„sam & riko” – agnieszka wiszowata, paulina engen

Tym razem coś dla maluchów i ich rodziców. „Sam & Riko” to opowieść o małym chłopcu i jego wielkim psie. Choć na okładce przeczytamy, że „Sam i Riko wszystko robią razem”, właściwsze byłoby chyba stwierdzenie, że wszystko robią równolegle: uczą się czystości, poznają znaczenie słowa przedszkole, idą do lekarza, przeżywają swój pierwszy, publiczny występ.

Świat przedstawiony w książce Agnieszki Wiszowatej i Pauliny Engen, to świat widziany oczyma dziecka. Bardzo ciekawa perspektywa, sugerująca rodzicom na co maluchy zwracają uwagę. Riko przyjmuje w tym świecie rolę nie tylko przyjaciela, jego obecność bywa też bodźcem do nauki. Sam, obserwując rodziców, uczy się, że Riko to nie zabawka, a członek rodziny, o którego należy dbać. Poza tym małemu chłopcu łatwiej jest oswoić to, co nowe, zrozumieć pewne kwestie, nauczyć się określonych zachowań, widząc, że dotyczą one także jego czworonożnego przyjaciela, np. fakt, że Riko poszedł do psiego przedszkola (szkolenie), sprawia, że Sam mniej się boi swojego pierwszego dnia w przedszkolu.

„Sam & Riko” to nie tylko książka dla dzieci, ale też doskonała lektura dla rodziców. Pomiędzy wierszami autorka przemyca informacje czytelne jedynie dla dorosłych jak np. to, że szkolenie psa to konieczność, zwłaszcza, gdy w domu jest dziecko lub jak ważne jest aktywne uczestnictwo rodziców w życiu dziecka (poruszyła mnie scena z Karolem, którego mama nie może przyjechać na występ w przedszkolu).

Jedynie rozdział „Sam & Riko to chłopaki!” wzbudził we mnie na chwilę pewien… hmm… opór. Pojawia się tam kwestia różnic pomiędzy chłopcami i dziewczynkami. Nie chodzi tu o różnice fizyczne, autorka opisuje dwoje dzieci różnej płci: dziewczynka przebiera lalki, chłopiec buduje wieże z klocków i bawi się w pościgi. Chociaż do tej pory Janka i Sam bawili się razem, nagle coś się zmienia – ona zajmuje się modą, on nie rozumie dlaczego już nie spędzają czasu jak kiedyś. Mama Samka tłumaczy mu więc, że Janka to dziewczynka i dlatego czasami woli bawić się lalkami, a mając do wyboru puzzle z księżniczką i samochodami, wybierze prawdopodobnie te z księżniczką. Cóż… nie sądzę bym znała lepszy sposób na wyjaśnienie dziecku dlaczego dziewczynki często wolą księżniczki niż samochody, ale jestem gorącą przeciwniczką podziału dziecięcych zabaw, zawodów czy domowych obowiązków na męskie i kobiece. Ten, wspomniany wcześniej opór, wynika także z tego, że sama jako dziecko bawiłam się ciężarówką i autobusem, skakałam przez płoty, wpadając w pokrzywy, biegałam z kijami w rękach i kapeluszem z paproci na głowie i miałam więcej kolegów niż koleżanek. Na szczęście Agnieszka Wiszowata tego podziału zabaw na dziewczęce i chłopięce dokonuje w sposób ostrożny i taktowny, dając dzieciom sygnał, że tak może być, ale nie musi, czego najlepszym dowodem jest scena, w której mama proponuje Samkowi wspólne pieczenie ciasteczek.

Warto też zwrócić uwagę na rysunki autorstwa Pauliny Engen – proste, czarno-białe, choć tak dalekie od „disneyowskiej stylistyki”, stanowią doskonałe uzupełnienie tekstu, nie odwracają uwagi od treści.

Jeśli ktoś ma wątpliwości czy rzeczywiście da się połączyć wychowywanie małego dziecka z opieką nad dużym psem, a przy tym nie oszaleć, autorka tej książki jest najlepszym przykładem, że można. Samuel i Riko istnieją bowiem naprawdę. Nie wierzycie? Oto dowód – profil na portalu społecznościowym: Sam & Riko. 

