„przygoda fryzjera damskiego” – eduardo mendoza

„Kto, tak jak ja, nie dostąpił przywileju spędzenia większej części życia w domu wariatów, być może nie zna tej wielkiej prawdy: że wszyscy tam zamknięci wyraźnie dostrzegają szaleństwo pozostałych, lecz żaden nie widzi swojego.” [s. 253]

Powiedzieć, że ta książka jest specyficzna to za mało, powiedzieć, że jest w niej szaleństwo – nie dość, to jedna z najciekawszych mieszanek humoru, kryminału i groteski, jakie widziałam.

Głównego bohatera poznajemy, gdy niespodziewanie dla samego siebie, opuszcza dom wariatów. Bez środków do życia, bez perspektyw, ale z kryminalną przeszłością, postanawia odszukać swoją siostrę. Odbudowa więzi rodzinnych przebiega niezwykle szybko i sprawnie, dzięki czemu nasz bohater otrzymuje pracę w podupadającym zakładzie fryzjerskim swojego szwagra. Jest sumienny, pracowity i… zadowolony z życia. Do czasu, gdy na jego drodze staje piękna Ivet, a on sam zostaje wplątany w aferę z morderstwem w tle. Chcąc oczyścić swe imię oraz pomóc tajemniczej Ivet, damski fryzjer zamienia się w detektywa i na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkę śmierci przedsiębiorcy Manuela Pardalota. W swoich staraniach przypomina żandarma z Saint Tropez – nieporadnego, naiwnego, by nie rzec głupiego, choć wytrwale dążącego do celu.

Choćby próba opisania przebiegu owego śledztwa jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdyż gwałtowne, niemożliwe do uzasadnienia zwroty akcji oraz zawiłość zależności pomiędzy bohaterami są trudne do ogarnięcia. Przy tym poziom absurdu, jaki udało się autorowi osiągnąć – doprawdy godne podziwu.

Każdy z bohaterów jest inny, ale każdy przerysowany i na swój sposób groteskowy. Ich zachowanie wzbudzać może w czytelniku emocje mieszane: od współczucia, przez niedowierzanie aż do niekontrolowanych wybuchów radości. Nie sposób brać na poważnie tej hiszpańskiej bandy indywiduów, trudno nie patrzeć na nich z politowaniem.

Choć akcja toczy się wokół zagadki śmierci Pardalota, samo jej rozwiązanie jest jakby kwestią drugorzędną. Całość bardziej przypomina komedię, aniżeli kryminał, chociaż ostatecznie, w finale autor nawiązuje do tradycji, do kryminałów w stylu Agathy Christie – wszyscy zebrani w jednym pokoju oczekują aż detektyw (w tym wypadku fryzjer) wskaże mordercę.

Próżno doszukiwać się w tej opowieści logiki, świat stworzony przez Mendozę, to świat pokręcony, wypaczony, odrealniony, a może po prostu naznaczony szaleństwem, widziany oczami niegroźnego wariata…

To powieść zupełnie nie w moim stylu, ale poprzez swoją inność niezwykle interesująca i niewątpliwie godna uwagi.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Pewien damski fryzjer, niezrównoważony lekkoduch, który jeszcze do niedawna pozostawał pod opieką lekarzy w szpitalu psychiatrycznym, wychodzi na wolność i niemal od razu wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Uwiedziony przez seksowną femme fatale zgadza się wziąć udział we włamaniu. Nie ma pojęcia, że daje się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez tajemniczego, zamaskowanego przestępcę.

Przygoda fryzjera damskiego to zaskakujący i zarazem emocjonujący pastisz kryminału, który docenią zarówno wielbiciele gatunku, jak i oddani fani autora. Fabuła rodem z powieści Chandlera miesza się tu z przezabawną satyrą na rzeczywistość europejskiej metropolii.

Autor: Eduardo Mendoza

Tytuł: Przygoda fryzjera damskiego

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2003

Przekład: Marzena Chrobak

Ilość stron: 290

Oprawa: miękka

ISBN: 83-240-0308-8

„skrzydlata trumna” – marcin wroński

Musiałam jakoś odreagować złośliwy początek roku, a jak wiadomo nie ma nic lepszego na podły nastrój niż dobry kryminał. W takich sytuacjach sięgam po kolejne tomy przygód komisarza Maciejewskiego, by umysł mógł odpocząć.

