„crysis: eskalacja” – gavin smith

Kiedy widzę na okładce książki coś, co jest połączeniem człowieka i maszyny do zabijania, włos mi się jeży na głowie, gdy na okładce czytam: „(…) fabularny pomost między grami (…)” – odczuwam słabość. Fantastyka mnie przeraża, zwłaszcza ta, gdzie atakują obcy, krew się leje hektolitrami, a kawały mięcha spadają na wszystkie strony. Okazuje się, że mogą być obcy, krew i mięcho, a i tak uda się stworzyć całkiem przyzwoitą książkę.

„CRYSIS: Eskalacja” to zbiór opowiadań, w których przewijają się ci sami bohaterowie: Psycho, Prorok, doktor Asher i inni. Choć każde opowiadanie jest odrębną narracją, dopiero jako razem dają szerszą perspektywę, perspektywę całości. Ludzkość jest już po kontakcie z obcą cywilizacją, Cepidami, stojącymi na znacznie wyższym poziomie pod względem rozwoju technologicznego. Władzę nad światem stopniowo zdobywa korporacja CELL, uzależniająca od siebie ludzi po to, by powołać ich następnie w szeregi korporacyjnej armii. Rodzi się ruch oporu wobec CELL, niedobitki Cepidów ewoluują, ludzkość skazana jest na walkę z obcym najeźdźcą i własnym postkapitalistycznym wytworem.

Choć świat stworzony na kartach tej książki jest wytworem wyobraźni, uczucia i emocje bohaterów pozostają bardzo realne. Ta książka stawia pytania, o to czym jest honor i lojalność, o to jak daleko można przesunąć granicę człowieczeństwa i co się dzieje, gdy ją przekroczymy. Gavin Smith przedstawia możliwy scenariusz upadku ludzkości, upadku, którego przyczyną wcale nie jest inwazja z kosmosu, a bezduszność i zachłanność człowieka.

Doskonała lektura dla fanów fantastyki.

http://www.insignis.pl/book/index/73/CRYSIS–Eskalacja.html

Reklamy

„mick. szalone życie i geniusz jaggera” – christopher andersen

Po przejściu pięciu lat filologii polskiej zostają człowiekowi różne rzeczy, a to miłość do książek, a to fascynacja jakimś konkretnym gatunkiem literackim, pisarzem lub epoką, a to odwieczne pytanie: „do czego mi ta gramatyka historyczna?”. Może być i tak, że zostanie człowiekowi przemożna chęć pisania o… wszystkim, tylko nie o tym, co trzeba. Tak i w moim przypadku było, ale że, jak głosi bohater pewnej reklamy pewnego banku, w życiu potrzebna jest równowaga – skoro została mi chęć pisania, musiała też pozostać jakaś niechęć. Została. Niechęć do biografii, monografii i tekstów innych a obszernych o ludziach. To straszne, ale po studiach nie przeczytałam chyba żadnej biografii z własnej i nieprzymuszonej woli, cegły o Kochanowskim śnią mi się bowiem do dnia dzisiejszego po nocach.

Traf chciał, że do rąk moich trafiła biografia Micka Jaggera. Pomyślałam sobie: „No masz ci los albo babo placek! Formy takowej nie znoszę, a fanka ze mnie Rolling Stonesów jak z koziej d… trąba”. Czytać zaczęłam jednak, bo trzeba było, skoro się zobowiązań podjęłam to wypadało się z nich wywiązać. Nie wiem właściwie kiedy „zleciało” te czterysta stron. Proces czytania „Micka…” przypominał stan hipnozy, od lektury nie sposób było się oderwać. Świetnie napisana biografia, prawdziwa książka z charakterem, w dodatku z charakterem Jaggera, który został przedstawiony jako seksoholik, człowiek pragnący bliskości, panicznie bojący się samotności, a jednocześnie jakby niezdolny do monogamii, przez co krzywdzący bliskich sobie ludzi. Mick, z kart biografii pióra Andersena, to także genialny muzyk i biznesmen oraz fatalny aktor. Nieprzewidywalny, spontaniczny, czerpiący z życia pełnymi garściami, umiejący okazać całą gamę uczuć jako ojciec – od obojętności po szczerą troskę, kochający syn, trudny przyjaciel. „Mick” to opowieść o człowieku wielowymiarowym, autor ukazuje Jaggera w różnych życiowych rolach, opisuje jego wcielenie sceniczne i prywatne, relacje z ludźmi, mocne strony i słabości.

