„przygoda fryzjera damskiego” – eduardo mendoza

„Kto, tak jak ja, nie dostąpił przywileju spędzenia większej części życia w domu wariatów, być może nie zna tej wielkiej prawdy: że wszyscy tam zamknięci wyraźnie dostrzegają szaleństwo pozostałych, lecz żaden nie widzi swojego.” [s. 253]

Powiedzieć, że ta książka jest specyficzna to za mało, powiedzieć, że jest w niej szaleństwo – nie dość, to jedna z najciekawszych mieszanek humoru, kryminału i groteski, jakie widziałam.

Głównego bohatera poznajemy, gdy niespodziewanie dla samego siebie, opuszcza dom wariatów. Bez środków do życia, bez perspektyw, ale z kryminalną przeszłością, postanawia odszukać swoją siostrę. Odbudowa więzi rodzinnych przebiega niezwykle szybko i sprawnie, dzięki czemu nasz bohater otrzymuje pracę w podupadającym zakładzie fryzjerskim swojego szwagra. Jest sumienny, pracowity i… zadowolony z życia. Do czasu, gdy na jego drodze staje piękna Ivet, a on sam zostaje wplątany w aferę z morderstwem w tle. Chcąc oczyścić swe imię oraz pomóc tajemniczej Ivet, damski fryzjer zamienia się w detektywa i na własną rękę próbuje rozwikłać zagadkę śmierci przedsiębiorcy Manuela Pardalota. W swoich staraniach przypomina żandarma z Saint Tropez – nieporadnego, naiwnego, by nie rzec głupiego, choć wytrwale dążącego do celu.

Choćby próba opisania przebiegu owego śledztwa jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, gdyż gwałtowne, niemożliwe do uzasadnienia zwroty akcji oraz zawiłość zależności pomiędzy bohaterami są trudne do ogarnięcia. Przy tym poziom absurdu, jaki udało się autorowi osiągnąć – doprawdy godne podziwu.

Każdy z bohaterów jest inny, ale każdy przerysowany i na swój sposób groteskowy. Ich zachowanie wzbudzać może w czytelniku emocje mieszane: od współczucia, przez niedowierzanie aż do niekontrolowanych wybuchów radości. Nie sposób brać na poważnie tej hiszpańskiej bandy indywiduów, trudno nie patrzeć na nich z politowaniem.

Choć akcja toczy się wokół zagadki śmierci Pardalota, samo jej rozwiązanie jest jakby kwestią drugorzędną. Całość bardziej przypomina komedię, aniżeli kryminał, chociaż ostatecznie, w finale autor nawiązuje do tradycji, do kryminałów w stylu Agathy Christie – wszyscy zebrani w jednym pokoju oczekują aż detektyw (w tym wypadku fryzjer) wskaże mordercę.

Próżno doszukiwać się w tej opowieści logiki, świat stworzony przez Mendozę, to świat pokręcony, wypaczony, odrealniony, a może po prostu naznaczony szaleństwem, widziany oczami niegroźnego wariata…

To powieść zupełnie nie w moim stylu, ale poprzez swoją inność niezwykle interesująca i niewątpliwie godna uwagi.

fot. materiały wydawcy
fot. materiały wydawcy

Wydawca o książce:

Pewien damski fryzjer, niezrównoważony lekkoduch, który jeszcze do niedawna pozostawał pod opieką lekarzy w szpitalu psychiatrycznym, wychodzi na wolność i niemal od razu wplątuje się w niebezpieczną intrygę. Uwiedziony przez seksowną femme fatale zgadza się wziąć udział we włamaniu. Nie ma pojęcia, że daje się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez tajemniczego, zamaskowanego przestępcę.

Przygoda fryzjera damskiego to zaskakujący i zarazem emocjonujący pastisz kryminału, który docenią zarówno wielbiciele gatunku, jak i oddani fani autora. Fabuła rodem z powieści Chandlera miesza się tu z przezabawną satyrą na rzeczywistość europejskiej metropolii.

