„ostatnia komandoria” – konrad kuśmirak

Zawsze uważałam, że ludzie, którzy decydują się na napisanie lub zekranizowanie kontynuacji kultowych książek i filmów to osoby niezwykle odważne, skrajnie głupie lub szaleńcy. Trzeba mieć bowiem sporo wiary w siebie, talentu i wyobraźni, by dorównać ludziom, których świat docenił, a w niektórych przypadkach nawet uznał za mistrzów. I nie tylko świat – na lokalnych podwórkach wcale nie jest lepiej, a bywa znacznie trudniej.

Jeszcze trudniej bywa, gdy rzecz dotyczy książek, na których wychowywało się kilka pokoleń Polaków, bo jak wiadomo Polacy – naród „czepliwy” i przyczepić się umie do wszystkiego (czego jestem i ja dobrym przykładem). Książki, o których wspomniałam, to nieco zapomniane dziś przygody Pana Samochodzika pióra Zbigniewa Nienackiego. Okazało się, że mamy na Podlasiu kontynuatora tejże serii.

Spokojnie! Pan Tomasz nie jest nieśmiertelny, a Konrad Kuśmirak nie proponuje czytelnikom podróży w przeszłość, a przynajmniej nie do II połowy ubiegłego wieku. W „Ostatniej komandorii” rzecz się dzieje współcześnie. Pana Tomasza zastępuje pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki, niejaki Paweł Daniec, tropiciel zaginionych dzieł sztuki i dumny posiadacz niezwykłego wehikułu jeżdżącego, pływającego i kto wie co jeszcze.

Miejsce akcji to oczywiście Podlasie. W Drohiczynie prowadzi badania prof. Maksymowicz. Naukowiec prawdopodobnie odnajduje pieczęć wielkiego mistrza templariuszy, po czym… znika. O wykopaliskach i zniknięciu profesora, CBŚ informuje jego córkę – Emilię, niegdyś archeologa, obecnie bibliotekarkę pracującą w Supraślu. Zaintrygowana dziewczyna udaje się do Drohiczyna, gdzie odkrywa, że profesor został uprowadzony. Szukając wskazówek, mogących pomóc jej w rozwiązaniu zagadki, Emilia postanawia udać się do mieszkania ojca – tam spotyka Pawła Dańca, który oferuje jej swoją pomoc.

Trzeba przyznać, że klimat tej książki faktycznie przypomina opowieści autorstwa Nienackiego – tyle, że nieco uwspółcześnione. Jest rycerski główny bohater, dzielna i samodzielna panna Emilia, tajemnica z przeszłości, stojący na straży prawa agenci CBŚ i ABW, zbiry w BMW, niejednoznacznie nieprzyjemny Francuz z immunitetem i niejednoznacznie przyjazny Białorusin – pułkownik Lisyckin ze Specnazu, do tego kontrowersyjny historyk i nieco lokalnego folkloru w postaci babci Tymoszkowej, Hrehora, gwary z pogranicza polsko-białoruskiego i samogonu. Całość okraszona historią miejsc, odwiedzanych przez głównych bohaterów. Nie jestem fanką historii, więc tych fragmentów obawiałam się najbardziej. Przywoływanie faktów z przeszłości, zważywszy, że główni bohaterowie sami żywo interesują się historią, wydaje się całkiem uzasadnione. Nie podoba mi się jedynie forma, w jakiej autor to czyni – te wstawki brzmią nieco sztucznie, jak wykłady albo fragmenty przewodnika po Podlasiu, niestety dość monotonne (szczególnie jest to widoczne we fragmencie dotyczącym Supraśla).

W sumie – „Ostatnia komandoria” się broni. Widać zaangażowanie autora, przygotowanie historyczne, jest ten specyficzny klimat, zagadka, skarb i tajemnica. Prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń nie jest tu najważniejsze, tak jak u Nienackiego – liczy się przygoda. Skończyłam lekturę „Ostatniej komandorii” z uśmiechem… tylko wciąż nurtują mnie pytania: czy motocykliści z Bielska Podlaskiego to naprawdę tacy porządni ludzie i czy w Archiwum Państwowym w Białymstoku faktycznie można po znajomości obejrzeć nieudostępnione dokumenty? 😉