Agnieszka Wiszowata napisała książkę niezwykle ciepłą i mądrą, bo bazę stanowiły jej własne doświadczenia. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo – jeśli przeczytacie ją swojemu dziecku, niemal na pewno będziecie musieli/chcieli kupić/przygarnąć czworonożnego przyjaciela, tak więc alergicy – strzeżcie się!

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

To ja. A to Riko – mój najlepszy przyjaciel.
Riko i ja wszystko robimy razem: bawimy się, chodzimy na spacery i jeździmy na wakacje. Razem też jemy chrupki i parówki, ale tego nie mówcie mojej Mamie, bo będzie zła.

Riko jest z nami prawie od zawsze. Rodzice kupili go, kiedy byłem jeszcze bardzo mały, ale dobrze pamiętam ten dzień. Na początku wszystko wyglądało, jakby to była zwykła niedziela…

Sam to prawdziwy chłopiec. Riko to jego pies.

Sam i Riko wszystko robią razem. Wspólnie poznają świat, jeżdżą na wakacje i uczą się nowych rzeczy. Sam i Riko mają też wspólne smutki…

Książka powstała z myślą o dzieciach marzących o kudłatym przyjacielu i ich rodzicach, którzy obawiają się, że małe dziecko i szybko rosnący, czworonożny przyjaciel pod jednym dachem to szaleństwo…

Mały chłopiec i jego wielki biały pies udowodnią Wam, że jest inaczej.

Tytuł: Sam &Riko

Autor: Agnieszka Wiszowata, Paulina Engen

Wydawca: Novae Res

Rok wydania: 2015

Ilość stron: 54

Oprawa: twarda

„przygoda fryzjera damskiego” – eduardo mendoza

„Kto, tak jak ja, nie dostąpił przywileju spędzenia większej części życia w domu wariatów, być może nie zna tej wielkiej prawdy: że wszyscy tam zamknięci wyraźnie dostrzegają szaleństwo pozostałych, lecz żaden nie widzi swojego.” [s. 253]

Powiedzieć, że ta książka jest specyficzna to za mało, powiedzieć, że jest w niej szaleństwo – nie dość, to jedna z najciekawszych mieszanek humoru, kryminału i groteski, jakie widziałam.

Głównego bohatera poznajemy, gdy niespodziewanie dla samego siebie, opuszcza dom wariatów. Bez środków do życia, bez perspektyw, ale z kryminalną przeszłością, postanawia odszukać swoją siostrę. Odbudowa więzi rodzinnych przebiega niezwykle szybko i sprawnie, dzięki czemu nasz bohater otrzymuje pracę w podupadającym zakładzie fryzjerskim swojego szwagra. Jest sumienny, pracowity i… zadowolony z życia. Do czasu, gdy na jego drodze staje piękna Ivet, a on sam zostaje wplątany w aferę z morderstwem w tle. Chcąc oczyścić swe imię oraz pomóc tajemniczej Ivet, damski fryzjer zamienia się w detektywa i na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkę śmierci przedsiębiorcy Manuela Pardalota. W swoich staraniach przypomina żandarma z Saint Tropez – nieporadnego, naiwnego, by nie rzec głupiego, choć wytrwale dążącego do celu.

Choćby próba opisania przebiegu owego śledztwa jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdyż gwałtowne, niemożliwe do uzasadnienia zwroty akcji oraz zawiłość zależności pomiędzy bohaterami są trudne do ogarnięcia. Przy tym poziom absurdu, jaki udało się autorowi osiągnąć – doprawdy godne podziwu.

Każdy z bohaterów jest inny, ale każdy przerysowany i na swój sposób groteskowy. Ich zachowanie wzbudzać może w czytelniku emocje mieszane: od współczucia, przez niedowierzanie aż do niekontrolowanych wybuchów radości. Nie sposób brać na poważnie tej hiszpańskiej bandy indywiduów, trudno nie patrzeć na nich z politowaniem.

Choć akcja toczy się wokół zagadki śmierci Pardalota, samo jej rozwiązanie jest jakby kwestią drugorzędną. Całość bardziej przypomina komedię, aniżeli kryminał, chociaż ostatecznie, w finale autor nawiązuje do tradycji, do kryminałów w stylu Agathy Christie – wszyscy zebrani w jednym pokoju oczekują aż detektyw (w tym wypadku fryzjer) wskaże mordercę.

