„powrót nauczyciela tańca” – henning mankell

To pierwszy, przeczytany przeze mnie, kryminał Mankella z innym bohaterem głównym niż Kurt Wallander i pewnie dlatego czytało się go nieco inaczej. Do tego po książkę sięgnęłam bezpośrednio po obejrzeniu I sezonu szwedzkiej wersji serialu „Wallander”, gdzie jednym z trojga głównych bohaterów jest Stefan Lindman. Tak się złożyło, że niejaki Stefan Lindman jest też głównym bohaterem „Powrotu…”. Mając w pamięci to, że w trzynastym odcinku serialu poznajemy tajemnicę Stefana, która doprowadza do jego tragicznej śmierci, przez pierwszych sto stron próbowałam zapomnieć, że czytam o nieboszczyku ;-). Na szczęście książka ma stron pięćset, więc w końcu dałam się wciągnąć.

Nie wiem czy jest sens próbować oceniać tę powieść, bo już samo nazwisko Mankell jest gwarancją doskonale skrojonego kryminału. Tym razem było podobnie – fascynująca historia, której początki sięgają II wojny światowej, świetnie napisana, trzymająca w napięciu niemal do ostatniej strony.

Niezwykle ciekawe wydaje mi się zjawisko, o którym mowa w „Powrocie…” – odrodzenie idei faszystowskich we współczesnym społeczeństwie, tak naprawdę nie tylko szwedzkim, choć właśnie na przykładzie Szwecji buduje swoją powieść Mankell. Nikogo chyba jednak przekonywać nie trzeba, że działalność grup neonazistowskich nie jest tylko wymysłem wyobraźni autora. On sam w posłowiu do „Powrotu…” pisze: (…) wśród zmyślonych przeze mnie zdarzeń jest ziarno prawdy. Taki właśnie miałem zamiar.

Mocną stroną powieści Mankella zawsze było łączenie we właściwych proporcjach wątku kryminalnego i osobistego, związanego z życiem bohatera. Ten schemat powtarza się także w „Powrocie…”. Stefana poznajemy w momencie, gdy dowiaduje się, że zdiagnozowano u niego nowotwór, cały jego świat wywraca się do góry nogami. Mężczyzna nie umie sobie poradzić z myślą, że w każdej chwili może umrzeć. Szukając sposobu na ucieczkę przed przygnębiającymi myślami, angażuje się w śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa, którego ofiarą pada były policjant i zarazem dawny kolega Stefana – Herbert Molin. W trakcie dochodzenia, Stefan odkrywa nie tylko niechlubną przeszłość ofiary, ale i nieznane mu wcześniej fakty z życia własnego ojca. Całość dość brutalna i mroczna, tradycyjnie już wpisana w surowy krajobraz Szwecji.

Mankell tworzy fikcję prawdopodobną i siła tego prawdopodobieństwa jest potężnym atutem jego prozy. W „Powrocie…” znalazłam jednak niedoskonałość na tym gruncie, moment, który wydał mi się przesadą. Cała opowieść jest naznaczona piętnem śmierci – policjant z nowotworem, wojenne zbrodnie, brutalne zabójstwo Molina i Anderssona… wszystko to układa się w logiczną całość. Jest tylko jeden element, który nie pasuje – moment, gdy świadek umiera śmiercią naturalną podczas przesłuchania. No tego już dla mnie za wiele!

Ale, poza tym jednym, drobnym incydentem, polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1130

Reklamy

„widma w mieście breslau” – marek krajewski

Mroczna Seria wydawnictwa W.A.B. to od lat gwarant dobrej, kryminalnej prozy. Dobrej tak bardzo, że jeśli bezpośrednio po przeczytaniu kryminału wydanego pod tym znakiem, sięga się po kryminał wydany przez kogo innego, to niemal na pewno skończy się to rozczarowaniem.

Lektura „Kina Venus” Marcina Wrońskiego nie zdołała zaspokoić mojego apetytu na dreszczyk emocji, więc by nie doświadczyć uczuć przykrych, zabrałam się za kolejną książkę z Mrocznej Serii – „Widma w mieście Breslau” Marka Krajewskiego.

