fronasz – miłka o. malzahn

Chciałabym Wam dzisiaj zaproponować „Fronasza”. „Fronasz” jest historią z pogranicza jawy i snu, co akurat by się zgadzało, gdyż sama autorka mówi, że pisze o tym, co jej się przyśni. Jest to także opowieść, której jednoznacznie zinterpretować nie sposób, gdyż pole do interpretacji jest tu olbrzymie, a i sama Miłka Malzahn na okładce przyznaje, że „(…) każde odczytanie Fronasza uważa za prawdopodobnie słuszne (…)”.

Jak więc opowiedzieć o „Fronaszu”? Nie bardzo wiem, więc zacznę od tego, czego pominąć się nie da, a nie da się pominąć pary głównych bohaterów – Fronasza i Martyńca, którzy z miejsca podbili moje serce. Obaj panowie pracują dla niejakiej Chief, a ich głównym zajęciem jest wykonywanie zadań nie do końca legalnych, półlegalnych, czasami legalnych lub nielegalnych zupełnie – doprawdy nie sposób być pewnym. Pewne jest za to, że Fronasz i Martyniec to duet idealny, to dwie jednostki tworzące całość, uzupełniające się nawzajem i rozumiejące niemal bez słów. Czytelnik poznaje ów duet w sytuacji mało komfortowej, gdy panowie mają przetransportować ludzkie ciała, które zostaną wykorzystane w artystycznym happeningu, co mniej więcej daje wyobrażenie jakie zlecenia są w stanie przyjąć.

Jeśli jednak liczycie na ciąg dalszy opowieści o trupach w sztuce współczesnej, to muszę Was zmartwić – ciągu dalszego właściwie nie ma, jest za to ciąg zupełnie innych wydarzeń, o których wspominać tu nie zamierzam, gdyż nie ma takiej potrzeby. Z chęcią natomiast powrócę do Miłkowych bohaterów. Choć mogłoby się wydawać, że tacy specjaliści od brudnej roboty jak Fronasz i Martyniec to typowe bezmózgie okazy, wytrwale pracujące nad powiększeniem swojej masy mięśniowej, jest wręcz odwrotnie. To okazy sprytne, inteligentne, używające mózgu równie często, jeśli nie częściej aniżeli mięśni. Do tego Fronasz i Martyniec to jednostki odczuwające, chwilami silnie, choć w pracy zachowujące pełen profesjonalizm, dystans i czujność.

Tu chyba jest pora na moją jednozdaniową interpretację „Fronasza”.

INTERPRETACJA „Fronasza”:

„Fronasz” jest przede wszystkim opowieścią o miłości.

KONIEC INTERPRETACJI.

Skoro dzieło zostało zinterpretowane, wypada jedynie wspomnieć, że dla takowego odczytania nie bez znaczenia jest postać Chief.

Swoją drogą ciekawam czy ma Fronasz swój rzeczywisty pierwowzór, choć prawdę powiedziawszy i tak jest to bez znaczenia wobec faktu, że ma wszystkie cechy sprawiające, że mogłabym się w nim alternatywnie zakochać.

Intrygującej lektury życzę!

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Wydawca o książce:

Fronasz Miłki O. Malzahn to mikropowieść rozpięta pomiędzy epiką i dramatem. Jej wartka akcja, momentami sensacyjna, zaczyna się od transportu zwłok, przeznaczonych na… dzieło sztuki. Drugie oblicze tej prozy jest bardziej wyciszone, niemal liryczne. Autorka grawituje ku metaforze, ku głębi znaczeń podwójnych, potrójnych, potrafi zaskakiwać czytelnika, który nie może mieć pewności, czy to, co odbiera, jest częścią opisanej rzeczywistości, czy jego własnej imaginacji. Fronasz jest książką, która pod współczesnym, obyczajowym kostiumem ukrywa metafizyczną przypowieść na tematy najważniejsze, ostateczne. Miłka O. Malzahn pozbawionym patetyzmu językiem, czasami bliskim kolokwialności, opowiada o życiu, śmierci i dyskretnej obecności Stwórcy.
Dopisek od autorki: Autorka zgadza się z tą opinią, bo każde odczytanie Fronasza uważa za prawdopodobnie słuszne, ale przypomina, że ta mikropowieść zawiera też cień makromiłości.