Wątkiem, który chyba dominuje przez większość dzieła Andersena, to kwestia seksualności wokalisty Rolling Stonesów. Andersen pisze o tysiącach kobiet, z którymi sypiał Jagger, ale też o jego intymnych związkach z mężczyznami m. in. z Davidem Bowie. Co ciekawe, w książce pojawiają się też opinie, że słynny Mick tak naprawdę szczerze kochał tylko swoich rodziców i… najlepszego przyjaciela Keitha Richardsa. Czegokolwiek by jednak nie powiedzieć o Jaggerze, niewątpliwie za życia stał się legendą, a tego typu książki, stanowią kolejne potwierdzenie jego nienaruszalnej pozycji w historii muzyki i show-biznesu. Polecam bardzo:

 

http://www.insignis.pl/book/index/66/Mick–Szalone-zycie-i-geniusz-Jaggera.html

jeremy clarkson – „wytrącony z równowagi”

Są na świecie dwa programy motoryzacyjne, które jestem w stanie obejrzeć, nie tylko nie krzywiąc twarzy, ale nawet odczuwając z tego powodu, swego rodzaju przyjemność. Pierwszym jest nasza produkcja lokalna „Turbo Podlasie”, gdzie wszyscy, poczynając od prowadzącego, przez ekipę program realizującą, a na ekspertach skończywszy są albo moimi znajomymi albo znajomymi moich znajomych (a kto nie lubi oglądać znajomych w telewizji?), w dodatku jeżdżą po znanych drogach i testują auta realnie dostępne dla przeciętnego człowieka. Jest też drugi program, którego twórcy osiągnęli mistrzostwo w kategorii programów motoryzacyjnych – „Top Gear”. Nie ma tam ani moich znajomych, ani podlaskich dróg, a samochody na które mogłabym sobie pozwolić, zaledwie bywają. Cóż więc sprawia, że gdy trafię na ową produkcję, zatrzymuję szaleńczą gonitwę po kanałach? Odpowiedź jest całkiem spora i wypełniona po brzegi złośliwym poczuciem humoru, to Jeremy Clarkson. Co istotne dla mnie, Clarkson sprawdza się nie tylko w roli prowadzącego, ale również w roli felietonisty. Najczęściej pisze oczywiście o samochodach – nad czym ubolewam, bo, przyznaję to często, jestem motoryzacyjną analfabetką. Ale nawet ktoś tak „zielony” jak ja, jest w stanie wyłuskać z felietonów prowadzącego „Top Gear”, coś dla siebie. Jego komentarze dotyczące zarówno samochodów, jak i świata (z upodobaniem do komentowania działań brytyjskiego rządu) są brutalnie wręcz szczere, ostre, niebanalne, a zazwyczaj po prostu doprowadzają czytelnika do histerycznych wybuchów śmiechu.

Narracja jest jak kręta dróżka – nigdy nie wiadomo co nas za chwilę czeka, po przeczytaniu 3/4 tekstu wciąż może nam się wydawać, że autor jest danym modelem samochodu zachwycony, by na koniec wdeptać go w ziemię i przysypać piaskiem lub odwrotnie – na trzech stronach będzie się rozwodził na tym, jak beznadziejny jest ten wóz, by ostatecznie stwierdzić, że go uwielbia. Czasami zastanawiam się, jak tę niepewność znoszą kierownicy działów PR koncernów samochodowych czy też inni kierownicy wypożyczający Clarksonowi auta do przetestowania? Modlą się o pozytywną ocenę? Ogryzają paznokcie ze zdenerwowania? Sączą herbatki uspokajające? Coś robić muszą, by rozładować stres, zwłaszcza, gdy ich starania o zapewnienie marce dobrej prasy kończą się stwierdzeniami w stylu: „wygląda głupkowato, kierowcy jest w nim ciasno, a kolor wnętrza w moim egzemplarzu ze specjalnej limitowanej serii jest taki sam, jak kolor tyłka krowy zaraz po urodzeniu cielęcia”.

