tolerancja po polsku

(dedykuję starszej pani, która na Rynku Kościuszki w Białymstoku zaczepiła nieznanego przechodnia czyli mnie, by opowiedzieć jak bardzo nienawidzi Żydów, choć jak sama przyznała: „wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ja nie mogę się powstrzymać, oni tyle złego nam zrobili”)

Ten kraj zadziwia mnie za każdym razem, gdy podnoszona jest publiczna debata na temat tolerancji. A podnoszona jest gdy tylko na horyzoncie pojawi się Żyd, czarnoskóry, homoseksualista lub Anna Grodzka. Co ciekawe, mimo iż większość mieszkańców tego kraju uważa się za osoby otwarte i tolerancyjne, wyżej wymienieni wciąż stanowią pretekst do dyskusji o akceptacji, szacunku itd. Pora spojrzeć prawdzie w oczy, w kraju prawdziwie tolerancyjnym takie debaty na co dzień w ogóle nie byłyby potrzebne, bo ci ludzie są naturalną częścią organizmu jakim jest społeczeństwo. A skoro tak, to podobnie jak w przypadku organizmu nie ma potrzeby codziennego rozprawiania o palcu u stopy czy wątrobie. O homofobii, rasizmie, antysemityzmie powinno mówić się wtedy, gdy ten problem rzeczywiście się pojawia. Wniosek jest jeden – skoro w Polsce mówi się o tym ciągle, to znaczy, że problemy te wciąż są obecne.

Czymże więc jest ta osławiona polska tolerancja? Otóż mam wrażenie, że w naszym kraju tolerancja ma znaczenie nieco inne niż to słownikowe. Tolerancja to jest wtedy, gdy pani Krysia spod ósemki mówi: „Mnie tam ten giej nie przeszkadza, byleby trzymał się z daleka ode mnie i moich wnuków”. Oto definicja polskiej tolerancji: gej – ok., byleby z daleka ode mnie, czarny – nie mam nic przeciwko, tylko żeby nie był moim sąsiadem, Żyd – też w porządku, ale ja z nim interesów robić nie będę, no bo wiadomo że Żydzi są sprytni. Takie tolerowanie na odległość wyjaśnia sporo zjawisk w tym kraju, np. mamy bardzo dużą tolerancję dla pijanych kierowców, bo dopóki taki osobnik nie zabije nam kogoś z rodziny lub nie wjedzie w nasz płot niewiele nas to obchodzi. Owszem, wyrażamy święte oburzenie, gdy o tym rozmawiamy, ale jak sąsiad wsiada „nawalony jak ruski plecak”, na naszych oczach do auta to nawet palcem nie kiwniemy. Swastyki na ulicach rodzinnego miasta też uważamy za drobiazg, no chyba, że ktoś namaluje na naszej klatce – wtedy jest szansa, że zadzwonimy do administracji osiedla, by wzburzonym głosem zażądać usunięcia „tych bohomazów”.

Jest więc naród polski narodem tolerancyjnym hurtowo, przeciętny obywatel toleruje wszystko, co jest poza czubkiem jego własnego nosa. Szkoda tylko, że tak łatwo opluwamy tych, na których ciążą stereotypy, że winimy za całe zło wszystkich, którzy mają odwagę czuć i myśleć inaczej albo po prostu inaczej wyglądają. Bo przecież tak trudno jest przyznać, że sami sobie taką rzeczywistość stworzyliśmy…

A tutaj artykuł z „Wysokich obcasów”, opowieść o tradycyjnej, katolickiej rodzinie, bardzo pobożnej i konserwatywnej, która musiała uporać się z faktem, że trzech synów okazało się być homoseksualistami. Polecam:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,13095613,Coming_outy_w_rodzinie_Jody_ego_Huckaby_ego.html

Reklamy

książki poszanowanie

Kiedyś to się książki szanowało. Układał pradziad na półce z czcią i poważaniem, jeden w całej chacie czytać umiał i dzięki tej umiejętności miał magiczną moc gromadzenia razem całej rodziny. Potem nagle nie wiadomo skąd przydreptał PRL, dzieląc słowo pisane na wybitne, przeciętne i propagandowy bełkot. Szacunek też podzielono – jedni szanowali władzę, inni opozycję, jednymi dziełami wypełniano gminne biblioteki, innymi zamykane na kluczyk szafki i pojemniki na pościel w tapczanach. Jedne okładki krzyczały w kraju, inne zza granicy. Po okresie, w którym towarem deficytowym było tak mięso jak i legalnie dostępna dobra współczesna literatura, nadeszły czasy dobrobytu i spuszczanie lektur w szkolnej toalecie. Zastanawiam się co mamy teraz? Z jednej strony sondaże krzyczą o gwałtownym spadku czytelnictwa, z drugiej grono moich znajomych miłośników książek zdaje się gwałtownie rozrastać. Dziwny ten XXI wiek… a może starość człowieka dosięga?