Próżno doszukiwać się w tej opowieści logiki, świat stworzony przez Mendozę, to świat pokręcony, wypaczony, odrealniony, a może po prostu naznaczony szaleństwem, widziany oczami niegroźnego wariata…

To powieść zupełnie nie w moim stylu, ale poprzez swoją inność niezwykle interesująca i niewątpliwie godna uwagi.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Pewien damski fryzjer, niezrównoważony lekkoduch, który jeszcze do niedawna pozostawał pod opieką lekarzy w szpitalu psychiatrycznym, wychodzi na wolność i niemal od razu wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Uwiedziony przez seksowną femme fatale zgadza się wziąć udział we włamaniu. Nie ma pojęcia, że daje się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez tajemniczego, zamaskowanego przestępcę.

Przygoda fryzjera damskiego to zaskakujący i zarazem emocjonujący pastisz kryminału, który docenią zarówno wielbiciele gatunku, jak i oddani fani autora. Fabuła rodem z powieści Chandlera miesza się tu z przezabawną satyrą na rzeczywistość europejskiej metropolii.

Autor: Eduardo Mendoza

Tytuł: Przygoda fryzjera damskiego

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2003

Przekład: Marzena Chrobak

Ilość stron: 290

Oprawa: miękka

ISBN: 83-240-0308-8

„pokolenia. wiek deszczu, wiek słońca” – katarzyna droga

Czasami zastanawiam się, jakim cudem, udaje mi się ciągle coś czytać, skoro sama przed sobą przyznaję się jedynie do miłości do kryminałów i thrillerów… Cóż, bardzo możliwe, że wynika to z przekonania, iż żeby czegoś nie lubić trzeba to najpierw poznać, trzeba tego spróbować. Również z racji tego, że moja praca opiera się częściowo na czytaniu książek, zdarza się, że w moje ręce trafiają publikacje kompletnie nie z kręgu moich zainteresowań czytelniczych. Tak trafiła do mnie książka „Pokolenia” Katarzyny Drogiej. Wiedziałam o niej tyle (o książce, nie o Katarzynie), że jest tam mocno rozbudowany wątek podlaski. Kiedy więc usłyszałam słowo „saga” w kontekście „Pokoleń”, przyznaję – zmroziło mnie. Oczyma wyobraźni widziałam już serię niekończących się nieszczęśliwych miłości, zdrad, intryg z przemijaniem, śmiercią i, oby, zmianami społeczno-kulturowymi w tle, i chociaż to wszystko w „Pokoleniach” znajdziemy, ma w sobie ta książka jakąś magiczną siłę, sprawiającą, że losy głównych bohaterów – Janki i Leszka, wydają się chwilami dziwnie znajome, a sami bohaterowie – bliscy.

Katarzyna Droga zbudowała powieść wielopłaszczyznową i każdy czytelnik sam może wybrać to, co jest dla niego najważniejsze. Mnie poruszył przede wszystkim obraz pokolenia wojny – ludzi, którzy przetrwali strach, głód, poniżenie, umknęli wszechobecnej śmierci. To opowieść o ludziach, każdego dnia próbujących jak smakuje „normalność”, drżących na sam dźwięk słowa wojna, zmuszonych budować swą dorosłość, wolność, niezależność na zgliszczach, skazanych na wieczną walkę z pamięcią i niepamięcią, z demonami przeszłości, zmagających się z odpowiedzią na pytanie o sens i wartość własnego istnienia, rozpaczliwie pragnących żyć pełnią życia, a jednocześnie zaszczutych przez nowy System, rozczarowanych tym, że rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wizją świata, o który walczyli ich ojcowie, bracia, wujowie lub oni sami.

Białostoczanie odnajdą w „Pokoleniach” cudowny, plastyczny opis miasta podnoszącego się po wojnie, obraz rodzącego się środowiska inteligencji, którą władze partyjne próbują trzymać w ryzach: obietnicą, prośbą i groźbą.