Powieści Wrońskiego i Krajewskiego pod pewnymi względami są dość podobne – styl retro, miejskie tło, niepokorny policjant jako główny bohater, alkohol, prostytutki i morderstwa jako stałe niemal elementy krajobrazu. Wroński na miejsce akcji wybrał sobie Lublin, Krajewski – Wrocław. Obaj świetnie sobie radzą z wprowadzeniem czytelnika w niepowtarzalny klimat miast z okresu międzywojennego.

„Widma…” to dość mroczna i hmm… duchowa, można by rzec (będą seanse spirytystyczne, tajemnicze bractwo i wiara w starożytne bóstwa), odsłona przygód asystenta kryminalnego Eberharda Mocka. Wciągająca fabuła sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury, ale prócz wątku kryminalnego, równie ważna wydaje się opowieść o człowieku jako jednostce: zagubionej, samotnej, zdradzonej, rozpaczliwie poszukującej ciepła.

Mock to człowiek o wielu twarzach – surowy, czasami bezwzględny policjant, namiętny kochanek, czuły opiekun, troskliwy syn. Doświadcza skrajnych emocji, poznaje ciężkie jarzmo odpowiedzialności za śmierć drugiego człowieka, odkrywa w sobie zdolność do odczuwania miłości, choć walkę wciąż toczą w nim serce i rozsądek.

Chyba wszyscy bohaterowie „Widm…” to postaci bardzo prawdziwe, chciałoby się powiedzieć – z krwi i kości, niezwykle ludzcy przez swoje słabości, popełniane pomyłki, przez to, że autor dał im prawo do niedoskonałości.

Nie mam w zwyczaju zdradzać zakończenia, więc i tym razem tego nie zrobię. Powiem jedynie, że nie jest to finał w stylu Agathy Christie. Jest w tym zakończeniu pewien niepokój, prowokujący pytanie o to, kto jest faktycznym wygranym w „sprawie czterech marynarzy” (tak nazwała kryminalną zagadkę wrocławska opinia publiczna, gdyż śledztwo wszczęto po brutalnym morderstwie, którego ofiarami padli czterej mężczyźni, prawdopodobnie marynarze)? I czy śmierć to odpowiednia cena za sprawiedliwość?

Polecam bardzo: http://www.wab.com.pl/?ECProduct=383

„biały koń” – michał androsiuk

Jest we mnie dziwny opór przed czytaniem tego, co czytają wszyscy. A jakoś tak ponad rok temu, głównie z racji nagrody im. Kazaneckiego, wszyscy czytali „Białego konia”. No to skoro wszyscy czytali, to ja oczywiście nie. Przeczytałam za to wówczas „Wagon drugiej klasy”, również Androsiuka, ale że „Wagon…” zdarzył mi się po „Żurawiejce” Wiesława Rozbickiego, uczuciem dominującym po lekturze obu tekstów była wtórność Androsiuka względem Rozbickiego na poziomie budowy swego rodzaju podstawy, jaką był opis małego, podlaskiego miasteczka i konstrukcja postaci znaczących dla funkcjonowania społeczności, będącej zbiorowym bohaterem powieści (trochę to zawiłe, ale mam nadzieję, że zrozumiałe). Pierwsze trzydzieści stron „Wagonu drugiej klasy” wyglądało na żywcem niemal wyjęte ze sporo wcześniejszej „Żurawiejki”, choć potem (po tych trzydziestu stronach) Androsiuk stworzył oryginalną nadbudowę stanowiącą o wartości swojego dzieła. Tak czy inaczej pozostały uczucia bardzo mieszane. Tak więc nie paliłam się do lektury „Białego konia”. Wreszcie po wielu miesiącach postanowiłam jednak doń zajrzeć. I cóż ujrzały oczy moje? Przejaw geniuszu!

„Biały koń” to doskonała opowieść, której największą zaletą jest maksymalne nasycenie Podlasiem. To historia przygraniczna do szpiku kości, swojska na wskroś, tutejsza w każdym słowie i tak prawdopodobna, że aż prawdziwa. Charakterystyka Podlasia, a zwłaszcza jego przygranicznej części odbywa się poprzez opis fragmentów życia poszczególnych członków rodziny Iwaniuków. Osobą scalającą wszystkie losy jest babka Sońka – kobieta spajająca swoim życiem kolejne epoki, będąca świadkiem narodzin i śmierci kolejnych ustrojów politycznych, stanowiąca swego rodzaju gwarant przedłużenia wielowiekowych tradycji, stojąca na straży domowego ogniska i życia zgodnego z prawami natury i wolą boską.