A tak o „Ostatniej komandorii” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Ostatnia komandoria/Pan Samochodzik i ostatnia komandoria

Autor: Konrad Kuśmirak

Wydawca: Oficyna Wydawnicza „Warmia”

Rok wydania: 2014

Reklamy

„pokolenia. wiek deszczu, wiek słońca” – katarzyna droga

Czasami zastanawiam się, jakim cudem, udaje mi się ciągle coś czytać, skoro sama przed sobą przyznaję się jedynie do miłości do kryminałów i thrillerów… Cóż, bardzo możliwe, że wynika to z przekonania, iż żeby czegoś nie lubić trzeba to najpierw poznać, trzeba tego spróbować. Również z racji tego, że moja praca opiera się częściowo na czytaniu książek, zdarza się, że w moje ręce trafiają publikacje kompletnie nie z kręgu moich zainteresowań czytelniczych. Tak trafiła do mnie książka „Pokolenia” Katarzyny Drogiej. Wiedziałam o niej tyle (o książce, nie o Katarzynie), że jest tam mocno rozbudowany wątek podlaski. Kiedy więc usłyszałam słowo „saga” w kontekście „Pokoleń”, przyznaję – zmroziło mnie. Oczyma wyobraźni widziałam już serię niekończących się nieszczęśliwych miłości, zdrad, intryg z przemijaniem, śmiercią i, oby, zmianami społeczno-kulturowymi w tle, i chociaż to wszystko w „Pokoleniach” znajdziemy, ma w sobie ta książka jakąś magiczną siłę, sprawiającą, że losy głównych bohaterów – Janki i Leszka, wydają się chwilami dziwnie znajome, a sami bohaterowie – bliscy.

Katarzyna Droga zbudowała powieść wielopłaszczyznową i każdy czytelnik sam może wybrać to, co jest dla niego najważniejsze. Mnie poruszył przede wszystkim obraz pokolenia wojny – ludzi, którzy przetrwali strach, głód, poniżenie, umknęli wszechobecnej śmierci. To opowieść o ludziach, każdego dnia próbujących jak smakuje „normalność”, drżących na sam dźwięk słowa wojna, zmuszonych budować swą dorosłość, wolność, niezależność na zgliszczach, skazanych na wieczną walkę z pamięcią i niepamięcią, z demonami przeszłości, zmagających się z odpowiedzią na pytanie o sens i wartość własnego istnienia, rozpaczliwie pragnących żyć pełnią życia, a jednocześnie zaszczutych przez nowy System, rozczarowanych tym, że rzeczywistość niewiele ma wspólnego z wizją świata, o który walczyli ich ojcowie, bracia, wujowie lub oni sami.

Białostoczanie odnajdą w „Pokoleniach” cudowny, plastyczny opis miasta podnoszącego się po wojnie, obraz rodzącego się środowiska inteligencji, którą władze partyjne próbują trzymać w ryzach: obietnicą, prośbą i groźbą.

Są też indywidualne historie: banalne, śmieszne, poważne, tragiczne. Jest miłość spełniona i ta, która spełnić się nigdy nie mogła, jest romans i zdrada, zabójstwo z miłości/zazdrości, jest szaleństwo po stracie dziecka , jest choroba i próba losu, jest czas weryfikacji – kto przyjaciel, kto wróg. Są małżonkowie i kochankowie, matki i córki, siostry i bracia, ojcowie i synowie. Jest w końcu tajemnicza rzeka Narew, dziwnie przypominająca życie: z zakrętami, wirami, wylewająca wiosną, by latem znów powrócić do koryta, biegnąca uparcie przed siebie.

„Pokolenia” czyta się znakomicie, główni bohaterowie niemal natychmiast zyskują sympatię czytelników. Akcja toczy się szybko, nie ma czasu na nudę. Ku mojemu zdumieniu, udało się autorce uniknąć przegadania (przy takiej opowieści? – chylę czoła!), pojawia się za to żonglowanie czasem : historia Janki przeplatana jest wstawkami z współczesności , obrazami Warszawy z 2012 roku.

