24 godziny

myśl najbardziej podszyta strachem

napięte mięśnie

oczekują ataku nicości

 

tsunami zalewa oczy

lexotan topi w szlamie świadomość

haust zatyka aortę dusząc serce

 

noc przesączona przez chusteczkę higieniczną

dzień zaaplikowany chemicznym uspokojeniem

24-godzinne harakiri

„śmierć w Breslau” – marek krajewski

To dopiero druga z całej serii książek autorstwa Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, jaką zdarzyło mi się przeczytać. Po rewelacyjnej „Głowie Minotaura” postanowiłam przyjrzeć się bliżej twórczości Krajewskiego, uważanego za mistrza kryminałów w stylu retro. I trzeba przyznać, że na miano mistrza Krajewski zasługuje. „Śmierć w Breslau” stanowi dowód na to, że istnieją jeszcze książki, w których nie ma się do czego przyczepić – nic nie drażni, nie irytuje, nie uwiera.

Cała historia zaczyna się od brutalnego, podwójnego morderstwa, kończy – jako poruszająca opowieść o samotności, porzuceniu, strachu i złości, o zemście i sile męskiej przyjaźni. Podobnie jak w „Głowie Minotaura” główną rolę odgrywa duet, tym razem są to Eberhard Mock i Herbert Anwaldt. Postać tego drugiego jest o tyle ciekawa, że zdaje się wzbudzać w Mocku jak najszlachetniejsze uczucia. Anwaldt jest buforem, który sprawia, że etycznie kontrowersyjne decyzje Mocka zostają złagodzone, nie wpływają w żaden znaczący sposób na to, jak krzepkiego policjanta odbiera czytelnik. O ile duet Mock – Popielski był zderzeniem dwóch niezwykle silnych osobowości, to w relacji Mock – Anwaldt niemal od początku jasny jest podział ról, to Mock jest opiekunem, niemal ojcem dla wychowanego w sierocińcu Herberta. Nie oznacza to jednak, że Anwaldt zostaje odsunięty na dalszy plan, wręcz przeciwnie, moment wyjazdu Eberharda Mocka na urlop, to moment gdy na kryminalnej scenie swoją partię solo odgrywa bystry i spostrzegawczy Herbert.

Oprócz wspaniale skonstruowanych głównych bohaterów, niewątpliwym atutem powieści Krajewskiego jest fabuła, nie pozwalająca nawet na chwilę nudy, wartka akcja trzyma w napięciu niemal do ostatniej strony.

Gdzieś w tle stale obecny jest wątek seksualny (podobnie w „Głowie Minotaura”), częścią zbrodni, od której wszystko się zaczyna, był gwałt. Ciąg dalszy również bogaty jest w różnego rodzaju dewiacje seksualne – od upodobania samego Mocka do perwersyjnej gry w szachy z obsługującymi go prostytutkami, przez zamiłowanie pewnego uczonego do gimnazjalistek po orgie w domu wrocławskiego arystokraty. Kto jednak lubi porno w wydaniu książkowym, zawiedzie się z pewnością, bo choć seks to istotna składowa „Śmierci w Breslau” pozostaje dodatkiem, nie ma istotnego wpływu na odbiór całości. A całość to po prostu doskonale skrojony kryminał. Gorąco polecam.

 

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2667,Smierc-w-Breslau

 

„to nie my wymyśliliśmy raj” – marek dobrowolski

Z poezją to ja mam ogólnie problem. Nie przepadam właściwie. Przez ćwierć wieku byłam nawet przekonana, że nie lubię, ale kiedy zaczęłam czytać proste, niemal naiwne wiersze Wiktora Szweda, okazało się, że czasami lubię, a nawet płaczę. W szkole ruszał mnie chyba tylko Wojaczek, bo taki ostry, brutalny, cierpki. W poezji cenię skrajności, środka nie znoszę, bo zazwyczaj jest nijaki. Ja jestem ze środka, dlatego moich własnych poetyckich wynurzeń też nie lubię, ale i nie staram się polubić. To jest jak nagła potrzeba zjedzenia czekolady – w głowie mam ciąg słów, które tak intensywnie krzyczą, że tylko wyrzucenie ich w cholerę na papier przynosi ulgę.

Po tomik Marka Dobrowolskiego sięgnęłam przypadkiem tzn. dlatego, że książka została zgłoszona do nagrody literackiej im. Kazaneckiego. Przeczytałam i… nic. Środek jak się patrzy. Jedynym wierszem, który wprawił mój mózg w stan skupienia był ten ze strony 60, z dedykacją Synowi, o przeszczepie nerki mówiący.

Cały tomik dzieli się wyraźnie na dwie części: „To nie ja wymyśliłem wiosnę” – poświęcony miłości, kobiecie, pojawiają się tam utwory o zabarwieniu erotycznym, dużo też wspomnień, i druga część „Cisza nie lubi jak się ją poprawia” – to taki zlepek wierszy o wszystkim, część utworów autor poświęca tym, którzy odeszli, ale jest też o upływającym czasie i przyrodzie. Gdyby mój mężczyzna napisał dla mnie i o mnie to wszystko, co Dobrowolski zawarł w pierwszej części tomiku – byłabym zachwycona, ale jako czytelniczka nie znalazłam w tych wierszach nic, co poruszyłoby jakąś wewnętrzną strunę. To nie są wiersze wybitne i nawet trudno je uznać za zauważalne, bo w natłoku tego, co dostępne na rynku po prostu giną. Część duga to jeszcze większe rozczarowanie – różnorodność tematyki, brak spójności wywołuje irytację. Przeczytanie książki „To nie my wymyśliliśmy raj” nie wniosło w moje życie nic nowego, odebrałam te wiersze jako zupełnie nijakie (z tym jednym wyjątkiem ze strony 60). To taka poezja z naszego podwórka – miejscami bliska, ale zbyt wątła i słaba, by ruszyć w świat.