Autor: Eduardo Mendoza

Tytuł: Przygoda fryzjera damskiego

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Rok wydania: 2003

Przekład: Marzena Chrobak

Ilość stron: 290

Oprawa: miękka

ISBN: 83-240-0308-8

Reklamy

„krew, którą nasiąkła” – åsa larsson

Nie pamiętam czy kiedykolwiek opowiadałam o tym, w jaki sposób wybieram książki, które czytam. Otóż nie wybieram. Wychodzę z założenia, że w moim życiu nic się nie dzieje bez powodu, a skoro tak, to książki, które mam przeczytać również same mi się w ręce pchają. Istnieje przy tym ryzyko, że wepchnie się też coś, co jest dalszym ciągiem czegoś innego. Tak było i tym razem – „Krew, którą nasiąkła” to drugi tom serii, której główną bohaterką jest młoda prawniczka Rebeka Martinsson. Kto nie czytał części pierwszej (jak ja) pozna Rebekę w sytuacji, delikatnie mówiąc, niezwykle trudnej. Dziewczyna wciąż nie może się otrząsnąć, po tym jak półtora roku wcześniej, zabiła w samoobronie troje ludzi.

Los jednak bywa przewrotny. Obowiązki zawodowe zmuszają główną bohaterkę do powrotu w rodzinne strony, na północ Szwecji w okolice Kiruny. Borykająca się z własnymi lękami Rebeka, trafia w środek kolejnej trudnej sprawy – zagadki brutalnego morderstwa. Ofiarą zabójcy jest, przez jednych lubiana, przez innych znienawidzona, pastor Mildred Nilsson.

Co ciekawe, główna bohaterka nie jest zaangażowana w policyjne śledztwo, jej głównym zajęciem jest walka ze sobą samą, by osiągnąć równowagę psychiczną. Pomaga jej w tym, spotkany przypadkiem niepełnosprawny chłopiec Nalle. Jego ufność i radość życia działają kojąco na Rebekę. Rozwiązaniem sprawy zajmuje się lokalna policja z Anną Marią Mellą na czele. Jedyny wkład młodej prawniczki w śledztwo, polega na przekazaniu policji dokumentów z sejfu zamordowanej pastor.

Choć książka jest kryminałem, czytając można odnieść wrażenie, że znalezienie zabójcy wcale nie jest tu najważniejsze. Narracja płynnie przechodzi z bohatera na bohatera, dzięki czemu czytelnik poznaje myśli i wkrada się w zakamarki duszy kolejnych postaci: rozbitej wewnętrznie pani prawnik, kochanki pastor Nilsson czy ojca niepełnosprawnego dziecka. Tym samym autorka porusza co najmniej kilka poważnych problemów społecznych, z których każdy mógłby stać się tematem książki. Całość przeplatana jest historią… wilczycy. W opowieści o niej uważny czytelnik może odnaleźć analogie do życia bohaterów.

Czytelnicy przyzwyczajeni do surowości i chłodu Mankella czy Indriðasona, będą zaskoczeni stylem Larsson. W jej powieści Szwecja nie jawi się jako mroczna kraina, autorka pozwala sobie na pewien sentymentalizm, nie boi się mówienia o uczuciach, hojnie obdarza nimi bohaterów, nasyca powieść. Choć zdecydowanie wolę makellowską szorstkość, łagodność Larsson była całkiem przyjemną odmianą w literackim mówieniu o Skandynawii.

Gdybym miała ocenić tę książkę w sześciostopniowej skali, „Krew, którą nasiąkła” byłaby mocną czwórką. Niezłe czytadło na długi wieczór przed kominkiem. Najlepiej w Szwecji.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Krew, którą nasiąkła

Autor: Åsa Larsson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Wydanie: I

Przekład: Beata Walczak-Larsson

Data premiery: 2011

Format: 145 × 205 mm

Oprawa: broszurowa + skrzydełka

Liczba stron: 424

ISBN: 978-83-08-04567-1

„biały ogień” – douglas preston, lincoln child

Kiedy byłam dzieckiem ciągle czytałam. Moi rodzice chyba mieli do mnie zaufanie, bo nigdy do głowy im nie przyszło, by skontrolować co czytam. Ja natomiast, zamiast romantycznych opowieści o księżniczkach, mając lat powyżej dziesięciu w szkolnej bibliotece wybierałam książki z serii „Przygody trzech detektywów”, „zaczytywałam się” w opowieściach o dzielnym Tomku Wilmowskim i pochłaniałam wszystko, co miało na okładce nazwisko Agathy Christie. Trudno się więc dziwić, że miłość do zagadek kryminalnych i sensacji została mi do dziś. Zawsze z wielkim zainteresowaniem sięgam po pozycje z gatunków takich jak: kryminał, thriller, powieść przygodowa czy sensacyjna, ale im jestem starsza i im więcej książek tego rodzaju czytam, tym mniej we mnie pobłażliwości dla niedoskonałości tych wytworów ludzkiego umysłu.

