„dojrzałość od jutra” – anna markowa

Książeczka (zdrobnienie ze względu na format raczej kieszonkowy) to zbiór felietonów z lat 1978-1982 czyli z okresu, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Może dlatego skończyłam lekturę „Dojrzałości…” z bardzo mieszanymi uczuciami. Przede wszystkim kolejny raz muszę się zmierzyć z legendą bo, dla tych którzy nie wiedzą – Markowa jest kilkukrotną laureatką nagrody im. Kazaneckiego. A zakładając, że gdzie jak gdzie, ale na Podlasiu, a zwłaszcza w Białymstoku, ta nagroda coś jednak znaczy, owo mierzenie się z tekstami wybitnej felietonistki do najłatwiejszych zadań nie należy.

Wspomniałam o mieszanych uczuciach, ale prawdę powiedziawszy, właściwsze byłoby tutaj sformułowanie „dwoistość uczuć”. Dwoistości bowiem doznałam, a była ona wywołana dwiema, zupełnie różnymi tematycznie, częściami książki.

Część pierwsza jest, zaryzykuję to stwierdzenie, zaangażowana politycznie. Markowa odnosi się do trudnej sytuacji politycznej w Polsce początku lat 80. XX wieku. Opisuje zjawiska społeczne, choć w sposób specyficzny, operując z jednej strony dosadnym językiem, z drugiej unikając konkretów, nazwisk, przykładów, nie nazywając wprost tego, czego prawdopodobnie wprost wówczas nazwać nie było można. Problem polega na tym, że z perspektywy odbiorcy współczesnego, nie znającego ówczesnych realiów, przekaz owych zaangażowanych felietonów staje się jakby niewyraźny, zamazany. Nie mając tła, nie znając kontekstów trudno wyłowić sedno wywodów Markowej i myślę, że nie jest to tylko kwestia znajomości bądź nie historii Polski. Istotną rolę pełnią bowiem nastroje społeczne, do których tak często odwołuje się autorka, emocje, tak wówczas silne, a tak dziś obce młodemu czytelnikowi. Nieco patetyczne, z dzisiejszej perspektywy, odwoływanie się do takich wartości jak dobro społeczne czy budowa nowego, lepszego jutra stanowi poważną próbę dla odbiorcy – wytrwa do końca czy też nie wytrwa? Wytrwać jednak warto, bo na „Dojrzałość…” składa się również część druga, zawierająca felietony, będące miniaturowymi obrazkami społeczeństwa polskiego przełomu lat 70. i 80. Choć pisane podobnym językiem, są zupełnie inne, łatwiejsze w odbiorze, a przez to ciekawsze. Ukazują różne aspekty życia, różnorodność postaw i charakterów, są opowieściami o ludzkich szczęściach i tragediach, nadziejach i zawodach, oczekiwaniach i rozczarowaniach, o przejawach mądrości i głupoty. Często ciepłe, współczujące, ale bywa też, że ostro krytykujące zjawiska, zdaniem autorki, społecznie szkodliwe.

Pozostaje jeszcze kwestia języka. Mimo moich najszczerszych chęci nie jestem w stanie polubić stylu felietonów Markowej. Przeszkadza mi cisnące się pomiędzy wierszami moralizatorstwo i ten, wspomniany już, chwilami patetyczny ton. Co ciekawe, nie jest to styl charakterystyczny dla całej twórczości tej autorki. Warto o tym pamiętać, by się nie zniechęcić, bo zupełnie inną Markową spotkamy choćby w niezwykle intymnej, trzeciej części jej książki „Długożywie”. Warto poznać twórczość Anny Markowej z jeszcze jednego powodu – nie musimy bezkrytycznie zachwycać się twórczością ludzi uznanych za wybitnych, ale wypada ową twórczość po prostu znać.

