„seks na kredyt, czyli jak dostać gratis” – hanna bakuła

Można Bakułę lubić, można nie, ale raczej trudno przejść obok niej obojętnie. „Seks na kredyt” to zbiór ironiczno-satyrycznych tekstów dotyczących relacji damsko-męskich, a właściwie głównie ich fizycznego aspektu. Bakuła okiem fachowca (czterech mężów, liczba kochanków nieznana) zerka do przeważnie polskich sypialni, by bezlitośnie obnażyć brak wyobraźni polskich mężów, przewidywalność „viagruszków” i ich niemal niepełnoletnich kochanek, znudzenie żon oraz uaktualnić listę męskich kompleksów.

Podobno nie mam poczucia humoru, pewnie dlatego owe wywody bawią mnie raczej średnio, częściej dziwią lub nużą, ale podejrzewam, że każdy, u kogo poziom poczucia humoru utrzymuje się na normalnym poziomie doceni nie tylko niewątpliwą inteligencję autorki, ale i jej cięty dowcip. Nie wiem tylko czy będzie do śmiechu tym, którzy w opisach Bakuły odnajdą fragmenty własnego życia (nie tylko seksualnego).

Swoją drogą niezwykle cenię u ludzi, w tym piszących, odwagę. Wynika z tego, że cenię Bakułę – mówi, co myśli. Śmiało, wprost, często dosadnie. Obce jest jej pojęcie poprawności (zwłaszcza politycznej), skrępowania czy wstydu. Jeśli więc szukacie książki z rodzaju „co w alkowie piszczy” – Bakułę polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis

Autor: Hanna Bakuła

Wydawca: Burda Książki

Data premiery: 2014-06-18

Ilość stron: 400

ISBN: 978-83-7778-690-1

Reklamy

„białoruś. miłość i marazm” – hanna kondratiuk

Pozycja z nowej serii „Literatura faktu”, wyda(wa)nej przez białostocką Fundację Sąsiedzi. Białoruś przełomu wieków, widziana oczami, podróżującej po tym kraju autorki.

Książka równie dobrze mogłaby się nazywać „Pocztówki z Białorusi”, bo właśnie z pocztówkami kojarzy mi się forma, w jakiej Hanna Kondratiuk serwuje czytelnikom Białoruś. Każdy kolejny tekst jest jak obrazek, wycinek rzeczywistości. Ta rzeczywistość ma swój specyficzny klimat, który mogłabym określić jako marazm pociągnięty grubą warstwą niebieskiej farby. Miłości, wbrew temu, co głosi podtytuł, nie odnalazłam.

Nie wiem czy jest to lektura, która porwałaby ludzi gdzieś w Polsce, bo w kwestii ocen – słyszałam tyle samo pochwał, co zarzutów wobec tekstów, zawartych w „Białorusi…”. Jednak znacznie istotniejsze aniżeli forma, wydaje mi się to, co pozostawia po sobie ta książka. Z mojej perspektywy – człowieka mieszkającego na Podlasiu czyli w bezpośredniej bliskości Białorusi, jest to pozycja bardzo ważna, bo mówiąca o tym kraju inaczej aniżeli w kontekście Łukaszenki, opozycji i, szeroko komentowanej, sytuacji politycznej. Oczywiście ten wątek gdzieś tam się przebija, ale nie jest dominujący. I chwała autorce za to! Białoruś to wciąż biała plama w świadomości Polaków, ten kierunek zupełnie nie istnieje w kontekście choćby tak prozaicznym jak miejsce wakacyjnych wyjazdów. Ludzie po tej stronie granicy (nie mówię o Podlasiu, bo tutaj „współobecność” Białorusi jest jakby naturalna) boją się trafić do rzeczywistości, będącej we władaniu tyrana. Miejsca, które odwiedziła Hanna Kondratiuk, choć często mocno naznaczone paradoksem, będącym następstwem ustroju politycznego, oraz absurdem noszącym miano prawa, to także bogata historia, kultura, tradycja, specyficzna mentalność, mieszkających tam ludzi. Wszystko to w rzeczywistości zostało jednak przysłonięte, przez silnie eksponowany w mediach wątek polityczny.

A tak całkiem prywatnie to po przeczytaniu tej książki ogarnął mnie wstyd – mieszkam rzut beretem od granicy polsko-białoruskiej, część mojej rodziny deklaruje silne związki z Białorusią, a ja właśnie uświadomiłam sobie ogrom mojej niewiedzy na temat naszych wschodnich sąsiadów. I właśnie po to warto było przeczytać „Białoruś…” – by tę białą plamę wypełnić.