Tytuł: Fronasz

Autor: Miłka O. Malzahn

Wydawca: Wydawnictwo Forma

Rok wydania: 2009

Liczba stron: 120

Oprawa: miękka

ISBN: 978-83-60881-24-8

Reklamy

„zapamiętane. historie z gminy dobrzyniewo duże” – karol smaczny, mirosław miniszewski

Niewielki, bo zaledwie sześćdziesięciostronicowy album, idealnie wpisujący się w modny od kilku lat trend „ocalania od zapomnienia”. Na szczęście wpisujący się w ów trend z gracją i naturalnością.

Zebrane w publikacji opowieści od lat są ustnie przekazywane przez mieszkańców gminy Dobrzyniewo Duże, to wspomnienia zwykłe i niezwykłe. Bardzo podoba mi się sposób ich zaprezentowania, język przypominający mowę, zwroty jasno wskazujące, że spisujący musiał tych wszystkich historii wcześniej wysłuchać. Tematyka – różna, od pracy w polu, przez zwyczaje związane z obchodami poszczególnych świąt do wspomnień z okresu wojennego i magicznej opowieści o wujence Walerkowej. Wszystkie łączy jedno – wieś. Nie sposób byłoby „ulokować” owych opowieści gdzie indziej, są przesiąknięte prostotą, ludową mądrością, tym specyficznym sposobem postrzegania świata.

Choć kocham słowo pisane i to do niego właśnie przywiązuję największą wagę, pisząc o albumie „Zebrane”, nie sposób pominąć warstwy ikonograficznej, współtworzącej tę publikację w równej mierze, co tekst. O jakości zdjęć nie będę się wypowiadać, gdyż kompletnie się na tym nie znam, w moim odczuciu zestaw wykorzystanych fotografii to mieszanka przeszłości i teraźniejszości, połączenie dwóch przestrzeni, a miejscami próba zilustrowania tego, jak tradycja jest realizowana na gruncie współczesności.

Całość – całkiem przyjemna rzecz, do poczytania i do zadumy. Polecam uwadze.

W programie „Strefa Książki”, emitowanym na antenie TVP Białystok – troszkę więcej o autorach oraz o samym albumie.

„ości” – ignacy karpowicz

Wymyślenie tytułu „Ości” zajęło mi trzy lata. To jak wiadomo – końcówka, która nie ma tematu. Dostajemy ramkę, do której możemy włożyć wszystko, co chcemy. Samemu trzeba ją wypełnić: samotność, nieprzyjemność, tożsamość. (Cały tekst: http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,14074703,Ignacy_Karpowicz__W_Polsce_trudno_byc_starsza_kobieta_.html?as=2#ixzz2IPpRPYdD)  – tak o swojej najnowszej powieści mówił Ignacy Karpowicz na spotkaniu w Białymstoku. I rzeczywiście, „ości” to powieść niezwykle otwarta na interpretacje, ale po kolei…

Zacznijmy od bohaterów. Ich mnogość i zawiłość wzajemnych powiązań początkowo może przyprawiać o zawrót głowy, a jeśli opierać się jedynie na opisie, umieszczonym na okładce książki, potencjalny czytelnik (albo raczej nie-potencjalny, bo nie mający wcześniej do czynienia z prozą Karpowicza) niechybnie nabierze przekonania, że oto czołowy polski prozaik, na grubo ponad czterystu stronach, umieścił krajową wersję brazylijskiej telenoweli. Otóż nie umieścił. Bo choć ulokowanie obok siebie, nawet na tysiącu stron, pary gejów, drag queen przeistaczającej się na co dzień w dobrego męża i ojca, kilku matek, gromadki dzieci, żarliwej katoliczki, wyzwolonej kobiety sypiającej ze znacznie młodszym mężczyzną, męża i żony wraz z ich kochankami i nastoletnim synem, miłości, śmierci, zagubienia, strachu, kota, tchórzofretki i rybki, przez przeciętnego Polaka nadal jest odbierane jako abstrakcja, wcale takie abstrakcyjne nie jest. Karpowicz serwuje nam uproszczony schemat współczesnego, wielkomiejskiego społeczeństwa. Tyle, że uproszczony wcale nie oznacza prosty. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że jest to struktura znacznie bardziej skomplikowana, czuła, dynamiczna niż ta, spotykana w małych miasteczkach, gdzie wszyscy wszystko wiedzą. Życie w wielkim mieście pozwala na swobodę działania i wolność wyborów, ale jednocześnie burząc tradycyjne pojęcia/kategorie związków, rodziny, relacji międzyludzkich, zmusza do wypracowania nowych rozwiązań, wymaga emocjonalnej elastyczności, niezbędnej by w tym wielkim świecie egzystować. W „ościach” konserwatyzm ściera się z liberalizmem, ale nie ma tam jednoznacznej odpowiedzi na pytanie która opcja wygrywa.