Tym razem głównego bohatera spotykamy w 1936 roku. Zyga Maciejewski zostaje wezwany do Lubelskiej Wytwórni Samolotów, gdzie samobójstwo popełnia nocny stróż – Feliks Susek. Powód? Oficjalnie – zawód miłosny. Prosta zdawałoby się sprawa, wzbudza jednak podejrzenia komisarza, gdy orientuje się, że niektórym bardzo zależy na jej umorzeniu. Niebawem okazuje się, że doświadczony śledczy miał rację – przypadkiem odkrywa, że ciało rzekomego samobójcy… w rzeczywistości nie należy do Feliksa Suska.

Ciągu dalszego nie zdradzę, zdradzę jednak, że akcja powieści toczy się dwutorowo – śledztwo prowadzone w 1936 roku, przeplata Wroński obrazkami z roku 1945, gdy Zyga jest więziony i maltretowany przez „bezpieczniaka” majora Grabarza, próbującego zmusić komisarza do podpisania deklaracji współpracy. W celi Maciejewski spotyka mężczyznę, który pomoże mu „zakończyć” śledztwo sprzed lat.

Mocno obecna w tym tomie jest postać Róży Marczyńskiej – partnerki komisarza i – zaryzykuję to stwierdzenie – jedynej kobiety, jaką Maciejewski obdarzył uczuciem. Oprócz oficjalnie prowadzonych spraw, Zyga prowadzi własne śledztwo, chcąc doprowadzić do złapania ludzi odpowiedzialnych za handel narkotykami w Lublinie. Ta prywatna krucjata to skutek wcześniejszych problemów Róży – dziewczyna była uzależniona od morfiny.

( Z zaufaniem chyba jednak było krucho w tym związku, bo Zyga właściwie codziennie metodycznie „przeczesywał” mieszkanie w poszukiwaniu fiolek, mających być dowodem na to, że Marczyńska przegrała z nałogiem. )

Mocne strony powieści Wrońskiego to – tak jak w poprzednich tomach cyklu – solidna podstawa historyczna, plastyczność postaci i to, że całość jest niezwykle prawdopodobna. Gdybym usłyszała tę opowieść od leciwego komisarza policji – uwierzyłabym.

Tę książkę czyta się jednym tchem – o ile ma się czas. Ja nie miałam, więc czytałam w trzech podejściach i niestety nieco się gubiłam. Wybrany przez autora sposób narracji w tym przypadku nie pomagał, może dlatego „Skrzydlatą trumnę” kończyłam bez zachwytu. Niemniej jednak, wciąż mam ochotę na więcej.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Czwarty tom cyklu kryminalnego Marcina Wrońskiego! Lublin w odcieniach retro, przedwojenne i powojenne losy Zygi Maciejewskiego…
Jest 1936 rok, nocny stróż w Lubelskiej Wytwórni Samolotów Feliks Susek odbiera sobie życie na służbie. Jak donosi „Express Lubelski i Wołyński”, powodem desperackiego kroku jest nieodwzajemniona miłość denata do ponętnej krawcowej. Kiedy sprawa ma zostać umorzona, komisarz Maciejewski odkrywa, że ciało w trumnie nie należy do samobójcy. Rozpoczyna się mozolne śledztwo, które łączy pozornie niepowiązane ze sobą zdarzenia i postaci, a temperatura rośnie z każdą minutą. Czy policjantowi uda się połączyć wątki i rozwikłać mrożącą krew w żyłach tajemnicę? Na niektóre odpowiedzi będzie musiał zaczekać kilka lat, kiedy w 1945 roku w celi lubelskiego więzienia spotka ducha z przeszłości.
Fałszywi świadkowie, handlarze narkotyków, kłopotliwe znajomości – Lublin Wrońskiego to istne Sin City na słowiańską nutę. Komisarz Zygmunt Maciejewski będzie zmuszony nie tylko wniknąć w mroczną tkankę miasta, ale także zmierzyć się z własnym nałogiem, bólem i pożądaniem. W tle akompaniuje mu słynna berlińska śpiewaczka, Mathi Lirhen i złowrogie odgłosy nocnych ulic.

Auto: Marcin Wroński

Tytuł: Skrzydlata trumna

Wydawca: W.A.B.