Są też indywidualne historie: banalne, śmieszne, poważne, tragiczne. Jest miłość spełniona i ta, która spełnić się nigdy nie mogła, jest romans i zdrada, zabójstwo z miłości/zazdrości, jest szaleństwo po stracie dziecka , jest choroba i próba losu, jest czas weryfikacji – kto przyjaciel, kto wróg. Są małżonkowie i kochankowie, matki i córki, siostry i bracia, ojcowie i synowie. Jest w końcu tajemnicza rzeka Narew, dziwnie przypominająca życie: z zakrętami, wirami, wylewająca wiosną, by latem znów powrócić do koryta, biegnąca uparcie przed siebie.

„Pokolenia” czyta się znakomicie, główni bohaterowie niemal natychmiast zyskują sympatię czytelników. Akcja toczy się szybko, nie ma czasu na nudę. Ku mojemu zdumieniu, udało się autorce uniknąć przegadania (przy takiej opowieści? – chylę czoła!), pojawia się za to żonglowanie czasem : historia Janki przeplatana jest wstawkami z współczesności , obrazami Warszawy z 2012 roku.

Najistotniejsza jest jednak w tym wszystkim prawda, bowiem bohaterowie „Pokoleń” żyli naprawdę – w tym sensie książka ociera się o dokument. Wydarzenia opisane przez Katarzynę Drogą to prawdziwa historia rodziny autorki.  Świadomość tego również wpłynęła na mój sposób patrzenia na tę książkę, doskonale bowiem rozumiem chęć sięgnięcia do życia przodków, potrzebę umocnienia poczucia własnej tożsamości i ocalenia od zapomnienia ludzi, których kochamy.

Polecam  więc bardzo serdecznie:

http://onepress.pl/ksiazki/pokolenia-wiek-deszczu-wiek-slonca-katarzyna-droga,pokole.htm

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca

Autor: Katarzyna Droga

Wydawnictwo: Helion

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-246-7721-4

„kobieta i mężczyźni” – manuela gretkowska

Świetna książka. Sprzed kilku lat, ale bardzo aktualna. Są oczywiście elementy charakterystyczne dla Gretkowskiej: kobieta, mężczyźni, seks, zdrada…., ale jest też coś nowego, niespodziewane spoiwo – depresja.

Główną bohaterką jest Klara, kobieta, z całkiem poukładanym życiem, której jedynym szaleństwem było chyba porzucenie tradycyjnej medycyny na rzecz akupunktury. Wszystko zmienia się, gdy mąż Klary – Jacek, ambitny architekt popada w depresję. Początkowo troskliwa i czuła żona, nie radząc sobie z apatią męża, przerywaną nadaktywnością i wybuchami gniewu, zaczyna skupiać się na sobie, zastanawiać nad własnymi potrzebami i szukać sposobu na odnalezienie się w nowej, niezwykle trudnej sytuacji.

Gdzieś obok Klary i Jacka, funkcjonują w tej opowieści postaci Joanny i Marka, jak dla mnie – znacznie ciekawsze. Joanna to typowa Matka Polka, wydaje się, że jej głównym zajęciem jest rodzenie dzieci i troszczenie się o rodzinę. Niby jest szczęśliwa, ale uwierają ją ambicje, chęć zrobienia czegoś dla własnej satysfakcji, dla siebie. Marek to przede wszystkim… przykładny katolik, dla którego katolicyzm stał się sposobem na życie – dosłownie, bo mężczyzna pracuje w katolickich mediach. Wiara, rodzina i patriotyzm to najważniejsze dla Marka wartości, którym podporządkowuje również (albo się stara) swoją żonę. Od momentu, gdy poznajemy Joannę i Marka, do końca książki ich życie ulega całkowitej przemianie. Joanna z kury domowej zmienia się w zaradną właścicielkę cukierni, Marek poznaje smak zdrady, poświęca to, co wcześniej uważał za święte na rzecz zauroczenia wyuzdaną dentystką Elżbietą i przechodzi na buddyzm. Całość przypomina nieco farsę i pewnie dlatego, zaskakuje uświadomienie sobie, ile w tym wszystkim prawdziwego życia…