Tłem dla rozgrywających się wydarzeń jest najpierw leżąca tuż przy granicy wieś, następnie niewielkie, podlaskie miasteczko, gdzie słychać zarówno polską mowę, jak i prostą gwarę, a w niedzielę cerkiewne dzwony wzywają na modlitwę do spółki z kościelnymi. Najważniejszy jest jednak klimat… Świat opisywany przez Androsiuka żyje, oddycha, odczuwa. Wszystko o czym pisze autor „Białego konia”, choć przeze mnie doświadczone bezpośrednio jedynie w niewielkim stopniu, wydaje się do bólu znajome, do bólu ukochane, do bólu piękne i tak bardzo moje. I przyznaję szczerze – nie ma we mnie za grosz obiektywizmu, bo być nie może, gdy trącona została najczulsza struna duszy… gdy obudzona została tęsknota za światem, który umierał na twoich oczach.

Polecam bardzo: http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120117/RECENZJE/234456303

„i więcej nic nie pamiętam” – adina blady-szwajger

„Przez 40 lat po wojnie byłam lekarzem. Wierzę, naprawdę wierzę, że lekarzem jest się po to, żeby zawsze i wszędzie ratować życie. Przez te 40 lat nie odstąpiłam od tego nigdy. Ale gdzieś pod spodem zawsze myślałam, że nie mam prawa. Nie mam prawa do wykonywania zawodu! Bo przecież nie zaczyna się pracy lekarza od prowadzenia ludzi zamiast do życia – do śmierci. I z tym zostałam. Do teraz. I nic nie pomaga, że wiem, że to wszystko było właśnie po to, żeby ratować życie ludzkie, że to wszystko było konieczne, ale po drodze było coś nie tak, jak trzeba. Może za ciężkie na resztę życia?” – Adina Blady-Szwajger „I więcej nic nie pamiętam”

Słyszałam już głosy, że z historią polskich Żydów podczas wojny, jest jak z dobrych chwytem marketingowym – sprzeda się zawsze, wywołując przy tym całą gamę emocji od smutku po złość. I wiem, że mamy już Marka Edelmana, Henryka Makowera, Adama Czerniakowa… , ale tych świadectw nigdy dość.

Właściwie zaczęło się od pewnego artykułu w „Wysokich obcasach”, artykułu-wywiadu z córką Adiny Blady-Szwajger, artykułu, który był krzykiem dziecka. Wynikało z tych wspomnień, że Adina Blady-Szwajger nie była dobrą matką, a momentami po prostu nie była nią wcale. Nie chciała? Nie umiała? Niemożność odpowiedzi na te pytania, skłoniła mnie do przeczytania wspomnień „lekarki z getta”, jak zwało ją wielu. I przestałam szukać odpowiedzi, bo nikt z nas, żyjących współcześnie, nieświadomych i niezdolnych nawet do wyobrażenia sobie realiów wojennych, nie ma prawa szukać uzasadnienia dla jej ułomnego macierzyństwa. Bo jakie może być macierzyństwo, jeśli nie ułomne, po podaniu chorym dzieciom śmiertelnej dawki morfiny, by nie wpadły w ręce Niemców? Jakie może być macierzyństwo po dokonaniu aborcji, bo „podczas wojny dzieci nie mają prawa się rodzić”?

Te urywane relacje z warszawskiego getta i późniejszego okresu, gdy Adina pracowała jako łączniczka Żydowskiej Organizacji Bojowej zapisane zostały szybko, podczas choroby autorki, gdy ona sama obawiała się, że umrze i nie zdąży tych wspomnień utrwalić. Milczała 40 lat nim uświadomiła sobie, że jej powinnością jest przekazanie wiedzy o tym, co było kolejnym pokoleniom.