Rok wydania: 2012

Oprawa: miękka

Ilość stron: 307

ISBN: 978-83-7747-645-1

„jak się ma twój ból?” – pascal garnier

Nie znoszę brzmienia języka francuskiego. Irytuje mnie. Drażni w sposób niepojęty i może dlatego trzymam się z dala od literatury francuskiej. Podświadomie niechęć do języka przekładam na niechęć do dzieł Francuzów – nic to, że przetłumaczone na polski. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś francuskiego – były to przypadki raczej sporadyczne i nie pozostawiające głębszego śladu w mojej pamięci. Kiedy więc otworzyłam przesyłkę z książką Pascala Garniera, najpierw przyszedł zachwyt nad okładką, przypominającą starą tapetę, a następnie mina mi zrzedła na widok nazwiska. Po kilku dniach kręcenia nosem nad owym „podarkiem”, zmusiłam się i zaczęłam czytać. No i… wsiąkłam na dobre.

„Jak się ma twój ból?” to rzecz dość nietypowa w moim „literackim repertuarze”, nie czuję się kompetentna do pisania o współczesnej literaturze francuskiej, bo zwyczajnie jej nie znam, ale jestem też przeciętnym czytelnikiem i z tej perspektywy staram się patrzeć na teksty, które do mnie trafiają. I jako przeciętny czytelnik muszę przyznać, że tę książkę na pewno zapamiętam.

Głównych bohaterów – Simona i Bernarda, poznajemy w dość nietypowych okolicznościach. Simon przygotowuje się do… śmierci. Kolejne etapy owych przygotowań wskazują, że mężczyzna ma zamiar popełnić samobójstwo, wieszając się na haku żyrandola w hotelowym pokoju. Gdy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, do pokoju wkracza Bernard – to on wykonuje ostateczny ruch, wybija krzesło spod nóg Simona. Garnier rozpoczyna swoją opowieść tam, gdzie większość pisarzy ją kończy. Kolejno odkrywane elementy, stopniowo budują obraz całości. To, co ostateczne staje się punktem wyjścia do opowiedzenia historii niezwykłej znajomości dwóch mężczyzn, opisania świata, w którym żyją i przedstawienia ludzi, którzy pojawili się w stworzonej (na kilka dni) przez Bernarda i Simona przestrzeni.

Obaj bohaterowie zostali zestawieni na zasadzie przeciwieństwa. Simon – podstarzały tępiciel „szkodników”, mający własną firmę, dobrze sytuowany, doświadczony, podchodzący do życia z dystansem, raczej oschły i Bernard – młody, zaledwie 22-letni pracownik fabryki, produkującej opaski zaciskowe, którego naiwność graniczy z głupotą (lub jeśli ktoś woli – płynnie w nią przechodzi), optymista, wiecznie uśmiechnięty, gotów nieść pomoc innym ludziom. Ich przypadkowe spotkanie przeradza się w coś na kształt szorstkiej przyjaźni lub trudnej relacji ojciec-syn.

To, co najbardziej mnie poruszyło w tej książce, to wszechobecna samotność. Samotny jest Simon ze swoim trudnym charakterem i podłą pracą, samotny Bernard, którego życie jest zupełnie jałowe, pozbawione sensu i który w wieku 22 lat, zamiast cieszyć się wolnością i młodością, nie ma pojęcia co ze sobą zrobić. Samotna jest także Anaïs – matka Bernarda, topiąca smutki w alkoholu, Fiona – dziewczyna z domu dziecka, której metodą na zabicie wspomnianej samotności było zajście w ciążę z byle kim i urodzenie dziecka, Rose – taksydermistka, dojrzała kobieta, pragnąca towarzystwa. Wszyscy oni, spotykają się w wyniku ciągu zbiegów okoliczności. Przez chwilę przypominają rodzinę, choć przecież są sobie zupełnie obcy. Osiągają pewien rodzaj porozumienia, a nawet bliskości

„Jak się ma twój ból?” to także książka pełna śmierci, ale opisanej tak, że pozostaje ona na drugim planie, gdzieś w tle. Podskórnie wyczuwa się jej permanentną obecność, aż w końcu staje się czymś naturalnym, oswojonym, nie wywołującym fali emocji, czymś nieuchronnym, z czym bohaterowie się pogodzili.