Na tym polega właśnie magia Clarksona, od lat oglądają go miliony na całym świecie, niemal tyle samo milionów go czyta, nic więc dziwnego, że specjalistom od PR, marzy się, by Jeremy Clarkson porównał kolor wnętrza w samochodzie produkowanym przez ich firmę do krowiego tyłka. Książkę polecam. Bardzo.

http://www.insignis.pl/book/index/63/Wytracony-z-rownowagi.html

„w mrok” – andriej diakow

Druga książka Andrieja Diakowa wydana w ramach międzynarodowego projektu Metro 2033, zainicjowanego przez pisarza Dmitrija Glukhovsky’ego. „W mrok” to kontynuacja powieści „Do światła” i przyznać należy, że kontynuacja udana.

Cały projekt Metro 2033 osadzony jest w rzeczywistości postapokaliptycznej, wielką katastrofę przetrwali jedynie ci, którzy akurat znaleźli się w podziemiach moskiewskiego i petersburskiego metra. Powierzchnia ziemi została skażona substancjami radioaktywnymi i stała się domem dla zmutowanych zwierząt i ludzi. W podziemiach metra dzieje się więc akcja zarówno dwóch powieści Glukhovsky’ego 2033 i 2034, jak i Szymuna Wroczka „Piter” (również wydanej w ramach projektu). Andriej Diakow przenosi akcję na powierzchnię, w powieści „Do światła” pojawia się nadzieja na wyjście ludzi z tuneli, w postaci wyspy Moszczny.

Akcję powieści „W mrok” inicjuje jednak wydarzenie tragiczne – wyspa zostaje zniszczona w kolejnym nuklearnym wybuchu, giną wszyscy jej mieszkańcy, z wyjątkiem załogi Babla – pływającej platformy wiertniczej. Marynarze pod wodzą dziadka Afanasa docierają do metra w poszukiwaniu sprawiedliwości, żądają znalezienia i ukarania sprawcy wybuchu, grożąc mieszkańcom metra zagładą.

Głównymi bohaterami są znani z poprzedniej części stalker Taran i jego przybrany syn Gleb. To Taran ma przeprowadzić śledztwo w sprawie zniszczenia Moszcznego, ale i tak trudną sytuację komplikuje uprowadzenie Gleba.

Doskonała fabuła, napięcie stopniowo budowane utrzymuje się niemal do samego końca. Zaskakujące zwroty akcji, ciekawie poprowadzona narracja. Rozdzielenie Gleba i Tarana sprawia, że  powieść zyskuje dwóch niezależnie działających bohaterów, akcja dzieje się jednocześnie w różnych miejscach i czasie. Najpierw poznajemy przygody Tarana, ich uzupełnieniem jest kolejna część książki opowiadająca o losach Gleba, część trzecia łączy w sobie obie nicie, przeplata je by nareszcie ulokować obu bohaterów w tym samym punkcie czasoprzestrzeni.

W powieści pojawia się nowa, istotna postać – Aurora, dziewczynka, która po śmierci matki ucieka z domu, najbezpieczniejszego i najbardziej chronionego na terenie metra miejsca – schronu zwanego Edenem. Aurora towarzyszy Glebowi, budząc w chłopcu uczucia opiekuńcze, ucząc go czym jest odpowiedzialność za bezpieczeństwo i los drugiego człowieka.

Właściwie każdy spotkany po drodze mieszkaniec metra, to lekcja życia zarówno dla dzieci jak i dla doświadczonego stalkera. Nie ma tam postaci przypadkowych, nieważnych, każda z nich coś wnosi, każda ma coś do przekazania. Ostatecznie niezwykły związek Tarana i Gleba stanowi wartość w świecie bez wartości i dzięki temu obaj gromadzą wokół siebie ludzi, w głębi których wciąż żyją resztki człowieczeństwa.