Najistotniejsza jest jednak w tym wszystkim prawda, bowiem bohaterowie „Pokoleń” żyli naprawdę – w tym sensie książka ociera się o dokument. Wydarzenia opisane przez Katarzynę Drogą to prawdziwa historia rodziny autorki.  Świadomość tego również wpłynęła na mój sposób patrzenia na tę książkę, doskonale bowiem rozumiem chęć sięgnięcia do życia przodków, potrzebę umocnienia poczucia własnej tożsamości i ocalenia od zapomnienia ludzi, których kochamy.

Polecam  więc bardzo serdecznie:

http://onepress.pl/ksiazki/pokolenia-wiek-deszczu-wiek-slonca-katarzyna-droga,pokole.htm

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca

Autor: Katarzyna Droga

Wydawnictwo: Helion

Rok wydania: 2014

ISBN: 978-83-246-7721-4

„patrząc na wschód. przestrzeń, człowiek, mistycyzm” – piotr brysacz

Bardzo długo zbierałam się do napisania choć kilku słów o tej książce. Długo ją też czytałam. Szarpana to była lektura niezwykle, były wieczory, gdy wchłaniałam łapczywie kilka wywiadów jeden po drugim, były i takie, gdy kilka razy analizowałam odpowiedź na jedno pytanie. Ta książka jest dla mnie… magiczna. Niby nic niezwykłego – ot, takich tam jedenaście rozmów o Wschodzie. Fakt – dobór rozmówców trafiony wielce: m. in. Andrzej Stasiuk, Mariusz Wilk, Jacek Hugo-Bader, Wojciech Górecki, Wacław Radziwinowicz, a żeby i nam, prostym ludziom z Podlasia smutno nie było, na zakończenie prof. Włodzimierz Pawluczuk i o Wierszalinie słów kilka. No, ale gdzie tu magia? Na Wschodzie oczywiście. Tylko co to właściwie jest ten Wschód, gdzie się zaczyna, jak go zdefiniować i czy w ogóle definiować, na czym polega fenomen wschodniej duszy i dlaczego u licha tak ludzi na ten Wschód ciągnie? – pyta Brysacz. Każdy z rozmówców odpowiada inaczej, filtrując odpowiedzi przez własne doświadczenia i emocje, ale są pewne elementy stałe, które w każdej z tych odpowiedzi, w kontekście Wschodu zaistniały – przestrzeń, człowiek i mistycyzm.

Nie uważam się za fankę reportażu, dlatego troszkę się obawiałam swojej własnej reakcji na tę książkę. No bo brnąć przez 280 stron gadania z ludźmi piszącymi reportaże? Jakoś to do mnie nie przemawiało. W imię czego niby? Kiedy jednak przeczytałam wstęp, w którym autor tłumaczy się z tej książki, wyjaśnia po co ją napisał, wiedziałam, że będzie to jedna z najistotniejszych lektur w moim życiu. W pytaniach zadawanych przez Piotra Brysacza, pobrzmiewa bowiem pytanie o jego własną tożsamość, a tak się akurat składa, że na Podlasiu, jest to pytanie nurtujące wielu. Ani ja, ani również pochodzący z Podlasia Piotr Brysacz, nie jesteśmy tutaj wyjątkiem. Życie w wielokulturowej przestrzeni pogranicza prowokuje do zadawania sobie pytań o to, kim tak naprawdę jesteśmy. „Patrząc na Wschód” to próba odpowiedzi… choć odpowiedź ta bywa zaskakująca. Może się bowiem okazać, że „krew mieszańca z Pogranicza” wystarcza. Może się okazać, że miano „mieszańca” można nosić z dumą. Polecam bardzo.

http://www.fundacja-sasiedzi.org.pl/wydawnictwa.html

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Patrząc na Wschód. Przestrzeń, człowiek, mistycyzm

Autor: Piotr Brysacz

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-8-2

„białoruś. miłość i marazm” – hanna kondratiuk

Pozycja z nowej serii „Literatura faktu”, wyda(wa)nej przez białostocką Fundację Sąsiedzi. Białoruś przełomu wieków, widziana oczami, podróżującej po tym kraju autorki.

Książka równie dobrze mogłaby się nazywać „Pocztówki z Białorusi”, bo właśnie z pocztówkami kojarzy mi się forma, w jakiej Hanna Kondratiuk serwuje czytelnikom Białoruś. Każdy kolejny tekst jest jak obrazek, wycinek rzeczywistości. Ta rzeczywistość ma swój specyficzny klimat, który mogłabym określić jako marazm pociągnięty grubą warstwą niebieskiej farby. Miłości, wbrew temu, co głosi podtytuł, nie odnalazłam.