http://www.wieslaw-kazanecki.pl/s,2001-anna-markowa,114.html

https://okiemwariata.wordpress.com/2012/11/03/dlugozywie-anna-markowa/

http://www.radio.bialystok.pl/kultura/archiwum/id/57777

Reklamy

„zwycięzca jest sam” – paulo coelho

Nie jestem fanką Coelho, nie rozumiem fenomenu „Alchemika” ani ksiązki „Weronika postanawia umrzeć”. Zwłaszcza w przypadku tego drugiego tytułu mam poważne wątpliwości czy można tu mówić o „doskonałej”, „świetnej”, „rewelacyjnej” lekturze. Fabuła jak z średniej jakości romantycznego filmu rodem z Hollywood. Dopiero, gdy w moje ręce trafiła powieść „Alef”, zaczęłam pojmować, że rzecz nie w geniuszu autora, a w fatalnej kondycji duchowej ludzi. Coelho ma taką rzeszę wiernych fanów, bo dożyliśmy czasów, gdy miliony ludzi na świecie szuka pocieszenia, otuchy i nadziei, a ten konkretny pisarz im to daje. Jednak w ramach walki z własną ignorancją wobec literatury światowej co jakiś czas sięgam po którąś z jego książek, tym razem od przyjaciół (fanów prozy Coelho) pożyczyłam powieść „Zwycięzca jest sam”. Przeczytałam i stwierdzam, że (niemal tradycyjnie) szału nie było, natomiast tekst jest interesującym zapisem 24 godzin w Cannes, z festiwalem filmowym w tle. Bohaterów jest kilkoro, każdy ma swoją historię, inny charakter, temperament, zawód, pozycję społeczną i ekonomiczną. Znajdziemy tam m. in.: Igora – rosyjskiego milionera, próbującego odzyskać byłą żonę przez dokonywanie kolejnych zabójstw, Jasmine – modelkę z trudną przeszłością i poczuciem winy, Gabrielę – aktorkę, rozpaczliwie próbującą zrobić karierę, Hamida – słynnego projektanta mody, którego świat sławy, pieniędzy i wszechobecnej obłudy wciąga coraz bardziej, ale jest też uliczna handlarka, autorka nikomu nieznanego filmu, producent filmowy czy policjant. Wszystkich łączy miejsce akcji. Taka różnorodność postaci sprawiła, że „Zwycięzca…” staje się analizą kondycji współczesnego społeczeństwa. Autor brutalnie odsłania kulisy świata celebrytów, pokazuje jak spełnione marzenia stają się przekleństwem i że granica pomiędzy miłością a szaleństwem bywa bardzo cienka.

Niby każdy wie, że sława i pieniądze szczęścia nie dają, a jednak stanowią warunek poczucia spełnienia dla tak wielu. Banalne hasła Coelho przekuł w historię z morałem, jednocześnie jest ona skonstruowana tak, by pozostawiała w naszym umyśle miejsce na niejednoznaczność. Każdy czytelnik może z niej wziąć coś dla siebie, ale będą i tacy, dla których pozostanie ona tylko, jedną z wielu, opowieścią bez znaczenia.

 

Tak czy inaczej zapoznać się warto: http://drzewobabel.pl/wydawnictwo/ksiazki/zwyciezca_jest_sam,ksiazka,12.html

tolerancja po polsku

(dedykuję starszej pani, która na Rynku Kościuszki w Białymstoku zaczepiła nieznanego przechodnia czyli mnie, by opowiedzieć jak bardzo nienawidzi Żydów, choć jak sama przyznała: „wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ja nie mogę się powstrzymać, oni tyle złego nam zrobili”)

Ten kraj zadziwia mnie za każdym razem, gdy podnoszona jest publiczna debata na temat tolerancji. A podnoszona jest gdy tylko na horyzoncie pojawi się Żyd, czarnoskóry, homoseksualista lub Anna Grodzka. Co ciekawe, mimo iż większość mieszkańców tego kraju uważa się za osoby otwarte i tolerancyjne, wyżej wymienieni wciąż stanowią pretekst do dyskusji o akceptacji, szacunku itd. Pora spojrzeć prawdzie w oczy, w kraju prawdziwie tolerancyjnym takie debaty na co dzień w ogóle nie byłyby potrzebne, bo ci ludzie są naturalną częścią organizmu jakim jest społeczeństwo. A skoro tak, to podobnie jak w przypadku organizmu nie ma potrzeby codziennego rozprawiania o palcu u stopy czy wątrobie. O homofobii, rasizmie, antysemityzmie powinno mówić się wtedy, gdy ten problem rzeczywiście się pojawia. Wniosek jest jeden – skoro w Polsce mówi się o tym ciągle, to znaczy, że problemy te wciąż są obecne.