Kiedy w moje ręce trafił „Biały śnieg”, bardzo szybko dałam się porwać tej opowieści. Młoda dziewczyna Corrie Swanson, której opiekunem jest nieco ekscentryczny agent FBI Pendergast, zbiera materiały do swojej pracy. W tym celu jedzie do Roaring Fork – ekskluzywnego kurortu w górach, by zbadać szczątki górników zabitych przez niedźwiedzia grizzly w II połowie XIX wieku. Oglądając kości, Corrie zauważa ślady, pozwalające jej wysnuć hipotezę jakoby mężczyźni zostali zamordowani i… pożarci przez grupę kanibali. Niepokorna dziewczyna, chcąc dotrzeć do prawdy, pakuje się w kłopoty, co skłania agenta Pendergasta do przyjazdu do Roaring Fork. Tymczasem w miasteczku zaczyna szaleć wyjątkowo okrutny podpalacz i morderca. Pendergast angażuje się w śledztwo, jednocześnie szukając rozwiązania zagadki śmierci górników. Agent zaczyna podejrzewać, że informacje o serii zabójstw sprzed lat zawarte są w… zaginionym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

Ta książka zdaje się mieć wszystko, co powinna mieć dobra książka „o zacięciu kryminalnym”: tajemnicę z przeszłości, współczesną zagadkę (podpalenia w Roaring Fork), dwoje zupełnie różnych głównych bohaterów, wielki biznes i wielkie pieniądze w tle, a do tego autorzy pokusili się o ukłon w stronę fanów prozy Conan Doyle’a. Poza tym czyta się to doskonale, a jednak… jest w tej książce pewna rysa. Ta historia od początku wydaje się nieco… hmm… bajkowa, jest w niej coś z klimatu opowieści o Sherlocku Homesie, jest trochę grozy i magii jak z dzieł Edgara Allana Poego (lub Poe – jeśli ktoś woli). Realizm „Białego ognia” jest nieco naciągany, ale czytelnik się na to godzi – zdaje się, że właśnie tak to sobie obmyślili autorzy. Przychodzi jednak taki moment, w którym czar pryska zupełnie, a całe prawdopodobieństwo opowiadanej historii znika. To moment, w którym Pendergast, wykorzystując tybetańskie metody relaksacyjne, przenosi się w czasie w swoim umyśle. Potem jest już tylko gorzej: główna bohaterka wykazuje się skrajną głupotą i naiwnością, o którą nie podejrzewałam jej wcześniej, opis wydarzeń w kopalni zawiera fragmenty jak z kiepskiej, amerykańskiej produkcji filmowej typu sensacja (np. „(…) mały palec zwisał na wąskim pasku skóry niemal zupełnie oderwany, z postrzępionego otworu ciekła krew. – Kurwa! Pozbyła się bezużytecznego palca, potrząsając ręką, aż odpadł (…)”[1]), ale najgorszy był iście hollywoodzki happy end.

Podsumowując – to nie do wiary, że można stworzyć tak ciekawą, intrygującą historię po to, by zakończyć ją w tak banalny i przewidywalny sposób.

Aha! Zapomniałam dodać, że gdzieś tak w połowie książki wiedziałam już kto jest podpalaczem.

 