Nie wiem czy jest to lektura, która porwałaby ludzi gdzieś w Polsce, bo w kwestii ocen – słyszałam tyle samo pochwał, co zarzutów wobec tekstów, zawartych w „Białorusi…”. Jednak znacznie istotniejsze aniżeli forma, wydaje mi się to, co pozostawia po sobie ta książka. Z mojej perspektywy – człowieka mieszkającego na Podlasiu czyli w bezpośredniej bliskości Białorusi, jest to pozycja bardzo ważna, bo mówiąca o tym kraju inaczej aniżeli w kontekście Łukaszenki, opozycji i, szeroko komentowanej, sytuacji politycznej. Oczywiście ten wątek gdzieś tam się przebija, ale nie jest dominujący. I chwała autorce za to! Białoruś to wciąż biała plama w świadomości Polaków, ten kierunek zupełnie nie istnieje w kontekście choćby tak prozaicznym jak miejsce wakacyjnych wyjazdów. Ludzie po tej stronie granicy (nie mówię o Podlasiu, bo tutaj „współobecność” Białorusi jest jakby naturalna) boją się trafić do rzeczywistości, będącej we władaniu tyrana. Miejsca, które odwiedziła Hanna Kondratiuk, choć często mocno naznaczone paradoksem, będącym następstwem ustroju politycznego, oraz absurdem noszącym miano prawa, to także bogata historia, kultura, tradycja, specyficzna mentalność, mieszkających tam ludzi. Wszystko to w rzeczywistości zostało jednak przysłonięte, przez silnie eksponowany w mediach wątek polityczny.

A tak całkiem prywatnie to po przeczytaniu tej książki ogarnął mnie wstyd – mieszkam rzut beretem od granicy polsko-białoruskiej, część mojej rodziny deklaruje silne związki z Białorusią, a ja właśnie uświadomiłam sobie ogrom mojej niewiedzy na temat naszych wschodnich sąsiadów. I właśnie po to warto było przeczytać „Białoruś…” – by tę białą plamę wypełnić.

A tak o „Miłości i marazmie” rozmawialiśmy w programie „Strefa książki”.

fot. materiały wydawnictwa
fot. materiały wydawnictwa

Tytuł: Białoruś. Miłość i marazm

Autor: Hanna Kondratiuk

Wydawnictwo: Fundacja Sąsiedzi

Rok wydania: 2013

ISBN: 978-83-934373-9-9

jak „zapomnieliska” sokrata janowicza mentalną burzę wywołały…

Już chyba wszyscy wiedzą, że nie lubię czytać poezji i tylko raz w życiu zdarzyło mi się czytać taką poezję, o której z pełną odpowiedzialnością mogę rzec, iż poruszyła mnie do głębi. Nie był to Miłosz, nie była Szymborska, nie był to także ks. Twardowski. Żadne z nich nigdy łzy wzruszenia ze mnie wycisnąć nie zdołało. Udała się ta sztuka białoruskiemu poecie z małej podhajnowskiej wsi. Wiktor Szwed, bo o nim mowa, uważany jest głównie za twórcę piszącego dla dzieci, mnie jednak urzekły jego wiersze „dorosłe”. Wiersze tak proste, że na pewnej konferencji naukowej, pewien Pan odmówił im prawa do miana literatury. Zapewne moje łzy wzruszenia stanowią mierny argument mający przemawiać za tym, że jest to twórczość pełnoprawna, ale niezależnie od zdania innych, to właśnie Wiktor Szwed jest dla mnie poetyckim uosobieniem bliskości człowieka z miejscem, naturą, kulturą, w której został wychowany. Jest też wciąż jedynym poetą, który umiał dotknąć mojej duszy…

Ale dosyć lirycznego roztkliwiania się. Skoro nie znoszę czytać poezji, to co ja mogę myśleć o prozie poetyckiej? No, chyba łatwo się domyśleć. Ani tego przeczytać, ani to zrozumieć… W ogóle wydaje mi się, że wszystko, co trąci poezją, trąci też egocentryzmem. Słowa się z człowieka po prostu wylewają i żaden autor głowy sobie nie zawraca czy ktoś inny będzie w stanie pojąć o co mu chodziło. W końcu nauka dała nam (odbiorcom) potężne narzędzie zwane interpretacją, która, jak głoszą znawcy tematu, jest dobra zawsze, pod warunkiem, że da się znaleźć potwierdzenie własnych wniosków w tekście.