A tak o „Miłości i marazmie” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Białoruś. Miłość i marazm

Autor: Hanna Kondratiuk

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-9-9

„last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie” – szymon hołownia

Jak już wspominałam, bodajże przy okazji Androsiuka, mam tak skonstruowany umysł, że nie czytam tego, co wszyscy, chyba, że muszę. A już na pewno nie sięgam z własnej woli po coś, co zostało stworzone ręką kogoś o statusie celebryty. Długo udawało mi się unikać czytania Szymona Hołowni, nie dlatego, że nie lubię, a dlatego, że celebrytą jest, czemu zaprzeczyć nie sposób. W końcu jednak dłużej się nie dało, w ramach wypełniania obowiązków służbowych nabyłam książkę, poszłam na spotkanie autorskie, po czym zaczęłam czytać…

Nie mam nic przeciwko religii, choć Boga w literaturze nie lubię, akceptuję fakt, że jest w ludziach potrzeba pisania o wierze, religii, doświadczeniach duchowych itp. Poza tym sięgając po książkę z „chrześcijaństwem” w tytule, trudno spodziewać się, że tematów wyżej wymienionych uda się uniknąć. Nie mam też nic przeciwko katolicyzmowi (ani jakiemukolwiek innemu wyznaniu, o ile nie wpycha się z buciorami w moje życie), całe życie spędziłam w kraju uważanym za katolicki, wśród przyjaciół katolików i żyje mi się nawet całkiem przyjemnie, choć sama katoliczką nie jestem. Przyznać jednak muszę, że kiedy wstęp książki zaczyna się słowami: „Napisałem tę książkę po to, by przeciętny polski katolik…” to mam ochotę zakończyć lekturę zanim ją rozpocznę. Przemogłam się jednak, przez wstęp przebrnęłam, do treści właściwej dotarłam.

A tam… zbiór wywiadów, z ludźmi z całego świata. Pierwsze mnie nudziły, choć im dalej brnęłam, tym łatwiej było mi wyciszyć antycelebryckie uprzedzenia i niesmak popierwszozdaniowy. Całkiem szybko, bo w okolicach księgarza-świra z Guam, zaczęło być ciekawie, przy Kasisi się popłakałam, a przy Bussy-en-Othe zaczęłam odnajdywać znajome emocje.

Każdy z tych wywiadów jest inny, światopogląd rozmówców autora to cała dostępna paleta barw. Łączy ich jedno – są związani z chrześcijaństwem, działają na rzecz jego rozwoju, choć w zależności od miejsca i własnych przekonań, czynią to w sposób od standardowego, znanego Polakom jak wspólna modlitwa, po zupełnie abstrakcyjny w naszym kraju, jak opracowywanie alfabetu dla języka, którym posługuje się kilkaset osób. Hołownia poprzez rozmowy, ukazuje, nieraz skrajnie różne, odcienie chrześcijaństwa. Tło dla tych rozmów, stanowią opisy sposobu życia ludzi w danym miejscu na świecie, ich mentalności, postrzegania rzeczywistości, dotykających ich problemów, jest to więc podróż, pozwalająca odkryć jak chrześcijaństwo funkcjonuje w różnych zakątkach ziemi. Całość okraszona jest obserwacjami poczynionymi przez autora, ale też jego własnymi przeżyciami, emocjami.

Wnioski po lekturze nasuwają się same: Polacy powinni poważnie zastanowić się nad znaczeniem słowa chrześcijaństwo. Prawdę powiedziawszy dochodzę nawet do wniosku, że najwyższa pora zacząć się wstydzić tego jaką formę chrześcijaństwo przybrało w Polsce, bo rasizm, antysemityzm, brak poszanowania dla jakiejkolwiek formy inności w mentalności sporej grupy tzw. „prawdziwych Polaków” wciąż nie stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. I to dopiero jest chore!