 

http://www.wieslaw-kazanecki.pl/s,publikacje,15.html?news_first=8

o bezsilności słów kilka

Bezsilność jest najgorszą przypadłością człowieka, a już na pewno jest najgorszą z moich przypadłości. Jej odczuwanie jest dziwnie silne, wprowadza chaos, zamęt w moją codzienność, nie pozwala się skupić i w efekcie powoduje drastyczny spadek formy psychicznej. Co ciekawe zazwyczaj jest to problem tego, który się martwi, bo osoba, której nie możemy pomóc ma to w głębokim poważaniu. Kiedyś jakiś mądry zakonnik radził ludziom, by nie zajmowali swych myśli sprawami, na które nie mają wpływu. Dziś rano przeczytałam kawał dobrej książki, zjadłam przepyszny torcik, zapiłam ulubioną herbatą, a i tak mój dół powiększa się w tempie zawrotnym. Wnioski? Zasada zakonnika nie ma zastosowania wobec spraw dotyczących tych, którzy są dla nas ważni. Nieważne jak bardzo staramy się nie myśleć, miłość ma tę wadę, że prowokuje do troski o drugiego człowieka. To dlatego świat jest pełen beznadziejnych przypadków pogrążonych w bezsilności.

z cyklu „nieTYPowe połączenia”

Tak… to coś jest dla mnie odkryciem. Przypominają mi się czasy ogólniaka, głównie za sprawą wykonawców takich jak Borixon, Gural, Trzeci Wymiar, Pezet. Pamiętam, że to była czołówka gatunku. Potem klimaty rapersko-hip-hopowe zniknęły z mojego życia na długo. Teraz panowie powrócili w projekcie Donatana i chociaż teksty wyśpiewywane wydają mi się nieco banalne, to element folkloru i teledyski warte są posłuchania i obejrzenia. Oczywiście pomijam milczeniem żenujące sceny typu kobieta pijąca mleko, ale nietypowe połączenie doceniam. Oceńcie sami 🙂

„assassin’s creed objawienia” – oliver bowden

Swoją przygodę z książkami z serii “Assassin’s Creed” zaczęłam troszkę przypadkiem i nie z własnej woli. Po przeczytaniu pierwszej części „Renesansu” przyjęłam, że zakładany odbiorca nie jest ambitny, jest za to fanem gier komputerowych, więc przeczyta tę książkę z uśmiechem. Na wszelkie niedoskonałości przymknęłam oko, tłumacząc sobie, że i takie lektury są potrzebne. Potem pojawiło się „Bractwo” – część druga i zarazem kontynuacja losów Ezia Auditore da Firenze. Utrzymana w tym samym klimacie, równie mało ambitna, ale skoro już przyjęłam, że nie o ambicję tu chodzi, to niech będzie. Przyszła jednak część trzecia „Tajemna krucjata” (i wcale nie kontynuacja losów Ezia), przy której wyczerpała się moja cierpliwość w stosunku do tej serii: koszmarna książka, koszmarnie napisana. Bo czy to gust czytelniczy mi się wyostrzył czy może język, nagle straciłam wszelką tolerancję dla banału, głupoty i bezmyślnego nadużywania krwi na kartach powieści.

Kiedy więc pojawiła się część czwarta, załamałam ręce, ale że kieruję się w życiu prostą zasadą „trzeba poznać, by ocenić” – cierpliwie przeczytałam. I werdykt brzmi – jest to najlepsza z czterech części „Assassin’s Creed”. Przede wszystkim nieporównywalnie lepszy język, styl, sposób narracji, któremu nareszcie bliżej do ksiązki niż gry komputerowej. Tak jak w poprzednich przypadkach, nie jest to lektura ambitna, bo gdyby to jakoś sklasyfikować nazwałabym tę historię typową przygodówką. Ale jest i tajemnica, i romans, i przyjaźń i zakończenie, które podnosi wartość tej książki w moich oczach. Po trzech tomach bijatyk, rozlewu krwi, agresji, główny bohater u kresu życia odkrywa co tak naprawdę ma wartość, co sprawia mu radość, pozwala odczuwać szczęście.

Jest w tym czwartym tomie sporo nawiązań do poprzednich części, więc pewnie trudno by mi było sprawnie się poruszać w tym gąszczu przygód i wspomnień bez ich znajomości – to z kolei sprawia, że każdy potencjalny czytelnik powinien rozważyć czy faktycznie chce poświęcić swój czas na przebrnięcie przez grubo ponad tysiąc stron, by dotrzeć do satysfakcjonującego finału.

Nadal nie jestem fanką tego typu powieści, etykietka „na podstawie gry” już pewnie zawsze będzie wzbudzała we mnie obawy, ale ten świat jest piękny przez swoją różnorodność, z niej możemy czerpać i wybierać, ona pomaga nam stworzyć własne wzorce tego, co piękne i wartościowe, więc cieszę się, że przytrafiła mi się ta czterotomowa podróż z Asasynami – pozwoliła ukształtować gust i nauczyć się wyrażać krytykę.

http://www.insignis.pl/book/index/67/Assassin-s-Creed–Objawienia.html