Czasami jednak, nawet wybitnemu poetyckiemu sceptykowi (czyli mnie), zdarza się taki Szwed na przykład albo taki Janowicz i dzieje się we wszechświecie coś jak nadawanie na tej samej częstotliwości. Okazuje się, że nie musisz być literaturoznawcą, nie musisz nazywać elementów, którymi operują nadawcy komunikatu, nie musisz uzbrajać się w narzędzia, pozwalające ów komunikat odczytać, bo nosisz je w sobie. Po prostu trafiasz na taki przekaz, który odczytujesz i odczuwasz w sposób naturalny, nie naukowo, a po ludzku.

Czytając ostatnio „Książkę meldunkową” Jana Kamińskiego, zastanawiałam się dlaczego nie umiałam współodczuwać. Sądziłam, że chodzi o miejsce – terenów Gródka nie znam, to dla mnie obca przestrzeń. Po „Zapomnieliskach” Sokrata Janowicza rodzi się we mnie przekonanie, że nie o miejsce tu chodzi, bo przecież Krynki też są dla mnie tylko kropką na mapie. A jednak czuję. Każde słowo, każdy wers. Sposób, w jaki  patrzy na świat Janowicz w „Zapomnieliskach” jest do bólu wręcz znajomy. Przestrzeń przezeń malowana, choć obca fizycznie, jest przecież moja. Jest więc jakiś dziwnie magiczny sposób odczytywania rzeczywistości, który zapisany Ich ręką, trafia w najbardziej unerwiony punkt mojej pamięci i świadomości. Szwed, Androsiuk, Janowicz. Gdzie jest klucz? Co sprawia, że otwiera się wewnętrzna szuflada z ukrytą pod lnianym, wyszywanym ręcznikiem tęsknotą? Wiejskość? Tutejszość? Pamięć tego, co przeminęło? A może…

„dojrzałość od jutra” – anna markowa

Książeczka (zdrobnienie ze względu na format raczej kieszonkowy) to zbiór felietonów z lat 1978-1982 czyli z okresu, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Może dlatego skończyłam lekturę „Dojrzałości…” z bardzo mieszanymi uczuciami. Przede wszystkim kolejny raz muszę się zmierzyć z legendą bo, dla tych którzy nie wiedzą – Markowa jest kilkukrotną laureatką nagrody im. Kazaneckiego. A zakładając, że gdzie jak gdzie, ale na Podlasiu, a zwłaszcza w Białymstoku, ta nagroda coś jednak znaczy, owo mierzenie się z tekstami wybitnej felietonistki do najłatwiejszych zadań nie należy.

Wspomniałam o mieszanych uczuciach, ale prawdę powiedziawszy, właściwsze byłoby tutaj sformułowanie „dwoistość uczuć”. Dwoistości bowiem doznałam, a była ona wywołana dwiema, zupełnie różnymi tematycznie, częściami książki.

Część pierwsza jest, zaryzykuję to stwierdzenie, zaangażowana politycznie. Markowa odnosi się do trudnej sytuacji politycznej w Polsce początku lat 80. XX wieku. Opisuje zjawiska społeczne, choć w sposób specyficzny, operując z jednej strony dosadnym językiem, z drugiej unikając konkretów, nazwisk, przykładów, nie nazywając wprost tego, czego prawdopodobnie wprost wówczas nazwać nie było można. Problem polega na tym, że z perspektywy odbiorcy współczesnego, nie znającego ówczesnych realiów, przekaz owych zaangażowanych felietonów staje się jakby niewyraźny, zamazany. Nie mając tła, nie znając kontekstów trudno wyłowić sedno wywodów Markowej i myślę, że nie jest to tylko kwestia znajomości bądź nie historii Polski. Istotną rolę pełnią bowiem nastroje społeczne, do których tak często odwołuje się autorka, emocje, tak wówczas silne, a tak dziś obce młodemu czytelnikowi. Nieco patetyczne, z dzisiejszej perspektywy, odwoływanie się do takich wartości jak dobro społeczne czy budowa nowego, lepszego jutra stanowi poważną próbę dla odbiorcy – wytrwa do końca czy też nie wytrwa? Wytrwać jednak warto, bo na „Dojrzałość…” składa się również część druga, zawierająca felietony, będące miniaturowymi obrazkami społeczeństwa polskiego przełomu lat 70. i 80. Choć pisane podobnym językiem, są zupełnie inne, łatwiejsze w odbiorze, a przez to ciekawsze. Ukazują różne aspekty życia, różnorodność postaw i charakterów, są opowieściami o ludzkich szczęściach i tragediach, nadziejach i zawodach, oczekiwaniach i rozczarowaniach, o przejawach mądrości i głupoty. Często ciepłe, współczujące, ale bywa też, że ostro krytykujące zjawiska, zdaniem autorki, społecznie szkodliwe.