[1] D. Preston, L. Child, Biały ogień, Burda Publishing Polska 2014, s. 407

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Biały ogień

Autor: Douglas Preston, Lincoln Child

Przekład: Robert P. Lipski

Tytuł oryginału: White Fire

Wydawnictwo: Burda

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-7778-767-0

„zimny wiatr” – arnaldur indriðason

Bardzo przyzwoita książka, choć po przeczytaniu czterech poprzednich kryminałów z Erlendurem Sveinssonem w roli głównej, już nie tak porywająca jak „Głos” czy „Jezioro”. Indriðason trzyma się schematu: wątek główny – aktualne śledztwo, równolegle opis osobistego życia Erlendura i zjawisko czy też raczej problem społeczny. I tak główny wątek to śledztwo w sprawie zabójstwa ciemnoskórego chłopca, którego ciało znaleziono w kałuży krwi przed blokiem. W tym samym czasie okazuje się, że zaginął przyrodni brat ofiary – pochodzący z Tajlandii nastolatek. Erlendur wraz z Elinborg i Sigurdurem Olim rozpoczynają poszukiwania nastolatka oraz mordercy, nie wykluczając, że mogła to być zbrodnia na tle rasistowskim. Tak dochodzimy do problemu społecznego czyli rasizmu i tolerancji lub jej braku wobec emigrantów w islandzkim społeczeństwie. W międzyczasie Erlendur nadal zmaga się z demonami przeszłości i chorobą byłej szefowej, która uważa go za swojego przyjaciela.

Właściwie trudno czytelnikowi odgadnąć jaki był motyw zbrodni. Rozwiązanie zagadki okazuje się banalnie proste, a przez to przerażające. Bezsensowność śmierci dziecka – to jest to, co rzeczywiście porusza w „Zimnym wietrze”.

Jest w tej opowieści jeszcze jeden wątek, który przykuł moją uwagę. W czasie śledztwa policjanci zatrzymują Andresa – mężczyznę, mającego całkiem bogatą kartotekę. W „Zimnym wietrze” jest to jednak postać niejednoznaczna, z jednej strony przestępca, z drugiej – nawet po latach – wciąż przerażony chłopiec, borykający się z traumatycznymi wspomnieniami molestowania przez ojczyma. Poruszający obraz dorosłego człowieka, nie umiejącego rozliczyć się z przeszłością, wciąż odczuwającego upokorzenie i lęk przez dawnym oprawcą. Bardzo żałuję, że historia Andresa to tylko migawka w powieści Indriðasona.

Ogólnie rzecz ujmując – dobra książka, tylko tej iskry zabrakło… a jednak polecam.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Zimny wiatr

Autor: Arnaldur Indriðason

Przekład: Jacek Godek

Tytuł oryginału: Vetrarborgin

Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-7747-936-0

„bastard” – andrzej dziurawiec

Brakowało mi już straszliwie dawki solidnego kryminału lub thrillera. Może dlatego, że kryminał i thriller to jedne z tych niewielu form literackich, które czytam, bo lubię, a nie dlatego, że muszę. Raz na jakiś czas robię więc sobie przerwę od wszystkiego i wchłaniam kryminalną zagadkę. Tym razem trafiłam na „Bastarda” i muszę przyznać – bawiłam się świetnie. Nie sposób zresztą się nie bawić, gdy sam język narracji wywołuje uśmiech na twarzy. Mieszanina ironii, dowcipu i tego czegoś, co sprawia, że choć obok trup ściele się gęsto, nie przytłacza czytelnika ponury nastrój. Jeśli miałabym być precyzyjna, to widać co prawda delikatną zmianę, jakby „spoważnienie” języka w ostatniej części książki, gdy główny bohater zbliża się do rozwiązania zagadki, ale nie wpływa to w sposób znaczący na wrażenie ogólne.

Trzeba też przyznać, że w tym thrillerze, było co rozwiązywać… wpływowy biznesmen, wielkie pieniądze, stara fabryka, kilka zabójstw (tu w roli głównej brzytwa), banda nazistów, historia sprzed lat, a do tego potomkowie Czyngis-Chana. Obrazu całości dopełniają dwaj nie znoszący się serdecznie policjanci – Szubert i  Szuman. Przyczyną ich wzajemnej niechęci jest kobieta – była Szuberta, obecna Szumana. Jedna i ta sama. Paradoksalnie jednak to ona wytwarza pomiędzy nimi niewidoczną niemal, szorstką, często brutalną nić porozumienia. Chociaż Szubert i Szuman stanowią duet niebanalny, to jeden z nich – Szubert gra w tej powieści pierwsze skrzypce – emeryt, legenda policji, bohater. Wynajęty, za okrągłą sumkę, przez tajemniczego biznesmena Salomona, dostaje zadanie – odszukać mordercę młodego archiwisty.