W książce „Do światła” ujął mnie opis relacji Gleba – zagubionej sieroty, rozpaczliwie pragnącej ciepła i akceptacji oraz Tarana – człowieka niezależnego, samowystarczalnego, obawiającego się uczuć. W powieści „W mrok” Diakow pogłębia jeszcze bardziej związek obu bohaterów, Taran, który adoptując Gleba, poznał smak i siłę ojcowskiej miłości, zaczyna być innym człowiekiem, wrażliwszym na ludzką krzywdę, zdolnym do okazywania uczuć. Gleb z przerażonego dziecka staje się zaradnym chłopcem, silnym, odważnym, odpowiedzialnym, poczucie bezpieczeństwa odnajdującym w fakcie, że ma kogoś, kto go kocha i się o niego troszczy.

I jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, opowieść o Taranie i Glebie, jest przede wszystkim opowieścią o miłości, czasem bolesnej i trudnej, bo osadzonej w świecie pozbawionym uczuć, ale o miłości… pięknej, mocnej, zdolnej zmieniać rzeczywistość.

Książka kończy się zapowiedzią kolejnej części, ojciec i syn wraz z przyjaciółmi i towarzyszami broni chcą wyruszyć w poszukiwaniu ocalałych ludzi i miejsca podobnego do unicestwionej wyspy, miejsca, gdzie człowiek będzie miał szansę na godne życie. Czekam z niecierpliwością.

„assassin’s creed objawienia” – oliver bowden

Swoją przygodę z książkami z serii “Assassin’s Creed” zaczęłam troszkę przypadkiem i nie z własnej woli. Po przeczytaniu pierwszej części „Renesansu” przyjęłam, że zakładany odbiorca nie jest ambitny, jest za to fanem gier komputerowych, więc przeczyta tę książkę z uśmiechem. Na wszelkie niedoskonałości przymknęłam oko, tłumacząc sobie, że i takie lektury są potrzebne. Potem pojawiło się „Bractwo” – część druga i zarazem kontynuacja losów Ezia Auditore da Firenze. Utrzymana w tym samym klimacie, równie mało ambitna, ale skoro już przyjęłam, że nie o ambicję tu chodzi, to niech będzie. Przyszła jednak część trzecia „Tajemna krucjata” (i wcale nie kontynuacja losów Ezia), przy której wyczerpała się moja cierpliwość w stosunku do tej serii: koszmarna książka, koszmarnie napisana. Bo czy to gust czytelniczy mi się wyostrzył czy może język, nagle straciłam wszelką tolerancję dla banału, głupoty i bezmyślnego nadużywania krwi na kartach powieści.

Kiedy więc pojawiła się część czwarta, załamałam ręce, ale że kieruję się w życiu prostą zasadą „trzeba poznać, by ocenić” – cierpliwie przeczytałam. I werdykt brzmi – jest to najlepsza z czterech części „Assassin’s Creed”. Przede wszystkim nieporównywalnie lepszy język, styl, sposób narracji, któremu nareszcie bliżej do ksiązki niż gry komputerowej. Tak jak w poprzednich przypadkach, nie jest to lektura ambitna, bo gdyby to jakoś sklasyfikować nazwałabym tę historię typową przygodówką. Ale jest i tajemnica, i romans, i przyjaźń i zakończenie, które podnosi wartość tej książki w moich oczach. Po trzech tomach bijatyk, rozlewu krwi, agresji, główny bohater u kresu życia odkrywa co tak naprawdę ma wartość, co sprawia mu radość, pozwala odczuwać szczęście.

Jest w tym czwartym tomie sporo nawiązań do poprzednich części, więc pewnie trudno by mi było sprawnie się poruszać w tym gąszczu przygód i wspomnień bez ich znajomości – to z kolei sprawia, że każdy potencjalny czytelnik powinien rozważyć czy faktycznie chce poświęcić swój czas na przebrnięcie przez grubo ponad tysiąc stron, by dotrzeć do satysfakcjonującego finału.

Nadal nie jestem fanką tego typu powieści, etykietka „na podstawie gry” już pewnie zawsze będzie wzbudzała we mnie obawy, ale ten świat jest piękny przez swoją różnorodność, z niej możemy czerpać i wybierać, ona pomaga nam stworzyć własne wzorce tego, co piękne i wartościowe, więc cieszę się, że przytrafiła mi się ta czterotomowa podróż z Asasynami – pozwoliła ukształtować gust i nauczyć się wyrażać krytykę.

http://www.insignis.pl/book/index/67/Assassin-s-Creed–Objawienia.html