Pozostaje jeszcze kwestia języka. Mimo moich najszczerszych chęci nie jestem w stanie polubić stylu felietonów Markowej. Przeszkadza mi cisnące się pomiędzy wierszami moralizatorstwo i ten, wspomniany już, chwilami patetyczny ton. Co ciekawe, nie jest to styl charakterystyczny dla całej twórczości tej autorki. Warto o tym pamiętać, by się nie zniechęcić, bo zupełnie inną Markową spotkamy choćby w niezwykle intymnej, trzeciej części jej książki „Długożywie”. Warto poznać twórczość Anny Markowej z jeszcze jednego powodu – nie musimy bezkrytycznie zachwycać się twórczością ludzi uznanych za wybitnych, ale wypada ową twórczość po prostu znać.

http://www.wieslaw-kazanecki.pl/s,2001-anna-markowa,114.html

https://okiemwariata.wordpress.com/2012/11/03/dlugozywie-anna-markowa/

http://www.radio.bialystok.pl/kultura/archiwum/id/57777

„książka meldunkowa” – jan kamiński

Wspominałam już kilkakrotnie co to ja myślę o czytaniu książek, które czytają wszyscy. Choć zdaję sobie sprawę, że stanowcze nie-sięganie po aktualne bestsellery prawdopodobnie skazuje mnie na towarzyskie wykluczenie w pewnych kręgach, z pokorą przyjmuję tę konsekwencję własnego wyboru. Pisałam nie tak znowuż dawno o książce Androsiuka „Biały koń”, którą swego czasu zaczytywał się literacki, literaturoznawczy i kulturalny Białystok. W tym samym czasie zaczytywał się równie mocno, o ile nie bardziej „Książką meldunkową” Jana Kamińskiego, tyle, że o ile czytanie Androsiuka przełożyłam sobie na później z premedytacją, o tyle czytanie „Książki meldunkowej” przekładało mi się samo. W białostockich księgarniach zabrakło, w białostockich bibliotekach też dla wszystkich chętnych nie starczało. W końcu udało mi się ją, po ponad roku polowań, wypożyczyć, a ku mej wielkiej radości również i nabyć na targach książki. Tyle, że mimo upływu czasu, „problem” popularności książki nie zniknął. Napisali już o niej chyba wszyscy, którzy mieli i nie mieli coś/nic sensownego do napisania (oczywiście nie przeczytałam nic, bo wolę sobie sama zdanie wyrobić niż ulegać kuszącym sugestiom białostockich mediów), mądre głowy nagrodziły wielkie dzieło, a mistrzowie pióra ( w tej roli Ignacy Karpowicz i Piotr Brysacz) opatrzyli książkę odpowiednim komentarzem, skwapliwie przez wydawcę umieszczonym na okładce (cholera! tego już nie sposób było ominąć). No i co ja mam niby teraz mądrego napisać, gdy ciągnie ta „Książka meldunkowa” za sobą jarzmo literatury oryginalnej, wielkiej, ciekawej? No krótko mówiąc, szlag by to trafił, dzieło wybitne!