Różnorodność bohaterów, choć początkowo zadziwiająca, a miejscami (dla niektórych) trudna do przyjęcia, jest niezwykle pomocna na etapie indywidualnego odbioru powieści. Okazuje się, że choć całość przypisana została przestrzeni wielkiego miasta, nawet w małej podlaskiej wsi znajdzie się matka, której łatwiej udawać, że nie wie o homoseksualizmie syna, żona, w imię wierności tradycji i wierze katolickiej, godząca się na trwanie w instytucji małżeństwa czy zagubiony nastolatek, tracący poczucie bezpieczeństwa z powodu „niestandardowych” zachowań swoich rodziców. Właściwie każdy, kto sięgnie po tę powieść, w którymś momencie odnajdzie fragment samego siebie, własnych emocji lub doświadczeń… choć pewnie nie każdy będzie umiał się do tego przyznać.

Jeśli chodzi o warstwę fabularną – nie jest to propozycja dla fanów wartkiej akcji, dzieje się skąpo w sferze fizycznych zdarzeń, ale mnóstwo w sferze emocjonalnej. Sporo się też dzieje jeśli chodzi o wizualną stronę książki (i wcale nie mówię o okładce), główny tekst przetkany jest, wyróżnionymi inną czcionką, fragmentami. Są to między innymi wspomnienia czy objaśnienia przypominające hasła z encyklopedii. Kojarzą mi się z didaskaliami, to takie uzupełnienie głównego tekstu, podanie okoliczności, serwowanie czytelnikowi danych, pozwalających stworzyć pełniejszy obraz całości.

Przez ponad czterysta stron myślałam o tej książce jako o niefrasobliwej. Dziwne, bo pierwszy raz przychodzi mi do głowy takie określenie w kontekście tekstu literackiego. Przez czterysta stron wahałam się między ostrożną ciekawością a rozczarowaniem (w końcu to Karpowicz – mam prawo się spodziewać najlepszego!) . Kiedy skończyłam, uznałam, że jest to jedna z najbardziej poruszających książek, jakie mi się przytrafiły. Polecam bardzo: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/2522/osci—Ignacy-Karpowicz

książki poszanowanie

Kiedyś to się książki szanowało. Układał pradziad na półce z czcią i poważaniem, jeden w całej chacie czytać umiał i dzięki tej umiejętności miał magiczną moc gromadzenia razem całej rodziny. Potem nagle nie wiadomo skąd przydreptał PRL, dzieląc słowo pisane na wybitne, przeciętne i propagandowy bełkot. Szacunek też podzielono – jedni szanowali władzę, inni opozycję, jednymi dziełami wypełniano gminne biblioteki, innymi zamykane na kluczyk szafki i pojemniki na pościel w tapczanach. Jedne okładki krzyczały w kraju, inne zza granicy. Po okresie, w którym towarem deficytowym było tak mięso jak i legalnie dostępna dobra współczesna literatura, nadeszły czasy dobrobytu i spuszczanie lektur w szkolnej toalecie. Zastanawiam się co mamy teraz? Z jednej strony sondaże krzyczą o gwałtownym spadku czytelnictwa, z drugiej grono moich znajomych miłośników książek zdaje się gwałtownie rozrastać. Dziwny ten XXI wiek… a może starość człowieka dosięga?