Niewątpliwym atutem powieści Garniera jest język: prosty, bez zbędnych ozdobników, budujący pewien dystans do opisywanego świata. Ten niezaangażowany, relacjonujący, pozbawiony ocen sposób mówienia przykuwa uwagę, nie przysłaniając przy tym treści.

Jest w tej książce jakiś smutek i magia jednocześnie… Rzecz specyficzna, która znajdzie wśród czytelników zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Ja – polecam bardzo.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Autor: Pascal Garnier

Tytuł: Jak się ma twój ból?

Wydawnictwo: Claroscuro

Tłumaczenie z języka francuskiego: Gabriela Hałat

Wydanie: I

ISBN: 978-83-62498-15-4

Format: 125×195 mm

Liczba stron: 176

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Seria: ścieżki życia

http://www.claroscuro.pl/jak_sie_ma_twoj_bol.php

„zimny wiatr” – arnaldur indriðason

Bardzo przyzwoita książka, choć po przeczytaniu czterech poprzednich kryminałów z Erlendurem Sveinssonem w roli głównej, już nie tak porywająca jak „Głos” czy „Jezioro”. Indriðason trzyma się schematu: wątek główny – aktualne śledztwo, równolegle opis osobistego życia Erlendura i zjawisko czy też raczej problem społeczny. I tak główny wątek to śledztwo w sprawie zabójstwa ciemnoskórego chłopca, którego ciało znaleziono w kałuży krwi przed blokiem. W tym samym czasie okazuje się, że zaginął przyrodni brat ofiary – pochodzący z Tajlandii nastolatek. Erlendur wraz z Elinborg i Sigurdurem Olim rozpoczynają poszukiwania nastolatka oraz mordercy, nie wykluczając, że mogła to być zbrodnia na tle rasistowskim. Tak dochodzimy do problemu społecznego czyli rasizmu i tolerancji lub jej braku wobec emigrantów w islandzkim społeczeństwie. W międzyczasie Erlendur nadal zmaga się z demonami przeszłości i chorobą byłej szefowej, która uważa go za swojego przyjaciela.

Właściwie trudno czytelnikowi odgadnąć jaki był motyw zbrodni. Rozwiązanie zagadki okazuje się banalnie proste, a przez to przerażające. Bezsensowność śmierci dziecka – to jest to, co rzeczywiście porusza w „Zimnym wietrze”.

Jest w tej opowieści jeszcze jeden wątek, który przykuł moją uwagę. W czasie śledztwa policjanci zatrzymują Andresa – mężczyznę, mającego całkiem bogatą kartotekę. W „Zimnym wietrze” jest to jednak postać niejednoznaczna, z jednej strony przestępca, z drugiej – nawet po latach – wciąż przerażony chłopiec, borykający się z traumatycznymi wspomnieniami molestowania przez ojczyma. Poruszający obraz dorosłego człowieka, nie umiejącego rozliczyć się z przeszłością, wciąż odczuwającego upokorzenie i lęk przez dawnym oprawcą. Bardzo żałuję, że historia Andresa to tylko migawka w powieści Indriðasona.

Ogólnie rzecz ujmując – dobra książka, tylko tej iskry zabrakło… a jednak polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Zimny wiatr

Autor: Arnaldur Indriðason

Przekład: Jacek Godek

Tytuł oryginału: Vetrarborgin

Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-936-0

„pokolenia. wiek deszczu, wiek słońca” – katarzyna droga

Czasami zastanawiam się, jakim cudem, udaje mi się ciągle coś czytać, skoro sama przed sobą przyznaję się jedynie do miłości do kryminałów i thrillerów… Cóż, bardzo możliwe, że wynika to z przekonania, iż żeby czegoś nie lubić trzeba to najpierw poznać, trzeba tego spróbować. Również z racji tego, że moja praca opiera się częściowo na czytaniu książek, zdarza się, że w moje ręce trafiają publikacje kompletnie nie z kręgu moich zainteresowań czytelniczych. Tak trafiła do mnie książka „Pokolenia” Katarzyny Drogiej. Wiedziałam o niej tyle (o książce, nie o Katarzynie), że jest tam mocno rozbudowany wątek podlaski. Kiedy więc usłyszałam słowo „saga” w kontekście „Pokoleń”, przyznaję – zmroziło mnie. Oczyma wyobraźni widziałam już serię niekończących się nieszczęśliwych miłości, zdrad, intryg z przemijaniem, śmiercią i, oby, zmianami społeczno-kulturowymi w tle, i chociaż to wszystko w „Pokoleniach” znajdziemy, ma w sobie ta książka jakąś magiczną siłę, sprawiającą, że losy głównych bohaterów – Janki i Leszka, wydają się chwilami dziwnie znajome, a sami bohaterowie – bliscy.