A książkę gorąco polecam, choć celebryta napisał ;-):

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3523,Last-minute

ona tańczy dla mnie? ;-)

Pobyt na podlaskiej wsi oraz fenomen internetowej popularności piosenki zespołu Weekend „Ona tańczy dla mnie” skłoniły mnie do chwili refleksji nad zjawiskiem szeroko w tym kraju znanym, a zwanym disco-polo. Oprócz polityki, kwestii religijnych i związków homoseksualnych, mało jest rzeczy wzbudzających tak skrajne emocje i dzielących ten naród. Jakoś tak się złożyło, że Podlasie uważane jest za kolebkę disco-polo, choć podobno już od jakiegoś czasu Śląsk stanowi dla nas całkiem realną konkurencję. Tak czy inaczej, ja 27-letnia Podlasianka z krwi i kości, przyznaję, że disco-polo zawsze stanowiło powód do dumy i wstydu jednocześnie. Pamiętam czasy podstawówki, gdy w siódmej klasie (taaaak, podstawówka nie zawsze miała sześć klas, a nieporozumienie zwane gimnazjum pojawiło się w polskim systemie edukacji dopiero jakiś czas temu łapiąc w swe macki rocznik 1986) na wycieczce szkolni koledzy postanowili rozsławić Białystok, bodajże w Olsztynie, skandując donośnie hasło: „Idzie Białystok, stolica disco-polo”, a nauczycielki spowił całun zażenowania. Pamiętam też, że i sam Białystok „promował” ten rodzaj muzyki poprzez najsłynniejszy wówczas klub, na szkolnych korytarzach zwany „Premierą”, a i kilka lat później niewiele się zmieniło, gdyż białostocka brać studencka na Juwenalia zapraszała klasyków gatunku w postaci zespołów takich jak Boys czy Akcent. Co ciekawe, takie imprezy brutalnie odsłaniały prawdę o tych, którzy „z disco-polo nie mieli nic wspólnego” – około 23.00 po kilku piwach nagle większość piosenek znali na pamięć. Potem nastąpiły czasy wielkiego wstydu, wszyscy w pośpiechu wyrzucali, a co bardziej sentymentalni upychali na dno szafek kasety magnetofonowe i płyty, stacje radiowe i telewizyjne z Polsatem na czele przestały nadawać „wieśniackie programy”, bijące rekordy popularności, bo nagle wszyscy postanowili być poważni i reprezentować wyższy poziom. Wyłom nastąpił kilka lat temu, gdy królujący na wiejskich, podlaskich potupajkach od ponad 10 lat (!) przebój „Kanikuły”, pojawił się na kanale VIVA Polska i w warszawskich dyskotekach. Potem jeszcze chwila przerwy na otrząśnięcie się z szoku co bardziej zażartych przeciwników takich rytmów i mamy… w Polsacie znów grają disco-polo (patrz program „Studio weekend” – co znaczące, program o tej nazwie gościł swego czasu na antenie TVP Białystok), powstał kanał Polo TV, a zespół Weekend z kawałkiem „Ona tańczy dla mnie” króluje na YouTube. Czy to się szerszej publiczności podoba czy też nie – to, co zostało zepchnięte na margines i miało być pogrzebane żywcem, wśród ludu przetrwało i zdaje się powracać z jeszcze większą siłą. Choć zawsze znajdą się ludzie pokroju niejakiego Łozo, dla których wspomniany Weekendowy kawałek „to rzyg”, pora chyba przyznać, że disco-polo było, jest i prawdopodobnie będzie, a gatunkowy szlagier „Jesteś szalona” (którego autorem, jak mi się zdaje, jest pochodzący z Podlasia Janusz Konopla – a przynajmniej słyszałam, że Pan ów do autorstwa się przyznaje) i tak kojarzy cała Polska. Może więc zamiast tracić czas i nerwy na oświecanie społeczeństwa jakież to bezwartościowe, dać sobie spokój i przestać udawać, że nóżka pod biurkiem nie tupie, gdy „Ona tańczy dla mnie”…

A tutaj coś, dla wciąż nieświadomych, który temat muzyczny podbił w ciągu ostatnich kilku tygodni programy informacyjne chyba wszystkich stacji telewizyjnych w tym kraju:

http://www.youtube.com/watch?v=8vLKUrvNIPs

http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/717411,ksiadz-czuje-sie-zaszczuty-hit-disco-polo-na-lekcji-religii,id,t.html?cookie=1

http://www.youtube.com/watch?v=JvxG3zl_WhU

http://www.youtube.com/watch?v=YdXr6epIwF0

http://www.youtube.com/watch?v=O-__C83RNV0

http://www.youtube.com/watch?v=F_hXqGKXOKA

http://www.youtube.com/watch?v=095l44rv4PY