To, co zawsze ceniłam w książkach, to przełamywanie stereotypów, dotykanie tematów tabu, nazywanie wprost tego, o czym w realnym świecie się nie mówi, co się omija niczym kolonie trędowatych. W „Kobiecie…” to temat depresji u mężczyzn. Już samo słowo depresja, dla wielu brzmi abstrakcyjnie, skoro nie widać jej na zdjęciu rentgenowskim, to znaczy, że jest jedynie wymysłem, a już depresja jako choroba, na którą zapadają mężczyźni to jakieś nieporozumienie, absurd. Otóż nie. Zdarza się zarówno kobietom jak i mężczyznom i tak – wywraca życie do góry nogami. Kto choćby otarł się o ten stan, wie, że potem nic już nie jest takie jak wcześniej. Polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Kobieta i mężczyźni

Autor: Manuela Gretkowska

Wydawnictwo: Świat Książki

Rok wydania: 2007

ISBN: 978-83-247-0557-3

„cevdet bej i synowie” – orhan pamuk

Nie znam się na tureckiej literaturze. Nigdy też nie byłam w Turcji. Chronię się przed światem w czterech ścianach, gdzie z lubością wsłuchuję się w ciszę, może dlatego nie podróżuję… bo w podróży zawsze jest się skazanym na drugiego człowieka. Jeśli chodzi o Turcję, to od kiedy pamiętam, wydawała mi się tłoczna… nie ma lepszego określenia, po prostu tłoczna, nie zatłoczona, a tłoczna właśnie. I nie chodzi tylko o ludzi, chodzi o wszystko, wszystkiego za dużo – kurzu, towarów, zdobień, stopni… Gdybym miała kiedykolwiek wyjechać gdzieś na dłużej to prawdopodobnie wybrałabym Szwecję albo Norwegię, zimną północ, która kojarzy mi się z samotnością, z surowym pięknem pustki. To chyba na tyle w kwestii stereotypowych wyobrażeń, wróćmy do literatury.

Do sięgnięcia po Orhana Pamuka (w sumie nawet nie wiem czy to się po naszemu odmienia) skłoniła mnie rozmowa z kolegą, który jako student spędził w Turcji trochę czasu. Gdy o tym opowiadał, w jego głosie słychać było prawdziwe emocje, szczery entuzjazm. Uświadomiłam sobie wówczas, że nie dość, że nic nie wiem o Turcji, Turkach, ich sposobie życia, obyczajach, religii, światopoglądzie, to w dodatku nie mam pojęcia o tureckiej literaturze. A skoro nie mam pojęcia, to nie mam też punktu odniesienia dla powieści „Cevdet Bej…”. Pozwolę więc sobie rzucić garść luźnych uwag…

Niedawno wspominałam, że z trudem znoszę teksty literackie, które są większe aniżeli pięćset stron, chyba, że jest dla tych pokaźnych rozmiarów jakieś uzasadnienie. „Cevdet Bej i synowie” ma ponad siedemset i zdecydowanie nie znajduję dla tych siedmiuset stron wystarczającego uzasadnienia. W ogóle to jedna z najdziwniejszych powieści, jakie czytałam, bo wzbudzająca we mnie skrajnie różne emocje. Z jednej strony sam tekst – długi, przegadany, z akcją ograniczoną do minimum, bohaterami, którzy z uporem maniaka zadają sobie, niemal wszyscy (!), takie same pytania. Z drugiej – arcyciekawy portret Turcji, zbudowany na bazie życiorysów przedstawicieli trzech pokoleń. Pamuk przez pryzmat życia jednostek ukazuje zmiany zachodzące w kraju, w społeczeństwie, w mentalności Turków w XX wieku. Jednym z głównych bohaterów jest Cevdet Bej – jeden z pierwszych muzułmańskich kupców w Stambule. To losy jego rodziny stanowią oś, wokół której opowiadane są historie innych ludzi, m. in. syna Cevdeta – Refika oraz wnuka Ahmeta. To, co łączy wszystkich bohaterów, to przedziwny niepokój, skłaniający ich do stawiania sobie pytań o sens życia.