Cała historia jest dość zawiła, pojawiają się poboczne wątki, czytelnik stopniowo odkrywa kolejne fakty i powiązania, ale niemal do samego końca trudno jest wytypować mordercę. Czyta się świetnie! Książka napisana z fantazją i humorem – polecam bardzo:

 

http://wab.com.pl/?ECProduct=1556

„zabójcy bażantów” – jussi adler-olsen

Jako że niebo nad Białymstokiem przybrało barwy przyprawiające o ból głowy lub, jeśli ktoś woli, wpędzające w melancholię i jako że z tegoż nieba coś kapie, a w kręgosłupie coś łupie, a temperatura niebezpiecznie skoczyła w górę, postanowiłam oddać się jakiejś fascynującej lekturze. Niestety, mało co mnie fascynuje, a największe szanse na doświadczenie tego uczucia daje sięgnięcie po coś z dreszczykiem. Sięgnęłam i… przepadłam całkowicie na dwa wieczory. Schowałam się pod ciepłym kocem, postawiłam mur obronny z gorącej herbaty z malinami i odpłynęłam w świat duńskiego thrillera.

„Zabójcy bażantów” to naprawdę niezła powieść. Niezwykle wciągająca, prawdopodobna, choć przerażająca fabuła sprawia, że nie sposób się oderwać.

Główny bohater, Carl, to taka gwiazda duńskiej policji w stylu Wallandera – prywatnie samotny, z osiągnięciami na polu zawodowym, ze skłonnością do irytacji, gdy słyszy językową niezdarność swojego pomocnika Assada oraz z niechęcią odczuwaną na sam widok nowej współpracownicy, Rose. Kiepski z niego bohater, za to upór w jego wydaniu godny jest podziwu. Zwłaszcza, gdy chodzi o nieprzekonująco wyjaśnione sprawy. I właśnie taka sprawa sprzed lat stanowi punkt wyjścia dla działań szefa Departamentu Q duńskiej policji. Choć rzekomy morderca został schwytany i odsiaduje wyrok, Carl jest przekonany, że w zabójstwo zamieszanych jest więcej osób. Podejrzenie pada na grupę młodzieży ze szkoły z internatem. Śledztwo utrudnia fakt, że owa młodzież to dziś w większości jedne z najbardziej wpływowych osób w Danii.

Elementem wzbudzającym podskórny niepokój podczas lektury „Zabójców…” są opisy brutalnych, naznaczonych szaleństwem zachowań ludzkich. Morderstwa, pobicia, gwałty, krwawe polowania, dręczenie zwierząt, wykorzystywanie seksualne podwładnych, traktowanie reprezentantów innych ras jak niewolników – oto rozrywki współczesnej duńskiej elity. Rozrywki ludzi dzierżących władzę i posiadających wystarczające środki finansowe, by kupić milczenie innych.

Ciekawa wydaje się również postać Kimmie – dawniej uczestniczki brutalnych napadów, po latach zaś żyjącej na ulicy, chorej kobiety, zmagającej się z demonami przeszłości i ukrywającej się przed kolegami ze szkoły. Chwilami miałam wrażenie, że autor tłumaczy zachowanie bohaterki jej trudnym dzieciństwem, stara się wzbudzić w czytelniku współczucie dla Kimmie, ukazuje ją jako ofiarę przez co łatwo zapomnieć, że potrafi być katem.

Jedynym elementem, który wzbudza moją wątpliwość jest łatwość z jaką Kimmie nabywa… granaty (i nie chodzi tu o owoce). No i to zakończenie… ciut jakby zbyt filmowe… ale generalnie – naprawdę porządna lekturka na podłą pogodę.

 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/117394/zabojcy-bazantow

„powrót nauczyciela tańca” – henning mankell

To pierwszy, przeczytany przeze mnie, kryminał Mankella z innym bohaterem głównym niż Kurt Wallander i pewnie dlatego czytało się go nieco inaczej. Do tego po książkę sięgnęłam bezpośrednio po obejrzeniu I sezonu szwedzkiej wersji serialu „Wallander”, gdzie jednym z trojga głównych bohaterów jest Stefan Lindman. Tak się złożyło, że niejaki Stefan Lindman jest też głównym bohaterem „Powrotu…”. Mając w pamięci to, że w trzynastym odcinku serialu poznajemy tajemnicę Stefana, która doprowadza do jego tragicznej śmierci, przez pierwszych sto stron próbowałam zapomnieć, że czytam o nieboszczyku ;-). Na szczęście książka ma stron pięćset, więc w końcu dałam się wciągnąć.