Trudno pisać o książce „I więcej nic nie pamiętam” jak o literaturze, gdy nawet autorka, mówi, że „to nie jest literatura”. To zlepek wspomnień, zapisany językiem może nie wyzutym z emocji, ale dość chłodnym i zdystansowanym. Jako łączniczka ŻOB Adina Blady-Szwajger, musiała nauczyć się kontrolowania emocji, ukrywania strachu… i takie są te wspomnienia, nawet gdy mowa o rzeczach dla przeciętnego odbiorcy strasznych jak: cierpienie, agonia, śmierć, życie w upodleniu, relacja nadal pozostaje rzeczowa, nawet nazwanie emocji nie likwiduje tego uczucia dystansu. Paradoksalnie, ten język wzmacnia przerażający obraz wojny, wyłaniający się ze wspomnień.

Na początku tego wpisu umieściłam fragment, którym kończy się książka. Jedyny fragment, w którym autorka umieściła wszystkie emocje: ból, cierpienie, żal, smutek, a przede wszystkim olbrzymie poczucie winy, które okazało się być piętnem na całe życie. Piętnem dla lekarza, ale przede wszystkim dla człowieka.

Polecam bardzo: http://www.swiatksiazki.pl/i-wiecej-nic-nie-pamietam-adina-blady-szwajger,p90076522.html

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/recenzjeksiazek/1503954,1,recenzja-ksiazki-adina-blady-szwajger-i-wiecej-nic–nie-pamietam.read

„assassin’s creed objawienia” – oliver bowden

Swoją przygodę z książkami z serii “Assassin’s Creed” zaczęłam troszkę przypadkiem i nie z własnej woli. Po przeczytaniu pierwszej części „Renesansu” przyjęłam, że zakładany odbiorca nie jest ambitny, jest za to fanem gier komputerowych, więc przeczyta tę książkę z uśmiechem. Na wszelkie niedoskonałości przymknęłam oko, tłumacząc sobie, że i takie lektury są potrzebne. Potem pojawiło się „Bractwo” – część druga i zarazem kontynuacja losów Ezia Auditore da Firenze. Utrzymana w tym samym klimacie, równie mało ambitna, ale skoro już przyjęłam, że nie o ambicję tu chodzi, to niech będzie. Przyszła jednak część trzecia „Tajemna krucjata” (i wcale nie kontynuacja losów Ezia), przy której wyczerpała się moja cierpliwość w stosunku do tej serii: koszmarna książka, koszmarnie napisana. Bo czy to gust czytelniczy mi się wyostrzył czy może język, nagle straciłam wszelką tolerancję dla banału, głupoty i bezmyślnego nadużywania krwi na kartach powieści.

Kiedy więc pojawiła się część czwarta, załamałam ręce, ale że kieruję się w życiu prostą zasadą „trzeba poznać, by ocenić” – cierpliwie przeczytałam. I werdykt brzmi – jest to najlepsza z czterech części „Assassin’s Creed”. Przede wszystkim nieporównywalnie lepszy język, styl, sposób narracji, któremu nareszcie bliżej do ksiązki niż gry komputerowej. Tak jak w poprzednich przypadkach, nie jest to lektura ambitna, bo gdyby to jakoś sklasyfikować nazwałabym tę historię typową przygodówką. Ale jest i tajemnica, i romans, i przyjaźń i zakończenie, które podnosi wartość tej książki w moich oczach. Po trzech tomach bijatyk, rozlewu krwi, agresji, główny bohater u kresu życia odkrywa co tak naprawdę ma wartość, co sprawia mu radość, pozwala odczuwać szczęście.

Jest w tym czwartym tomie sporo nawiązań do poprzednich części, więc pewnie trudno by mi było sprawnie się poruszać w tym gąszczu przygód i wspomnień bez ich znajomości – to z kolei sprawia, że każdy potencjalny czytelnik powinien rozważyć czy faktycznie chce poświęcić swój czas na przebrnięcie przez grubo ponad tysiąc stron, by dotrzeć do satysfakcjonującego finału.