Katarzyna Droga zbudowała powieść wielopłaszczyznową i każdy czytelnik sam może wybrać to, co jest dla niego najważniejsze. Mnie poruszył przede wszystkim obraz pokolenia wojny – ludzi, którzy przetrwali strach, głód, poniżenie, umknęli wszechobecnej śmierci. To opowieść o ludziach, każdego dnia próbujących jak smakuje „normalność”, drżących na sam dźwięk słowa wojna, zmuszonych budować swą dorosłość, wolność, niezależność na zgliszczach, skazanych na wieczną walkę z pamięcią i niepamięcią, z demonami przeszłości, zmagających się z odpowiedzią na pytanie o sens i wartość własnego istnienia, rozpaczliwie pragnących żyć pełnią życia, a jednocześnie zaszczutych przez nowy System, rozczarowanych tym, że rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wizją świata, o który walczyli ich ojcowie, bracia, wujowie lub oni sami.

Białostoczanie odnajdą w „Pokoleniach” cudowny, plastyczny opis miasta podnoszącego się po wojnie, obraz rodzącego się środowiska inteligencji, którą władze partyjne próbują trzymać w ryzach: obietnicą, prośbą i groźbą.

Są też indywidualne historie: banalne, śmieszne, poważne, tragiczne. Jest miłość spełniona i ta, która spełnić się nigdy nie mogła, jest romans i zdrada, zabójstwo z miłości/zazdrości, jest szaleństwo po stracie dziecka , jest choroba i próba losu, jest czas weryfikacji – kto przyjaciel, kto wróg. Są małżonkowie i kochankowie, matki i córki, siostry i bracia, ojcowie i synowie. Jest w końcu tajemnicza rzeka Narew, dziwnie przypominająca życie: z zakrętami, wirami, wylewająca wiosną, by latem znów powrócić do koryta, biegnąca uparcie przed siebie.

„Pokolenia” czyta się znakomicie, główni bohaterowie niemal natychmiast zyskują sympatię czytelników. Akcja toczy się szybko, nie ma czasu na nudę. Ku mojemu zdumieniu, udało się autorce uniknąć przegadania (przy takiej opowieści? – chylę czoła!), pojawia się za to żonglowanie czasem : historia Janki przeplatana jest wstawkami z współczesności , obrazami Warszawy z 2012 roku.

Najistotniejsza jest jednak w tym wszystkim prawda, bowiem bohaterowie „Pokoleń” żyli naprawdę – w tym sensie książka ociera się o dokument. Wydarzenia opisane przez Katarzynę Drogą to prawdziwa historia rodziny autorki.  Świadomość tego również wpłynęła na mój sposób patrzenia na tę książkę, doskonale bowiem rozumiem chęć sięgnięcia do życia przodków, potrzebę umocnienia poczucia własnej tożsamości i ocalenia od zapomnienia ludzi, których kochamy.

Polecam  więc bardzo serdecznie:

http://onepress.pl/ksiazki/pokolenia-wiek-deszczu-wiek-slonca-katarzyna-droga,pokole.htm

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca

Autor: Katarzyna Droga

Wydawnictwo: Helion

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-246-7721-4

„farby wodne” – lidia ostałowska

„Ta książka to jedno z największych osiągnięć polskiej szkoły reportażu.” – tak o „Farbach wodnych” napisał Krzysztof Czyżewski i, prawdę mówiąc, trudno się z tym nie zgodzić. Cała opowieść snuje się wokół życia Diny Gottliebovej, Żydówki z Brna, która w czasie II wojny światowej trafia do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie słynny doktor Mengele, „w imię nauki” przeprowadzający eksperymenty na więźniach, proponuje Dinie malowanie portretów „mieszańców cygańskich”, których właśnie bada. Słowo propozycja jest tu może nie na miejscu, bo chcąc ratować siebie i matkę, Dina nie ma wyboru – staje się portrecistką, wybranych przez doktora Cyganów.