Nie wiem czy jest sens próbować oceniać tę powieść, bo już samo nazwisko Mankell jest gwarancją doskonale skrojonego kryminału. Tym razem było podobnie – fascynująca historia, której początki sięgają II wojny światowej, świetnie napisana, trzymająca w napięciu niemal do ostatniej strony.

Niezwykle ciekawe wydaje mi się zjawisko, o którym mowa w „Powrocie…” – odrodzenie idei faszystowskich we współczesnym społeczeństwie, tak naprawdę nie tylko szwedzkim, choć właśnie na przykładzie Szwecji buduje swoją powieść Mankell. Nikogo chyba jednak przekonywać nie trzeba, że działalność grup neonazistowskich nie jest tylko wymysłem wyobraźni autora. On sam w posłowiu do „Powrotu…” pisze: (…) wśród zmyślonych przeze mnie zdarzeń jest ziarno prawdy. Taki właśnie miałem zamiar.

Mocną stroną powieści Mankella zawsze było łączenie we właściwych proporcjach wątku kryminalnego i osobistego, związanego z życiem bohatera. Ten schemat powtarza się także w „Powrocie…”. Stefana poznajemy w momencie, gdy dowiaduje się, że zdiagnozowano u niego nowotwór, cały jego świat wywraca się do góry nogami. Mężczyzna nie umie sobie poradzić z myślą, że w każdej chwili może umrzeć. Szukając sposobu na ucieczkę przed przygnębiającymi myślami, angażuje się w śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa, którego ofiarą pada były policjant i zarazem dawny kolega Stefana – Herbert Molin. W trakcie dochodzenia, Stefan odkrywa nie tylko niechlubną przeszłość ofiary, ale i nieznane mu wcześniej fakty z życia własnego ojca. Całość dość brutalna i mroczna, tradycyjnie już wpisana w surowy krajobraz Szwecji.

Mankell tworzy fikcję prawdopodobną i siła tego prawdopodobieństwa jest potężnym atutem jego prozy. W „Powrocie…” znalazłam jednak niedoskonałość na tym gruncie, moment, który wydał mi się przesadą. Cała opowieść jest naznaczona piętnem śmierci – policjant z nowotworem, wojenne zbrodnie, brutalne zabójstwo Molina i Anderssona… wszystko to układa się w logiczną całość. Jest tylko jeden element, który nie pasuje – moment, gdy świadek umiera śmiercią naturalną podczas przesłuchania. No tego już dla mnie za wiele!

Ale, poza tym jednym, drobnym incydentem, polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1130

„głos” – arnaldur indriðason

Doskonale napisany „więcej aniżeli kryminał”. Książkę czyta się jednym tchem. Jej największym atutem jest połączenie kilku historii w jednej opowieści.

Szkielet, w oparciu o który budowana jest fabuła to morderstwo portiera w jednym z największych hoteli w Reykjaviku. Mężczyzna zostaje znaleziony w swoim pokoiku, w piwnicy hotelu. Ma na sobie strój św. Mikołaja, spuszczone spodnie i prezerwatywę na członku. Śledztwo ujawnia, że mężczyzna o imieniu Gudlaugur, był niegdyś dziecięcą gwiazdą – śpiewał jako solista w chórze. W wieku dwunastu lat w wyniku mutacji stracił jednak swój niezwykły dar czym rozczarował wymagającego ojca. Spotkania ze znajomymi zamordowanego portiera, rozmowy z jego siostrą ujawniają tragiczną historię dziecka, któremu odebrano dzieciństwo. To poruszający opis chorej relacji ojca i syna, w której rodzic pełni rolę wyroczni, kształtuje los dziecka według własnego „widzimisię”, nie pytając o zdanie syna. Realizuje własne marzenia niejako zmuszając dziecko do śpiewu, snując przy tym wizje wielkiej, międzynarodowej kariery chłopca, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z tego jakim dramatem stanie się moment utraty przez Gudlaugura głosu.

Gdzieś w tle trwającego śledztwa toczy się proces ojca, oskarżonego o znęcanie się nad własnym synem. Sprawę prowadziła policjantka, Elinborg, którą mocno poruszyła historia pobitego dziecka. Przekonana o winie ojca chłopca, z uwagą śledziła proces. Ostatecznie, rozwiązanie sprawy zaskoczyło wszystkich. Przy okazji tego wątku pojawiają się niepokojące informacje dotyczące znęcania się nad dziećmi, próba analizy zachowań oprawców i wniosek – prawo jest niemal bezsilne wobec tego procederu.