Czymże więc jest ta osławiona polska tolerancja? Otóż mam wrażenie, że w naszym kraju tolerancja ma znaczenie nieco inne niż to słownikowe. Tolerancja to jest wtedy, gdy pani Krysia spod ósemki mówi: „Mnie tam ten giej nie przeszkadza, byleby trzymał się z daleka ode mnie i moich wnuków”. Oto definicja polskiej tolerancji: gej – ok., byleby z daleka ode mnie, czarny – nie mam nic przeciwko, tylko żeby nie był moim sąsiadem, Żyd – też w porządku, ale ja z nim interesów robić nie będę, no bo wiadomo że Żydzi są sprytni. Takie tolerowanie na odległość wyjaśnia sporo zjawisk w tym kraju, np. mamy bardzo dużą tolerancję dla pijanych kierowców, bo dopóki taki osobnik nie zabije nam kogoś z rodziny lub nie wjedzie w nasz płot niewiele nas to obchodzi. Owszem, wyrażamy święte oburzenie, gdy o tym rozmawiamy, ale jak sąsiad wsiada „nawalony jak ruski plecak”, na naszych oczach do auta to nawet palcem nie kiwniemy. Swastyki na ulicach rodzinnego miasta też uważamy za drobiazg, no chyba, że ktoś namaluje na naszej klatce – wtedy jest szansa, że zadzwonimy do administracji osiedla, by wzburzonym głosem zażądać usunięcia „tych bohomazów”.

Jest więc naród polski narodem tolerancyjnym hurtowo, przeciętny obywatel toleruje wszystko, co jest poza czubkiem jego własnego nosa. Szkoda tylko, że tak łatwo opluwamy tych, na których ciążą stereotypy, że winimy za całe zło wszystkich, którzy mają odwagę czuć i myśleć inaczej albo po prostu inaczej wyglądają. Bo przecież tak trudno jest przyznać, że sami sobie taką rzeczywistość stworzyliśmy…

A tutaj artykuł z „Wysokich obcasów”, opowieść o tradycyjnej, katolickiej rodzinie, bardzo pobożnej i konserwatywnej, która musiała uporać się z faktem, że trzech synów okazało się być homoseksualistami. Polecam:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,13095613,Coming_outy_w_rodzinie_Jody_ego_Huckaby_ego.html

żałoba – wymóg społeczny?

Ludzie odchodzą. Niezależnie od naszej woli. Za to zależnie od tego, w której części świata mieszkamy, oczekuje się od nas bardzo konkretnego zestawu gestów i uczuć, mającego poświadczać nasz ból po stracie bliskiej osoby. Niby żałoba jest sprawą indywidualną – nikt nie ma odwagi temu zaprzeczyć, ale jeśli tylko ten indywidualizm wykracza poza to, co ogólnie przyjęte, narażamy się na społeczny ostracyzm.

W czerwcu zmarła Magda Prokopowicz, założycielka Fundacji Rak’n’Roll, bohaterka filmu „Magda, miłość i rak”. Kilka miesięcy później portale internetowe i prasa rozpisywały się o związku męża Magdy – Bartka z Haliną Mlynkową. Monika Jaruzelska zaprosiła wdowca do swojego programu „Bez maski”. Powstał niezwykły, poruszający wywiad, szczery do bólu, a w przypadku niektórych do oburzenia. Bardzo polecam: http://monikajaruzelska.natemat.pl/35095,zycie-po-zyciu-czyli-o-smierci-bez-patosu