bywa zaskakująca. Może się bowiem okazać, że „krew mieszańca z Pogranicza” wystarcza. Może się okazać, że miano „mieszańca” można nosić z dumą. Polecam bardzo.

http://www.fundacja-sasiedzi.org.pl/wydawnictwa.html

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm

Autor: Piotr Brysacz

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-8-2

„papusza” – angelika kuźniak

Z reportażem jestem trochę na bakier. Ogólnie rzecz ujmując – nie przepadam. Jestem albo wciąż bardzo naiwna albo jednak romantyczna, tak czy inaczej, wolę nurzać się w fikcji, uciekając przed rzeczywistością.

Po „Papuszę” pewnie nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie Jacek Milewski i jego „Chyba za nami nie traficie” oraz przebogata prywatna biblioteczka koleżanki Paszeko, uginająca się od pozycji wydanych przez Czarne. Tak więc za sprawą duetu Paszeko-Milewski „Papuszę” przeczytałam. No i cóż ja mogę na to powiedzieć, z tą moją niechęcią do reportażu?

Tylko tyle, że to naprawdę dobra książka – historia Papuszy, cygańskiej poetki, wyklętej przez społeczność romską, schorowanej, doświadczonej życiem kobiety. Ukarana za rzekomą zdradę, pogardzana przez współbraci, doceniana przez Jerzego Ficowskiego i Juliana Tuwima współcześnie staje się legendą.

Opowieść Angeliki Kuźniak powstała w oparciu o dokumenty, listy Papuszy (oraz te pisane do niej), a także nagrania rozmów z nią. Całość wzbogacona o zdjęcia głównej bohaterki oraz cygańskich taborów. Poruszająca, wciągająca historia, doskonale napisana. Czyta się jednym tchem. Polecam bardzo:

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/papusza