Wątkiem, który wydał mi się najciekawszy, jest ten dotyczący policjanta prowadzącego śledztwo w sprawie zabójstwa portiera, znanego już z wcześniejszych powieści tego autora – komisarza Erlendura. Policjanta prześladuje tragedia z przeszłości. Jako dziecko komisarz wraz z bratem znalazł się w górach, nadeszło załamanie pogody, obaj chłopcy zgubili się w szalejącej śnieżycy. Erlendura odnaleziono, jego młodszego brata – nie. To doświadczenie na zawsze zmieniło życie zarówno Erlendura jak i jego rodziców. Komisarz nigdy nie wybaczył sobie, że puścił rękę brata, ojciec chłopców zamknął się w sobie, obarczając się winą za to, że zabrał ze sobą dzieci. Nie bez znaczenia był fakt, że ciała młodszego z braci nigdy nie odnaleziono, chłopca uznano za zaginionego, co sprawiło, że rodzina nie była w stanie uporać się z tym, co się stało. Przeszkodą, nie pozwalającą pogodzić się ze śmiercią chłopca, było dręczące pytanie: czy mógł przeżyć? A jeśli tak, to co się z nim dzieje? Poczucie odpowiedzialności, wpajane Erlendurowi od dziecka, jako temu starszemu, który winien opiekować się młodszym bratem, doprowadziło do rozpadu małżeństwa komisarza i zerwania przezeń kontaktu z własnymi dziećmi – Evą Lind i Sindrim. Po tym, co wydarzyło się w górach, Erlendur nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dzieci, cierpiące z powodu porzucenia przez ojca, zaczęły się staczać. Eva Lind walczyła z narkomanią, Sindri z alkoholizmem. W „Głosie” poznajemy zaledwie wycinek trudnych relacji komisarza z córką, która odnalazła go po latach. Cierpiąca po stracie dziecka dziewczyna, szuka kontaktu z ojcem, stara się nadrobić stracone lata i stworzyć między nimi nić porozumienia. Przy okazji szuka też odpowiedzi na pytanie dlaczego ojciec ich porzucił.

Wszystkie te historie łączy jedno – każda z nich opowiada o tragedii dziecka, każda mówi o tym w inny sposób, każda stanowi odrębną opowieść, choć we wszystkich dominują uczucia osamotnienia, odrzucenia i poczucia winy. Polecam bardzo:

http://www.wab.com.pl/?ECProduct=1182

 

„zwycięzca jest sam” – paulo coelho

Nie jestem fanką Coelho, nie rozumiem fenomenu „Alchemika” ani ksiązki „Weronika postanawia umrzeć”. Zwłaszcza w przypadku tego drugiego tytułu mam poważne wątpliwości czy można tu mówić o „doskonałej”, „świetnej”, „rewelacyjnej” lekturze. Fabuła jak z średniej jakości romantycznego filmu rodem z Hollywood. Dopiero, gdy w moje ręce trafiła powieść „Alef”, zaczęłam pojmować, że rzecz nie w geniuszu autora, a w fatalnej kondycji duchowej ludzi. Coelho ma taką rzeszę wiernych fanów, bo dożyliśmy czasów, gdy miliony ludzi na świecie szuka pocieszenia, otuchy i nadziei, a ten konkretny pisarz im to daje. Jednak w ramach walki z własną ignorancją wobec literatury światowej co jakiś czas sięgam po którąś z jego książek, tym razem od przyjaciół (fanów prozy Coelho) pożyczyłam powieść „Zwycięzca jest sam”. Przeczytałam i stwierdzam, że (niemal tradycyjnie) szału nie było, natomiast tekst jest interesującym zapisem 24 godzin w Cannes, z festiwalem filmowym w tle. Bohaterów jest kilkoro, każdy ma swoją historię, inny charakter, temperament, zawód, pozycję społeczną i ekonomiczną. Znajdziemy tam m. in.: Igora – rosyjskiego milionera, próbującego odzyskać byłą żonę przez dokonywanie kolejnych zabójstw, Jasmine – modelkę z trudną przeszłością i poczuciem winy, Gabrielę – aktorkę, rozpaczliwie próbującą zrobić karierę, Hamida – słynnego projektanta mody, którego świat sławy, pieniędzy i wszechobecnej obłudy wciąga coraz bardziej, ale jest też uliczna handlarka, autorka nikomu nieznanego filmu, producent filmowy czy policjant. Wszystkich łączy miejsce akcji. Taka różnorodność postaci sprawiła, że „Zwycięzca…” staje się analizą kondycji współczesnego społeczeństwa. Autor brutalnie odsłania kulisy świata celebrytów, pokazuje jak spełnione marzenia stają się przekleństwem i że granica pomiędzy miłością a szaleństwem bywa bardzo cienka.