Całe jednak szczęście, że przynajmniej teoretycznie, mamy jeszcze w tym kraju coś takiego jak prawo do posiadania własnego zdania. Całe szczęście ludzkość wymyśliła blogi, by móc swobodnie owo własne zdanie publicznie ogłosić. Ogłaszam więc, że nie mam pojęcia, co mam napisać o tej książce, bo nie przychodzi mi do głowy absolutnie żadne określenie. Sam pomysł jest dosyć prosty – wielogłos ujęty w klamrę kompozycyjną, dla którego wyznacznikiem porządku i inicjatorem istnienia staje się odnaleziona po latach książka meldunkowa. Narracja płynnie przechodzi z ust do ust kolejnych, figurujących w owej książce postaci, co pozwala czytelnikowi oglądać opisywany świat z różnych perspektyw. Choć przywoływane historie dzieją się głównie na Podlasiu, a w tle przewijają się nazwy miejscowości, pozwalające nawet ulokować tę magiczną krainę na mapie, wyłania się z powieści Kamińskiego obraz Podlasia zupełnie mi nieznanego, obcego, tak bardzo innego od tego wszystkiego, czego udało mi się przez całe moje życie doświadczyć. Można by spróbować tłumaczyć to czasem akcji, ale i Androsiuk sięgał do tych punktów w przeszłości, które znam jedynie z relacji starszych członków rodziny. Jak to więc jest, że słowa Androsiuka współodczuwam, a słów Kamińskiego nie czuję? Myślę, że chodzi o miejsce, fizycznie obecną przestrzeń – okolice Gródka są mi zupełnie nieznane, stąd ten odbiór bez angażowania emocji. Z drugiej strony nie można odmówić Kamińskiemu prawdy o Podlasiu, którą przemyca na kartach swojej książki. Jest i głęboka wiara nie stojąca w sprzeczności z katowaniem własnego dziecka, i odwieczny konflikt na linii polsko-ruskiej (kacapów ci u nas dostatek), i postęp wymieszany z zabobonem, i strach w parze z fascynacją, gdy pojawiało się nowe, nieznane, jest sfera intymna i ta ogólnodostępna.  Wszystko okraszone solidną dawką humoru, a  nierzadko dosadnym słownictwem. Całość często śmieszna, czasami straszna.

Jest jednak coś, co stanowi niepodważalną wartość tej książki, niezależnie od tego czy jest to fikcja literacka w czystej postaci czy też historia przetykana wątkami autobiograficznymi – „Książka meldunkowa” ocala od zapomnienia świat, którego już nie ma… a to najpiękniejszy prezent jaki jako czytelnik i człowiek stąd, mogłam otrzymać. Polecam bardzo:

http://fundacja-sasiedzi.org.pl/wydawnictwa.html?start=5

„biały koń” – michał androsiuk

Jest we mnie dziwny opór przed czytaniem tego, co czytają wszyscy. A jakoś tak ponad rok temu, głównie z racji nagrody im. Kazaneckiego, wszyscy czytali „Białego konia”. No to skoro wszyscy czytali, to ja oczywiście nie. Przeczytałam za to wówczas „Wagon drugiej klasy”, również Androsiuka, ale że „Wagon…” zdarzył mi się po „Żurawiejce” Wiesława Rozbickiego, uczuciem dominującym po lekturze obu tekstów była wtórność Androsiuka względem Rozbickiego na poziomie budowy swego rodzaju podstawy, jaką był opis małego, podlaskiego miasteczka i konstrukcja postaci znaczących dla funkcjonowania społeczności, będącej zbiorowym bohaterem powieści (trochę to zawiłe, ale mam nadzieję, że zrozumiałe). Pierwsze trzydzieści stron „Wagonu drugiej klasy” wyglądało na żywcem niemal wyjęte ze sporo wcześniejszej „Żurawiejki”, choć potem (po tych trzydziestu stronach) Androsiuk stworzył oryginalną nadbudowę stanowiącą o wartości swojego dzieła. Tak czy inaczej pozostały uczucia bardzo mieszane. Tak więc nie paliłam się do lektury „Białego konia”. Wreszcie po wielu miesiącach postanowiłam jednak doń zajrzeć. I cóż ujrzały oczy moje? Przejaw geniuszu!