Bohaterami są głównie mężczyźni, to ich oczami oglądamy świat. Jedyną znaczącą postacią kobiecą jest Nigân Hanym, żona Cevdeta Beja, a po śmierci męża przedstawicielka najstarszego pokolenia, seniorka rodu. Nawet jeśli w Turcji faktycznie panuje tak silny patriarchat, to zabrakło mi szerszego, kobiecego spojrzenia, bo to przedstawione w powieści wydaje mi się powierzchowne, ukazuje kobiety jako istoty nie mające ambicji albo nie mające prawa do ambicji, do dokonywania niezależnych wyborów. Jestem bardzo ciekawa, co miałaby do powiedzenia np. Ilknur, przyjaciółka Ahmeta i chyba jedyna kobieta, próbująca sama o sobie decydować.

Podsumowując – naprawdę dobra książka, choć dla cierpliwych. Pozostawia przesyt jeśli chodzi o formę i niedosyt, jeśli chodzi o treść.

Polecam uwadze:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/67307/cevdet-bej-i-synowie

„gwiazdozbiór psa” – peter heller

Kiedy termometr za oknem dobije do 27 kresek (powyżej zera oczywiście), znak to, iż pora na wakacyjne lektury. Co prawda 27 stopni odnotowaliśmy już jakiś czas temu, ale obowiązki sprawiły, że dopiero na początku lipca miałam okazję zastanowić się nad tym, co by tu można podrzucić koleżankom i kolegom do wakacyjnego plecaka. I mam już pierwszą, tegoroczną książkę-faworytkę.

Bestseller Petera Hellera to z pozoru ten typ książki, która nie może niczym zaskoczyć. Dedukuję to z… opisu na okładce. Gdy wzrok, kolejny raz, zatrzymuje się na słowach wskazujących, że akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie, człowiek zaczyna się zastanawiać, co też u licha nowego można jeszcze o tym napisać? Ludzkość wybito w literaturze i filmie na dziesiątki jeśli nie setki sposobów, choć najpopularniejsze to wciąż meteoryt, broń nuklearna i epidemia. I epidemią właśnie załatwił Heller gatunek Homo sapiens w swojej powieści.

„Gwiazdozbiór psa” to świat opisany przez pryzmat losu jednostki, głównym bohaterem i narratorem zarazem jest Hig, mężczyzna w sile wieku, który podczas epidemii grypy, stracił całe swoje życie. Jego domem od lat jest hangar na lotnisku, najbliższym przyjacielem – pies Jasper, rodziną – Bangley, jedyny zdrowy człowiek w okolicy, pasją – latanie cessną z 1956 roku. Podczas jednego z lotów, Hig słyszy w radiu głos człowieka. Wspomnienie tego głosu nie daje mu spokoju. W końcu wyrusza na poszukiwania.

Fabuła może niezbyt odkrywcza, bowiem motyw podróży powtarzany jest w literaturze od lat, tyle że… nie o akcję tu chodzi. Powieść Hellera jest jak rozpaczliwy głos człowieka w pustej przestrzeni. Główną rolę grają emocje bohatera. „Gwiazdozbiór psa” jest próbą odpowiedzi na pytanie, gdzie jest granica wytrzymałości człowieka. Jest też studium samotności i rozpaczy, opisem bólu po stracie przyjaciela i odradzającej się woli życia. Właściwie to nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej, w jakiejkolwiek książce odnalazła tak przejmujący obraz owej, wspomnianej już, samotności, ale też mało znam piękniej namalowanej słowem nadziei. Bo to właśnie nadzieja stanowi zakończenie tej opowieści.

Krótko mówiąc, książka godna miana „bestseller”. Polecam bardzo:

http://www.insignis.pl/book/index/74/Gwiazdozbior-psa.html

„ości” – ignacy karpowicz

Wymyślenie tytułu „Ości” zajęło mi trzy lata. To jak wiadomo – końcówka, która nie ma tematu. Dostajemy ramkę, do której możemy włożyć wszystko, co chcemy. Samemu trzeba ją wypełnić: samotność, nieprzyjemność, tożsamość. (Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,14074703,Ignacy_Karpowicz__W_Polsce_trudno_byc_starsza_kobieta_.html?as=2#ixzz2IPpRPYdD)  – tak o swojej najnowszej powieści mówił Ignacy Karpowicz na spotkaniu w Białymstoku. I rzeczywiście, „ości” to powieść niezwykle otwarta na interpretacje, ale po kolei…