Niby każdy wie, że sława i pieniądze szczęścia nie dają, a jednak stanowią warunek poczucia spełnienia dla tak wielu. Banalne hasła Coelho przekuł w historię z morałem, jednocześnie jest ona skonstruowana tak, by pozostawiała w naszym umyśle miejsce na niejednoznaczność. Każdy czytelnik może z niej wziąć coś dla siebie, ale będą i tacy, dla których pozostanie ona tylko, jedną z wielu, opowieścią bez znaczenia.

 

Tak czy inaczej zapoznać się warto: http://drzewobabel.pl/wydawnictwo/ksiazki/zwyciezca_jest_sam,ksiazka,12.html

„śmierć w Breslau” – marek krajewski

To dopiero druga z całej serii książek autorstwa Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, jaką zdarzyło mi się przeczytać. Po rewelacyjnej „Głowie Minotaura” postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości Krajewskiego, uważanego za mistrza kryminałów w stylu retro. I trzeba przyznać, że na miano mistrza Krajewski zasługuje. „Śmierć w Breslau” stanowi dowód na to, że istnieją jeszcze książki, w których nie ma się do czego przyczepić – nic nie drażni, nie irytuje, nie uwiera.

Cała historia zaczyna się od brutalnego, podwójnego morderstwa, kończy – jako poruszająca opowieść o samotności, porzuceniu, strachu i złości, o zemście i sile męskiej przyjaźni. Podobnie jak w „Głowie Minotaura” główną rolę odgrywa duet, tym razem są to Eberhard Mock i Herbert Anwaldt. Postać tego drugiego jest o tyle ciekawa, że zdaje się wzbudzać w Mocku jak najszlachetniejsze uczucia. Anwaldt jest buforem, który sprawia, że etycznie kontrowersyjne decyzje Mocka zostają złagodzone, nie wpływają w żaden znaczący sposób na to, jak krzepkiego policjanta odbiera czytelnik. O ile duet Mock – Popielski był zderzeniem dwóch niezwykle silnych osobowości, to w relacji Mock – Anwaldt niemal od początku jasny jest podział ról, to Mock jest opiekunem, niemal ojcem dla wychowanego w sierocińcu Herberta. Nie oznacza to jednak, że Anwaldt zostaje odsunięty na dalszy plan, wręcz przeciwnie, moment wyjazdu Eberharda Mocka na urlop, to moment gdy na kryminalnej scenie swoją partię solo odgrywa bystry i spostrzegawczy Herbert.

Oprócz wspaniale skonstruowanych głównych bohaterów, niewątpliwym atutem powieści Krajewskiego jest fabuła, nie pozwalająca nawet na chwilę nudy, wartka akcja trzyma w napięciu niemal do ostatniej strony.

Gdzieś w tle stale obecny jest wątek seksualny (podobnie w „Głowie Minotaura”), częścią zbrodni, od której wszystko się zaczyna, był gwałt. Ciąg dalszy również bogaty jest w różnego rodzaju dewiacje seksualne – od upodobania samego Mocka do perwersyjnej gry w szachy z obsługującymi go prostytutkami, przez zamiłowanie pewnego uczonego do gimnazjalistek po orgie w domu wrocławskiego arystokraty. Kto jednak lubi porno w wydaniu książkowym, zawiedzie się z pewnością, bo choć seks to istotna składowa „Śmierci w Breslau” pozostaje dodatkiem, nie ma istotnego wpływu na odbiór całości. A całość to po prostu doskonale skrojony kryminał. Gorąco polecam.

 

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2667,Smierc-w-Breslau