Po wojnie akwarele stają się jednym z najważniejszych świadectw zagłady Cyganów w obozie, stają się także przyczyną sporu, między autorką a muzeum KL Auschwitz-Birkenau, w który to spór angażują się autorytety, ludzie kultury, środowiska romskie, żydowskie i byli więźniowie obozu zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka Dina.

Prawo własności prywatnej, będące świętością w Ameryce, zostaje przeciwstawione prawu wielu (Polaków, Cyganów, byłych więźniów obozu) do zachowania fragmentu własnej historii (społeczność romska traktowała akwarele niemal jak świętość).

Tyle, jeśli chodzi o wątek główny. Mnie, jak zwykle, znacznie bardziej fascynowało to, co przewijało się gdzieś obok. Przede wszystkim doktor Mengele – potwór, miewający wszakże ludzkie oblicze, dla którego wartością nadrzędną zdawała się być nauka. Osobowość tego człowieka to materiał na co najmniej kilka książek i filmów. Podobnie jak historia Ewy, przygarniętej przez polską rodzinę, żydowskiej dziewczynki, która po latach rozpoczyna poszukiwania krewnych, by odnaleźć własną tożsamość.

„Farby wodne” to książka niezwykła, pokazująca różnych ludzi, którzy po wojnie znaleźli się w różnych miejscach, ale wszystkich łączyło jedno – traumatyczne doświadczenie obozu, każdy z bohaterów widział przeszłość z innej perspektywy, inaczej sobie z nią radził w teraźniejszości. Dla mnie, historia Diny Gottliebovej to tylko pretekst, by opowiedzieć o ranie, jaką w duszach wielu, stojących po obu stronach, najeżonego kolczastym drutem ogrodzenia, był obóz. Polecam bardzo.

http://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/farby-wodne

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Farby wodne

Autor: Lidia Ostałowska

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2011

ISBN: 978-83-7536-286-2

„za horyzont” – andriej diakow

To kolejna już książka, wydana w ramach projektu „Uniwersum Metro 2033”, stworzonego przez Dmitrija Glukhovsky’ego i ostatnia część trylogii Andrieja Diakowa. Tym razem, znani z poprzednich części („Do światła” i „W mrok”) bohaterowie: stalker Taran, jego przybrane dzieci Gleb i Aurora, mutant Giennadij, stary maszynista Migałycz, strachliwy Indianin oraz chirurg Bezbożnik, wyruszają w długą i niebezpieczną podróż do dalekiego Władywostoku, by odnaleźć wolne od radioaktywnego skażenia tereny i ocalić mieszkańców targanego wewnętrznymi konfliktami petersburskiego metra.

Powieść czyta się znakomicie, Andriej Diakow nie rozczarowuje swoich wiernych czytelników. Autor w pełni wykorzystuje motyw podróży, pod płaszczem schematu (wrogowie, walka, przygody, niebezpieczeństwo) umieszczając indywidualne przemyślenia bohaterów na temat ich własnego życia oraz ogólną refleksję na temat kondycji ludzkości. Nie zabrakło, charakterystycznego dla powieści Diakowa, wątku budowania więzi na linii ojciec – przybrany syn. Pytanie o wartości i sens życia to kwestie co chwila „przemykające” gdzieś w tle opowieści o przygodach członków ekspedycji, a jednak…

…pod pewnymi względami jest to powieść dość przewidywalna, miejscami schemat wygrywa z oryginalnością, tyle, że prawdę mówiąc, nie oczekiwałam od tej książki zaskoczenia, wielkich emocji czy życiowych prawd. „Za horyzont” to lektura, która ma porwać czytelnika, pozwolić oderwać się od dnia codziennego, zanurzyć w postapokaliptycznej rzeczywistości, przeżyć przygodę. Wszelkie aspekty filozoficzno-moralne to dodatkowy jej atut. Krótko mówiąc – literaturoznawców nie powali na kolana. Tylko czy to dla nich pisane są książki? Nie sądzę. Polecam.

http://www.insignis.pl/book/index/81/Za-horyzont.html

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Za horyzont

Autor: Andriej Diakow

Przekład: Paweł Podmiotko

Tytuł oryginału: За горизонт

Wydawnictwo: Insignis Media

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-63944-22-3