Zacznijmy od bohaterów. Ich mnogość i zawiłość wzajemnych powiązań początkowo może przyprawiać o zawrót głowy, a jeśli opierać się jedynie na opisie, umieszczonym na okładce książki, potencjalny czytelnik (albo raczej nie-potencjalny, bo nie mający wcześniej do czynienia z prozą Karpowicza) niechybnie nabierze przekonania, że oto czołowy polski prozaik, na grubo ponad czterystu stronach, umieścił krajową wersję brazylijskiej telenoweli. Otóż nie umieścił. Bo choć ulokowanie obok siebie, nawet na tysiącu stron, pary gejów, drag queen przeistaczającej się na co dzień w dobrego męża i ojca, kilku matek, gromadki dzieci, żarliwej katoliczki, wyzwolonej kobiety sypiającej ze znacznie młodszym mężczyzną, męża i żony wraz z ich kochankami i nastoletnim synem, miłości, śmierci, zagubienia, strachu, kota, tchórzofretki i rybki, przez przeciętnego Polaka nadal jest odbierane jako abstrakcja, wcale takie abstrakcyjne nie jest. Karpowicz serwuje nam uproszczony schemat współczesnego, wielkomiejskiego społeczeństwa. Tyle, że uproszczony wcale nie oznacza prosty. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że jest to struktura znacznie bardziej skomplikowana, czuła, dynamiczna niż ta, spotykana w małych miasteczkach, gdzie wszyscy wszystko wiedzą. Życie w wielkim mieście pozwala na swobodę działania i wolność wyborów, ale jednocześnie burząc tradycyjne pojęcia/kategorie związków, rodziny, relacji międzyludzkich, zmusza do wypracowania nowych rozwiązań, wymaga emocjonalnej elastyczności, niezbędnej by w tym wielkim świecie egzystować. W „ościach” konserwatyzm ściera się z liberalizmem, ale nie ma tam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie która opcja wygrywa.

Różnorodność bohaterów, choć początkowo zadziwiająca, a miejscami (dla niektórych) trudna do przyjęcia, jest niezwykle pomocna na etapie indywidualnego odbioru powieści. Okazuje się, że choć całość przypisana została przestrzeni wielkiego miasta, nawet w małej podlaskiej wsi znajdzie się matka, której łatwiej udawać, że nie wie o homoseksualizmie syna, żona, w imię wierności tradycji i wierze katolickiej, godząca się na trwanie w instytucji małżeństwa czy zagubiony nastolatek, tracący poczucie bezpieczeństwa z powodu „niestandardowych” zachowań swoich rodziców. Właściwie każdy, kto sięgnie po tę powieść, w którymś momencie odnajdzie fragment samego siebie, własnych emocji lub doświadczeń… choć pewnie nie każdy będzie umiał się do tego przyznać.

Jeśli chodzi o warstwę fabularną – nie jest to propozycja dla fanów wartkiej akcji, dzieje się skąpo w sferze fizycznych zdarzeń, ale mnóstwo w sferze emocjonalnej. Sporo się też dzieje jeśli chodzi o wizualną stronę książki (i wcale nie mówię o okładce), główny tekst przetkany jest, wyróżnionymi inną czcionką, fragmentami. Są to między innymi wspomnienia czy objaśnienia przypominające hasła z encyklopedii. Kojarzą mi się z didaskaliami, to takie uzupełnienie głównego tekstu, podanie okoliczności, serwowanie czytelnikowi danych, pozwalających stworzyć pełniejszy obraz całości.

Przez ponad czterysta stron myślałam o tej książce jako o niefrasobliwej. Dziwne, bo pierwszy raz przychodzi mi do głowy takie określenie w kontekście tekstu literackiego. Przez czterysta stron wahałam się między ostrożną ciekawością a rozczarowaniem (w końcu to Karpowicz – mam prawo się spodziewać najlepszego!) . Kiedy skończyłam, uznałam, że jest to jedna z najbardziej poruszających książek, jakie mi się przytrafiły. Polecam bardzo: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci—Ignacy-Karpowicz