„Biały koń” to doskonała opowieść, której największą zaletą jest maksymalne nasycenie Podlasiem. To historia przygraniczna do szpiku kości, swojska na wskroś, tutejsza w każdym słowie i tak prawdopodobna, że aż prawdziwa. Charakterystyka Podlasia, a zwłaszcza jego przygranicznej części odbywa się poprzez opis fragmentów życia poszczególnych członków rodziny Iwaniuków. Osobą scalającą wszystkie losy jest babka Sońka – kobieta spajająca swoim życiem kolejne epoki, będąca świadkiem narodzin i śmierci kolejnych ustrojów politycznych, stanowiąca swego rodzaju gwarant przedłużenia wielowiekowych tradycji, stojąca na straży domowego ogniska i życia zgodnego z prawami natury i wolą boską.

Tłem dla rozgrywających się wydarzeń jest najpierw leżąca tuż przy granicy wieś, następnie niewielkie, podlaskie miasteczko, gdzie słychać zarówno polską mowę, jak i prostą gwarę, a w niedzielę cerkiewne dzwony wzywają na modlitwę do spółki z kościelnymi. Najważniejszy jest jednak klimat… Świat opisywany przez Androsiuka żyje, oddycha, odczuwa. Wszystko o czym pisze autor „Białego konia”, choć przeze mnie doświadczone bezpośrednio jedynie w niewielkim stopniu, wydaje się do bólu znajome, do bólu ukochane, do bólu piękne i tak bardzo moje. I przyznaję szczerze – nie ma we mnie za grosz obiektywizmu, bo być nie może, gdy trącona została najczulsza struna duszy… gdy obudzona została tęsknota za światem, który umierał na twoich oczach.

Polecam bardzo: http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20120117/RECENZJE/234456303

„biały stok” – mira łuksza

Ja naprawdę jestem poetycko uszkodzona, tzn. mam uszkodzony jakiś receptor, pozwalający odczytywać poezję. Życie jednak ma to do siebie, że często zmusza nas do pokonywania słabości i barier wszelakich. Pokonałam więc i przeczytałam tomik poezji Miry Łukszy. No i doznałam rozdwojenia jaźni. Pojawiły mi się w głowie momentalnie dwa rodzaje myśli, dwa odczytania, dwoistość w umyśle mi zakiełkowała.

Mira Łuksza pochodzi z Podlasia i o Podlasiu pisze. Zazwyczaj tworzy w języku białoruskim, ale tym razem stworzyła po polsku. Dwoistość w moim umyśle zdaje się nie być przypadkowa, bo wystarczy spojrzeć na spis treści, by zrozumieć, że w „Białym stoku” znajdziemy utwory zarówno dotyczące samej stolicy Podlasia, jak i regionu. Większość to miniaturowe obrazki, słowem malowane pejzaże miejsc widziane przez pryzmat człowieka. To, co dostępne ogółowi w postaci konkretnego punktu na mapie, autorka pokryła mgiełką własnych wspomnień, skojarzeń, odczuć, nałożyła na owe punkty siatkę utkaną z pamięci o ludziach jej bliskich. Stworzyła w ten sposób wrażenie intymności, bliskości, więzi z miejscem.

Przewijają się przez kartki „Białego stoku” ulice miasta i małe wsie, pojawiają się imiona i nazwiska – nieznane i rozpoznawalne. Trudny to tomik. Trudno mi znaleźć granicę, po przekroczeniu której uczucia poetki zaczynają być moje. Kolejna dwoistość – autor i czytelnik. Tę podwójność wszechobecną można wskazać, można wyróżnić i nazwać, ale nie można rozdzielić – ogólne i prywatne, białostockie i regionalne, polskie i białoruskie, jej i moje… Podlasie.

 

Do poczytania:

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20121124/OBSERWATOR/121129725

http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130227/REGION05/130229677

Do obejrzenia:

http://www.tvp.pl/bialystok/mniejszosci/tydzien-bialoruski/wideo/17022013/10099071

 

 

jak świnka mundurowych w stan gotowości postawiła

dziś filmowa opowieść z cyklu „takie rzeczy to tylko na Podlasiu” czyli jak mała świnka mundurowych w stan gotowości (do biegania, łapania i wszelakich innych ćwiczeń fizycznych oczywiście) postawiła…

A całą historię sprytnej świnki znajdziecie tu:

http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35235,13400330,Policjanci_zrobili_oblawe_na_swinke__WIDEO___Ganiali.html