Nadal nie jestem fanką tego typu powieści, etykietka „na podstawie gry” już pewnie zawsze będzie wzbudzała we mnie obawy, ale ten świat jest piękny przez swoją różnorodność, z niej możemy czerpać i wybierać, ona pomaga nam stworzyć własne wzorce tego, co piękne i wartościowe, więc cieszę się, że przytrafiła mi się ta czterotomowa podróż z Asasynami – pozwoliła ukształtować gust i nauczyć się wyrażać krytykę.

http://www.insignis.pl/book/index/67/Assassin-s-Creed–Objawienia.html

„chata” – william paul young

Zawsze byłam przeciwna mieszaniu Boga do literatury. Może nawet nie tyle Boga, co głębokiej wiary w niego. Darujmy sobie przywoływanie chwalebnego wyjątku w postaci Pisma Świętego, Bóg w ujęciu chrześcijańskim to temat na lekcje religii, a nie na bestseller. Kiedy więc spojrzałam na okładkę „Chaty”, gdzie spece od PR-u umieścili dumne 6 000 000 sprzedanych egzemplarzy, doszłam do wniosku, że to niemożliwe. Tyle, że strasznie ze mnie ciekawski człowiek, więc sprawdzenie co jest w tej książce było tylko kwestią czasu. No i sprawdziłam. Wczoraj. Nie wstałam póki nie skończyłam. I doszłam do wniosku, że jej fenomen polega na tym, że to książka dla ludzi cierpiących lub szukających pocieszenia. A takich jak wiadomo w tym naszym świecie dostatek. Człowiek pogrążony w smutku to człowiek, który traci zainteresowanie otoczeniem, podświadomie wyłącza część siebie zdolną do odczuwania, dzięki temu obojętnieje. Nie zawsze, ale często ignorowanie bodźców z zewnątrz zapewnia jedynie pozorny spokój, w środku toczy się wojna, ból, gniew, zazdrość, żal, poczucie zdrady, osamotnienia, niezrozumienia – wszystkie walczą o palmę pierwszeństwa w zawodach o zagarnięcie duszy. Ci mniej wrażliwi obserwatorzy są przekonani, że kluczem do sukcesu czyli wydobycia z otępienia, jest siła, z jaką będą uderzać w pancerz cierpiącego. Tymczasem potrzebna jest metoda, coś, co poruszy najdelikatniejszą ze strun w duszy, coś, co pozwoli wszystkim tym skłębionym emocjom wydostać się na zewnątrz. Myślę, że „Chata” może być takim impulsem.

Sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Główny bohater – Mack traci dziecko, uprowadzone przez seryjnego zabójcę. Mimo upływu czasu nie może uporać się z własnymi uczuciami i coraz bardziej oddala się od Boga. I tutaj zaczyna się balansowanie na krawędzi banału – ogarnięty smutkiem ojciec znajduje w skrzynce pocztowej list od Boga. Stwórca zaprasza go na spotkanie w starej chacie – miejscu, gdzie najprawdopodobniej została zamordowana córka Macka. Ten oczywiście na spotkanie jedzie, co chyba żadnemu rozsądnemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy, po czym spędza weekend w baśniowej wręcz scenerii, której nie powstydziłby się Walt Disney. Za towarzyszy ma Boga Ojca, Jezusa i Ducha Świętego. Jak łatwo się domyślić dni w chacie zdziałały cuda – nastąpiło uzdrowienie duszy i serca Macka. Rzygać się chce zasadniczo, do tego ten koszmarny język – raz wykład jak dla idiotów, dialogi na poziomie III klasy podstawówki, a za chwilę teologiczno-filozoficzno-etyczny bełkot. Problem polega na tym, że ta książka po odrzuceniu całej tej historii zakrawającej na farsę jest bardzo mądra. Wcale nie jest o chrześcijaństwie, nie jestem pewna czy jest o Bogu, jeśli jednak odrzucimy te dwa pojęcia to otrzymamy garść całkiem przyzwoitych wskazówek jak żyć. To książka o miłości, potrzebie nadziei i bliskości, o nieumiejętności wyrażania uczuć, o trudnych rozmowach, konieczności wybaczania innym, a przede wszystkim sobie. Tak więc nie bójcie się zedrzeć z tego „dziełka” całego chłamu w stylu amerykańskiej reklamy i wybrać z niej zaledwie kilka zdań, które (o dziwo!) naprawdę mogą odmienić życie. Niech no tylko trafią na podatny grunt.

http://www.nowaproza.eu/ksiazka/221/chata-wyd-2#info

„długożywie” – anna markowa

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka Anny Markowej „Długożywie”. Specyficzna, bo miejscami taka bardzo „podlaska”. Z drugiej strony, choć pisana o ludziach dla ludzi, to bardzo osobista. Każde przeczytane opowiadanie porusza w szczególny sposób. Skłania bowiem do przemyśleń, długo zostaje w głowie, ale zostaje bez emocji. Po pierwszych przeczytanych stronach pomyślałam sobie, że to nawet dziwne – sądziłam, że mam gdzieś w sobie taką emocjonalną nadwrażliwość na Podlasie, a tutaj proszę – niby o ludziach stąd, a ja rozmyślam np. nad etycznym aspektem zachowania bohaterów zamiast czuć. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że czucie przyjdzie później. Przyszło znienacka, zintensyfikowane do granic możliwości wraz z trzecią częścią książki zatytułowaną „Pora na znieczulenie”. Poruszający obraz-wspomnienie, zapisany na karteczkach proces życia i odchodzenia zarazem. Trudno to opisać, trzeba tego doświadczyć, trzeba poczuć moc słów.

Zastanawiałam się niedawno nad kwestią wystawiania śmierci na sprzedaż. Markowa stworzyła opowieść o śmierci, nie sprzedając jej, nie odzierając z godności, a może jedynie z niezręcznego patosu. Dała Nacie (bohaterce „Pory na znieczulenie”) nowe życie. Dokładnie takie, na jakie zasłużyła.

 

Polecam bardzo: http://www.bialystok.pl/529-anna-markowa/default.aspx

śmierć na sprzedaż

Poranne leżenie w łóżku, gdy nie trzeba się zrywać skoro świt, sprzyja rozmyślaniom. Przynajmniej w moim przypadku. Dziś zaczęłam się zastanawiać co się najlepiej w dzisiejszym świecie sprzedaje. I doszłam do całkiem ciekawych wniosków, poza tym, że sprzedaje się wszystko, a bardzo dobrze seks, to i tak nic nie przebije śmierci. Śmierć to odwieczna mistrzyni w przyciąganiu uwagi, mamy całą popkulturę śmierci – w internecie filmiki z wypadków, filmy o śmierci i umieraniu, książki o odchodzeniu. Czas antenowy w mijającym ( a nie mogącym jakoś przeminąć) roku kradła głównie sprawa Madzi z Sosnowca, powracającej wciąż kwestii katastrofy smoleńskiej, a w ostatnich dniach Polska patrzy na nasze kochane Podlasie za sprawą 41-letniej wielokrotnej dzieciobójczyni. Malarze, aktorzy, reżyserzy, piosenkarze – w większości przypadków w momencie śmierci zyskują nowe życie. Szkoda tylko, że zazwyczaj równie płytkie jak to realne. Jeśli ktoś nie ma nic sensownego innym do przekazania za życia, to niby jakim cudem miałby to robić po śmierci?

Drugie życie, życie po śmierci nie należy się wszystkim. Skupienie na sobie blasku fleszy to trochę za mało. Powinni mieć do niego dostęp ci, którzy rok po roku, fragment po fragmencie, oddawali siebie innym…

żałoba – wymóg społeczny?

Ludzie odchodzą. Niezależnie od naszej woli. Za to zależnie od tego, w której części świata mieszkamy, oczekuje się od nas bardzo konkretnego zestawu gestów i uczuć, mającego poświadczać nasz ból po stracie bliskiej osoby. Niby żałoba jest sprawą indywidualną – nikt nie ma odwagi temu zaprzeczyć, ale jeśli tylko ten indywidualizm wykracza poza to, co ogólnie przyjęte, narażamy się na społeczny ostracyzm.

W czerwcu zmarła Magda Prokopowicz, założycielka Fundacji Rak’n’Roll, bohaterka filmu „Magda, miłość i rak”. Kilka miesięcy później portale internetowe i prasa rozpisywały się o związku męża Magdy – Bartka z Haliną Mlynkową. Monika Jaruzelska zaprosiła wdowca do swojego programu „Bez maski”. Powstał niezwykły, poruszający wywiad, szczery do bólu, a w przypadku niektórych do oburzenia. Bardzo polecam: http://monikajaruzelska.natemat.pl/35095,zycie-po-zyciu-czyli-o-smierci-bez-patosu